ROZDZIAŁ 4
Alarm nad instalacjami jądrowymi
Dlaczego Pentagon nadał w 1949 roku komisji zajmującej się UFO nazwę "Projekt Uraza" (Project Grudge)? Nigdy nie podano żadnego wytłumaczenia, ale może nie jest jeszcze za późno, aby zaproponować wyjaśnienie.
Od końca poprzedzającego roku amerykańscy wojskowi postanowili demonstracyjnie okazywać sceptycyzm wobec hipotezy o obecności statków pozaziemskich na terytorium Stanów Zjednoczonych. Jednak analiza tajnych, ujawnionych dzięki FOIA dokumentów świadczy o tym, że te osobliwe obiekty latające pojawiały się przede wszystkim w sąsiedztwie "czułych" instalacji, a mianowicie ośrodków badań i zakładów atomowych, do których w owym czasie mieli dostęp wyłącznie wojskowi. Jednostki badawcze i produkcyjne w Oak Ridge w stanie Tennessee, w Hanford w stanie Waszyngton, w Los Alamos i w Sandii w pobliżu Albuquerque w Nowym Meksyku, a także na terenach doświadczalnych w White Sands w pobliżu Alamagordo, nie mówiąc już o bazie bombowców atomowych w Roswell, stały się miejscem niezwykłych zjawisk. Wojskowi mieli uzasadnione powody do obaw. Tym można tłumaczyć dziwaczną nazwę wybraną dla komisji, która widocznie nie ogarniała tych wydarzeń... Ten epizod historii związanej z UFO był przez długi czas mało znany. Dostępne dziś dokumenty umożliwiają dokładne odtworzenie przebiegu wydarzeń.
Los Alamos, grudzień 1948 - luty 1949
W grudniu 1948 roku, a następnie przez pierwsze miesiące roku 1949 nad głównymi wojskowymi obiektami nuklearnymi w Nowym Meksyku i w Teksasie odnotowano całą serię niewytłumaczalnych zjawisk świetlnych. Służby techniczne Sił Powietrznych bazujące w Dayton (AMC), których częścią jest A TIC, gdzie mieści się również komisja zajmująca się badaniami UFO, nie wykazywały początkowo zainteresowania tymi zjawiskami. Ale z drugiej strony osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na miejscu z trudem zachowywały zimną krew.
Wszystko zaczęło się 5 grudnia 1948 roku. W tym właśnie dniu piloci William Goade i Roger Carter, lecąc samolotem Sił Powietrznych C-47 (DC-3), zobaczyli w pobliżu Las Vegas, a po dwudziestu minutach w okolicy Albuquerque błysk jaskrawego zielonego światła. Unosiło się ono nad Sandią, wypisując na niebie paraboliczny tor. Goade i Carter sądzili początkowo, że jest to meteor lub raca, ale pół godziny później pilot samolotu rejsowego, który wylądował w Albuquerque, potwierdził, że zaobserwował to zjawisko w pobliżu Las Vegas, dodając istotny szczegół: widział, jak to zielone światło zmierzało w jego stronę, co zmusiło go do wykonania manewru zapobiegającego kolizji. W tym momencie błyszczący obiekt wykonał lot nurkowy w stronę ziemi i w ciągu kilku sekund zniknął, pozostawiając blado-zieloną smugę .
Podpułkownik Doyle Rees, odpowiedzialny za bezpieczeństwo bazy lotniczej Kirtland i członek OSI (lub AFOSI: Air Force Office oj Special Investigations -Biuro Sił Powietrznych do Spraw Specjalnego Śledztwa), działającego we wszystkich wojskowych bazach powietrznych, potraktował ten przypadek poważnie. Następnego dnia wszczął dochodzenie.
Zjawisko zaczęło się powtarzać. 8 grudnia dwaj oficerowie AFOSI wykonujący lot patrolowy nad Kirtland zobaczyli, że zmierza w ich kierunku jaskrawe zielone światło, znacznie bardziej intensywne i przewyższające wielkością światło racy. Trwało to nie dłużej niż dwie sekundy. W następnych dniach sygnalizowano inne nie zidentyfikowane światła nad Sandią w pobliżu Kirtland, gdzie mieściły się supertajne laboratoria pracujące nad bombą atomową. Analogiczne obserwacje odnotowano nad wytwarzającymi pluton przeznaczony dla bomb zakładami atomowymi w Hanford w stanie Waszyngton.
Coraz bardziej zaniepokojony Rees zwrócił się z prośbą o opinię do znanego specjalisty w dziedzinie meteorów, profesora Lincolna La Paza, dyrektora Instytutu Meteorytów i szefa wydziału matematyki i astronomii na uniwersytecie w Nowym Meksyku. La Paz pracował podczas wojny w White Sands i nadal wykonywał prace dla armii. 12 grudnia, przebywając w towarzystwie dwóch oficerów bazy w Kirtland, ujrzał zieloną "ognistą kulę" przecinającą niebo z jednego końca horyzontu na drugi. Zjawisko to zaobserwowali w tym samym czasie nieco dalej dwaj inspektorzy bezpieczeństwa jądrowego. La Pazowi udało się metodą triangulacji określić tor lotu obiektu. Doszedł do wniosku, że błyszczący obiekt przelatywał nad laboratorium w Los Alamos, największą świętością amerykańskich badań jądrowych, gdzie pod kierunkiem Roberta Oppenheimera wyprodukowano pierwsze bomby atomowe. Jednak zdaniem La Paza najbardziej zdumiewającym faktem był poziomy lot tej "kuli ognistej" na wysokości od 8 do 10 mil (od 12 do 16 km). Pozwoliło to ekspertowi na wyciągnięcie wniosku, że nie mógł to być meteor.
30 stycznia 1949 roku zjawisko to wystąpiło ponownie, tym razem w Roswell. Paruset świadków widziało, jak zielony "meteor" przeciął nagle niebo. Niektórzy przypuszczali, że mógł spaść w pobliżu . Profesor La Paz, któremu powierzono dochodzenie w tej sprawie, nie znalazł żadnej cząstki tego meteoru, ale po zapoznaniu się z kilkudziesięcioma relacjami odtworzył tor jego lotu. Wyniki znów były zdumiewające: obiekt pokonał odległość 143 mil (230 km) w prostej linii nad Teksasem i Nowym Meksykiem. Przypuszczalna wysokość wynosząca od 60000 do 40000 stóp (20000 do 13000 m) była wyjątkowo niewielka jak na meteory. Orientacyjna prędkość: 25000-50000 mil/godz. (40000-80000 km/godz.). Na tej wysokości i przy tej prędkości meteor powinien wytworzyć falę uderzeniową Macha, jednak świadkowie niczego nie słyszeli. Zdaniem La Paza mógł to być wyłącznie nieznany obiekt latający.
17 lutego zwołano w Los Alamos "konferencję poświęconą zjawiskom powietrznym" z udziałem kompetentnych uczonych i wojskowych. Przebieg dyskusji na konferencji jest znany dzięki sprawozdaniu pułkownika Reesa wysłanemu 23 maja do generała Carolla kierującego specjalnym dochodzeniem w Waszyngtonie. Notatka odtwarza cały przebieg sprawy "zielonych kul ognistych". Tego dnia obecni byli w Los Alamos przedstawiciele 4. armii, jednostki "specjalnego uzbrojenia", uniwersytetu w Nowym Meksyku, FBI, Komisji Energii Atomowej, uniwersytetu w Kalifornii, Rady Naukowej Sił Powietrznych, wydziału badań geofizycznych AMC i Biura do Spraw Specjalnego Dochodzenia Sił Powietrznych. Zaproszona do udziału "Komisja Uraza" nie raczyła delegować swojego przedstawiciela!
A oto jak pułkownik Rees relacjonuje swojemu zwierzchnikowi wyniki obrad:
Nie zaproponowano żadnego logicznego wyjaśnienia pochodzenia zielonych kul ognistych. Ustalono jednak, że zjawiska te są raczej autentyczne i że należy je badać w sposób naukowy. Uznano ponadto, że natarczywość, zjaką te niewytłumaczalne zjawiska pojawiają się w pobliżu czułych instalacji, jest niepokojąca .
Rees nie przytacza końcowego raportu (siódmego!), jaki właśnie otrzymał od Lincolna La Paza. Dokument ten z dnia 23 maja 1950 roku wymienia wszystkie charakterystyki odróżniające "kule ogniste" od meteorów: tor, wysokość, prędkość, bezdźwięczność, jasność, barwa, długotrwałość itd. Analiza La Paza eliminuje praktycznie hipotezę o meteorach. Uczony dopuszcza możliwość pojazdów radzieckich, ale nie wyklucza wersji aparatów pozaziemskich.
Zagadka "zielonych kul ognistych" nigdy nie została rozwiązana. Ale było w tych latach niemało innych tajemniczych zjawisk, które mobilizowały służby bezpieczeństwa Amerykańskich Sił Powietrznych.
PARAPSYCHOLOGIA,DUCHY,NAWIEDZENIA,HORROR,OPOWIADANIA,STRASZNE HISTORIE,ZAGADKI,NIEWYJAŚNIONE,ŚWIADOME ŚNIENIE,DEMONY,I WIELE INNYCH RZECZY
niedziela, 2 października 2011
Camp Hood, marzec - kwiecień 1949
Camp Hood, marzec - kwiecień 1949
W 1949 roku amerykańską broń jądrową magazynowano między innymi na supertajnym terenie wojskowym Camp Hood w Killeen w Teksasie. Tutaj pierwsze przypadki zagadkowych wizyt zaczęto odnotowywać od 6 marca. Zameldował o nich w notatce z dnia 22 marca agent FBI przydzielony do najbliżej położonego od bazy miasta San Antonio:
6 marca 1949 roku około godziny 19.33 w odległości około pół mili od bazy w Killeen, w strefie "instalacji o szczególnym znaczeniu" Camp Hood (Teksas) zauważono racę. Drugą racę dostrzeżono 7 marca o godzinie 1.45 w nocy w odległości około trzech mil od bazy. Od tej pory panuje opinia, że "race" w pobliżu Killeen podobne są do już zaobserwowanych zjawisk w okolicach Los Alamos i bazy Sandia, w pobliżu Camp Hood są to jednak pierwsze tego rodzaju obserwacje .
Przez następne trzy miesiące światła i błyszczące kule pojawiały się nad Camp Hood bez przerwy, niektóre bardzo blisko ziemi i obserwatorów: strażników, patroli ochrony bazy. 6 marca wojskowi zaobserwowali na horyzoncie błysk błękitnawego światła, po dwudziestu minutach białe światło z pomarańczowym ogonem, a następnie inne, tym razem bladobłękitne. W końcu nastąpił silny wybuch światła, przypominający efekt "lampy błyskowej" . 30 marca żołnierz pełniący służbę na wschód od bazy widział, jak nad pasem startowym przelatywała czerwona kula ognista.
Najbardziej spektakularna seria przypadków miała miejsce 27 kwietnia. O godzinie 21.20 dwaj żołnierze, pełniący służbę na południowy wschód od Killeen, zaobserwowali pojawienie się kilka kroków od nich i około dwóch metrów nad ziemią migocącego fioletowego światła o średnicy około czterech centymetrów. Maleńkie światło pozostawało przez minutę w bezruchu, a następnie oddaliło się i zniknęło między gałęziami drzew. Kilka chwil później w odległości trzech kilometrów od tego miejsca inni żołnierze ujrzeli błyszczące światło o średnicy dziesięciu centymetrów. Miało z tyłu coś w rodzaju przyczepionego "metalicznego" stożka wielkości pięciu do dziesięciu centymetrów. Obiekt zbliżał się dość szybko w ich kierunku, lecąc poziomo, i nagle zniknął. Dwanaście minut później w innym sektorze bazy leciało zygzakiem białe światło. Obserwacje następowały jedna po drugiej. Napływały meldunki o zwartych szykach tych zagadkowych świateł, aż do dziesięciu w jednym. Dla osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo 4. armii był to niewątpliwie powód do zdenerwowania...
Te zagadkowe błyszczące kule mogą się kojarzyć z nie mniej osobliwymi Joo-fighterami zaobserwowanymi w czasie drugiej wojny światowej i z przygodą pilota George'a Gormana, który trzy miesiące wcześniej stoczył prawdziwą walkę powietrzną z błyszczącą białą kulą o średnicy sześciu-ośmiu cali (15-20 cm). Badacze wojskowi doszli w owym czasie do wniosku, że chodziło o balon. A mimo to przypadek ten figuruje w ściśle tajnym raporcie sztabu z dnia 10 grudnia 1948 roku (patrz: rozdział 3).
Wobec dalszego pojawiania się zjawisk świetlnych odpowiedzialne organy 4. armii opracowały w maju 1949 roku plan wzmożonej ochrony bazy w Killeen i zwróciły się do dowództwa Sił Powietrznych o środki niezbędne do jego realizacji. Spotkały się niestety z odmową.
Obserwacje trwały jednak do sierpnia. 6 czerwca dwa punkty kontrolne zasygnalizowały pomarańczowe światło znacznie większych rozmiarów od poprzednich (od 10 do 20 m średnicy), zawieszone na wysokości ponad 1,5 km. Po trzech minutach zagadkowe światło przesunęło się, a następnie rozsypało na cząstki .
Wysokie czynniki wyraźnie bardziej interesowały się
zielonymi kulami ognistymi w Nowym Meksyku niż tym, co działo się w bazie Killeen. Z inicjatywy wybitnych uczonych, takich jak geofizyk Joseph Kaplan, doradca Sił Powietrznych, profesorowie Norris Bradbury i Edward Teller ("ojciec" bomby wodorowej) z uniwersytetu w Kalifornii, którzy uczestniczyli w spotkaniu w Los Alamos, powstał plan wzmożonej obserwacji Project Twinkle ("Plan Migotanie"). Poczynając od lutego 1950 roku plan wdrażany był przez rok na terenach, na których odnotowano największą liczbę niewytłumaczalnych zjawisk, między innymi w bazie Holloman w White Sands. Plan realizowano pod nadzorem laboratorium badawczego Sił Powietrznych w Cambridge w stanie Ohio. Czy może wreszcie uda się zdobyć naukowe dowody istnienia UFO? Niestety, z powodu braku odpowiednich środków plan zakończył się niepowodzeniem. Zapisy uzyskane za pomocą precyzyjnej aparatury uznano za niewystarczające do wyciągnięcia ostatecznych wniosków. W końcowym raporcie z dnia 27 listopada 1951 roku doktor Kaplan orzekł: "zielone kule ogniste" są zjawiskiem naturalnym. Ale jeden z załączonych do raportu dokumentów, list do AMC z dnia 15 września 1950 roku, zawiera ciekawe zdanie: "Nie ulega wątpliwości, że należy uznać za znamienny fakt, iż kule ogniste znikają z chwilą zorganizowania systematycznego nadzoru na miejscu".
Niewytłumaczalne zjawiska świetlne stały się wprawdzie rzadsze, ale trwały nadal. Występowały jeszcze w roku 1951, między innymi nad Los Alamos. W tym wypadku były to wyłącznie zielone kule. Do raportu włączono zeznania majora Edwarda Doty'ego z bazy Hollori1an. Opisuje w nich obserwację pewnego żołnierza odbywającego służbę w eksperymentalnej jednostce radarowej, dokonaną 9 lipca o godzinie 22.30 w pobliżu Corony: czerwona kula świetlna w przybliżeniu wielkości księżyca w pełni, znajdująca się nieco ponad horyzontem, opadała powoli przez 30 sekund, a następnie zniknęła bezgłośnie za drzewami.
Negatywne wnioski raportu "Komisji Uraza" zostały zakwestionowane w 1956 roku przez fizyka z marynarki wojennej Bruce'a Maccabee . Jego zdaniem dostępne obecnie archiwa komisji "Błękitna Księga" świadczą o tym, że autor raportu, doktor Elterman, pominął milczeniem istotne zapisy. Na przykład Maccabee znalazł w tych archiwach raport z dnia 13 lipca 1950 roku w sprawie obserwacji dokonanych w blasku dnia, 27 kwietnia i 24 maja, przez personel Towarzystwa Land-Air Inc., zarejestrowanych za pomocą specjalnych kamer fototeodolitowych firmy Ascania. Fakt ten został w raporcie pominięty. Gdy kapitan Edward Ruppelt, któremu pod koniec 1951 roku powierzono nadzór nad komisją dochodzeniową, dowiedział się o istnieniu tych filmów, udał się w 1952 roku do Holloman w celu zapoznania się z nimi. Nie udało się jednak ich odnaleźć. Zdaniem Bruce'a Maccabee jest to ewidentny przypadek ukrywania naukowych materiałów znajdujących się w posiadaniu laboratorium badawczego w Cambridge, w którym niewątpliwie już od dawna była znana sprawa UFO. Interesujący szczegół: średnica UFO -około dziesięciu metrów -pokrywa się ze średnicą innego obiektu latającego, zaobserwowanego rok wcześniej także w White Sands przez fizyka, o którym dziś wiadomo, że w 1947 roku wypuszczał balony Mogul: jest to profesor Charles Moore. Miał on możliwość obserwowania UFO za pomocą teodolitu. Jego raport również znajduje się w oficjalnych materiałach "dossier UFO".
Ośrodek atomowy w Los Alamos był następnie miejscem innych obserwacji. Astronom Allen Hynek, wówczas doradca naukowy Sił Powietrznych, w swojej książce The Rynek UFO Report ("Raport Hyneka o UFO") opisuje dokładnie przypadek, który wydarzył się 29 lipca 1952 roku. Szczegółowy raport o tym zdarzeniu złożyło pięciu świadków. Pierwszy z nich, pracownik naukowy, zobaczył o godzinie 10.00 biały obiekt, który obracał się wokół własnej osi. Po pięciu minutach nadleciały myśliwce odrzutowe z bazy Kirtland. Inny pracownik laboratorium dostrzegł w tym samym czasie biały obiekt, większy od samolotu, lecący w linii prostej na wysokości około 1000 m i pozostawiający za sobą gęstą smugę. Inni świadkowie zauważyli interesujący pojazd o jajowatym kształcie. Jeden ze świadków obserwował go przez lornetkę i widział, jak znika za górami. Jeszcze inny dostrzegł niesione przez wiatr spalone papiery. UFO nie leciało zgodnie z kierunkiem wiatru, ale mimo to komisja "Błękitna Księga" stanęła na stanowisku, że chodzi "najprawdopodobniej" o papiery niesione przez wiatr. Zdaniem Hyneka cała sprawa stanowi doskonałą ilustrację "teorematu Sił Powietrznych": nie może to istnieć, więc nie istnieje.
Oak Ridge, czerwiec 1949 - październik 1950
Jeśli wierzyć archiwom FBI, początkiem licznych obserwacji dokonanych w Oak Ridge, jednym z głównych amerykańskich ośrodków atomowych, był dzień 19 czerwca 1949 roku. Na przykład w raporcie z dnia 20 października 1950 roku przytacza się meldunki personelu służby bezpieczeństwa Komisji Energii Atomowej, która kieruje ośrodkiem:
Państwo Anderson oświadczyli o godzinie 19.00, że 19 czerwca około godziny 12.00 widzieli trzy nie zidentyfikowane obiekty lecące z południowego zachodu w kierunku Oak Ridge w stanie Tennessee. Twierdzili, że dwa obiekty miały kształt kwadratu, trzeci zaś był okrągły i poruszał się albo pomiędzy kwadratowymi, albo nieco wyżej. Pierwsze dwa były płaskie i elastyczne; okrągły obiekt był również płaski, ale nie sprawiał wrażenia elastycznego. Leciały bezgłośnie przez 10 do 15 minut w kierunku północno-zachodnim. Pogoda była jasna i bezwietrzna. Inny świadek, pani White, potwierdziła tę obserwację. Wymienieni świadkowie cieszą się dobrą opinią i zasługują na zaufanie.
W powszechnie dostępnych archiwach FBI znajduje się aż 80 stron dokumentów dotyczących fali obserwacji w Oak Ridge w latach 1949 i 1950. Podobnie jak w przypadku Camp Hood niektóre z nich są zaskakujące. Na przykład 15 października 1950 roku około godziny 15.20 agent służby bezpieczeństwa AEC Edward Rymer ujrzał coś, co w pierwszej chwili wziął za samolot lecący na wysokości 4000-5000 m. Za obiektem ciągnęła się smuga długości około 400 m. Obiekt zaczął obniżać lot w sposób kontrolowany, prawie pionowo, wolniej niż jest to w stanie zrobić samolot. Następnie przybrał kształt dużej piłki, za którą ciągnęła się błyszcząca smuga tej samej wielkości. Obiekt przeszedł potem do lotu poziomego, równoległego do horyzontu, zwolnił i przeleciał w odległości około 70 m od Rymera oraz innego zatrzymanego przez niego świadka. Ponieważ pojazd wciąż zwalniał i zaczął poruszać się z prędkością mniejszą od szybkości człowieka, Rymer próbował zbliżyć się do niego. Kiedy jednak znalazł się w odległości poniżej 20 m, obiekt skierował się na południowy wschód na wysokości zaledwie dwóch metrów nad ziemią, wykonując "prawie mechanicznie" manewr pozwalający mu przelecieć nad ogrodzeniem wysokości trzech metrów, a następnie nad wierzbą i przewodami telefonicznymi. Zwiększył wysokość i szybkość nad wzgórzem w odległości półtora kilometra od miejsca spotkania. Ten sam świadek podaje dodatkowe szczegóły na temat nieprawdopodobnego wyglądu pojazdu, na przykład "ogona", który sprawiał wrażenie, że składa się z kilku części, emitował słabe pulsujące światło barwy błękitno-szarej i lekko kołysał się na wietrze. Inną zdumiewającą cechą tego obiektu był fakt, że jak gdyby zmniejszał się w miarę zbliżania, zwiększał zaś, oddalając się.
Spotykając się z tego rodzaju przypadkiem, trudno nie wspomnieć sugestii o psychicznym manipulowaniu świadkami. W każdym razie Edward Rymer musiał być pod ogromnym wrażeniem swojej przygody, skoro zdecydował się na jej opis, narażając się na śmieszność, a nawet ryzykując utratę stanowiska agenta służb bezpieczeństwa.
Powyższe obserwacje, podobnie jak sygnały z Killeen, musiały wzbudzić niepokój władz. Stąd liczne notatki FBI. Raport z dnia 21 października 1950 roku podsumowuje problem w następujący sposób:
Wygląda na to, że opinie sprowadzają się do trzech kategorii wyjaśnień. Pierwsza przychyla się do wersji zjawisk fizycznych, które należy tłumaczyć naukowo; druga podtrzymuje wersję o obiektach doświadczalnych (niewiadomego pochodzenia) sterowanych elektronicznie,. trzecie wyjaśnienie zbliżone jest do drugiego, zakłada jednak ponadto, że może tu również chodzić o chęć demoralizacji i nękania. Odrzuca się na ogól koncepcję zjawisk ze sfery fantastyki naukowej.
Nie jest wykluczone, że w tym "nękaniu" można dopatrywać się dość prostego przesłania, które dałoby się odczytać następująco: "Możemy zrobić z wami, ludźmi, co nam się żywnie podoba, i obserwujemy z bliska wasze tajemnice atomowe...". Powyższe przypuszczenie należałoby adresować przede wszystkim do tych, którzy w grudniu 1948 roku nadali komisji badawczej nazwę "uraza"...
Epizod z "Komisją Uraza" stanowi jedynie mało znaczący etap w długiej już historii UFO. Pod wpływem napływających w 1950 roku relacji o dokonanych obserwacjach sztab zdecydował się na reaktywowanie pogrążonej w letargu komisji. Nowy szef Wywiadu Powietrznego w Pentagonie, generał Samford, który zastąpił na tym stanowisku generała Cabella, wpadł w furię, kiedy dowiedział się o bezczynności komisji i wydał rozkaz natychmiastowego wznowienia jej pracy. I wówczas wkracza na scenę młody porucznik Edward Ruppelt, któremu szefostwo A TIC powierza to zadanie. W ciągu dwóch lat Ruppelt nadał badaniom komisji niesamowity impuls.
W 1949 roku amerykańską broń jądrową magazynowano między innymi na supertajnym terenie wojskowym Camp Hood w Killeen w Teksasie. Tutaj pierwsze przypadki zagadkowych wizyt zaczęto odnotowywać od 6 marca. Zameldował o nich w notatce z dnia 22 marca agent FBI przydzielony do najbliżej położonego od bazy miasta San Antonio:
6 marca 1949 roku około godziny 19.33 w odległości około pół mili od bazy w Killeen, w strefie "instalacji o szczególnym znaczeniu" Camp Hood (Teksas) zauważono racę. Drugą racę dostrzeżono 7 marca o godzinie 1.45 w nocy w odległości około trzech mil od bazy. Od tej pory panuje opinia, że "race" w pobliżu Killeen podobne są do już zaobserwowanych zjawisk w okolicach Los Alamos i bazy Sandia, w pobliżu Camp Hood są to jednak pierwsze tego rodzaju obserwacje .
Przez następne trzy miesiące światła i błyszczące kule pojawiały się nad Camp Hood bez przerwy, niektóre bardzo blisko ziemi i obserwatorów: strażników, patroli ochrony bazy. 6 marca wojskowi zaobserwowali na horyzoncie błysk błękitnawego światła, po dwudziestu minutach białe światło z pomarańczowym ogonem, a następnie inne, tym razem bladobłękitne. W końcu nastąpił silny wybuch światła, przypominający efekt "lampy błyskowej" . 30 marca żołnierz pełniący służbę na wschód od bazy widział, jak nad pasem startowym przelatywała czerwona kula ognista.
Najbardziej spektakularna seria przypadków miała miejsce 27 kwietnia. O godzinie 21.20 dwaj żołnierze, pełniący służbę na południowy wschód od Killeen, zaobserwowali pojawienie się kilka kroków od nich i około dwóch metrów nad ziemią migocącego fioletowego światła o średnicy około czterech centymetrów. Maleńkie światło pozostawało przez minutę w bezruchu, a następnie oddaliło się i zniknęło między gałęziami drzew. Kilka chwil później w odległości trzech kilometrów od tego miejsca inni żołnierze ujrzeli błyszczące światło o średnicy dziesięciu centymetrów. Miało z tyłu coś w rodzaju przyczepionego "metalicznego" stożka wielkości pięciu do dziesięciu centymetrów. Obiekt zbliżał się dość szybko w ich kierunku, lecąc poziomo, i nagle zniknął. Dwanaście minut później w innym sektorze bazy leciało zygzakiem białe światło. Obserwacje następowały jedna po drugiej. Napływały meldunki o zwartych szykach tych zagadkowych świateł, aż do dziesięciu w jednym. Dla osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo 4. armii był to niewątpliwie powód do zdenerwowania...
Te zagadkowe błyszczące kule mogą się kojarzyć z nie mniej osobliwymi Joo-fighterami zaobserwowanymi w czasie drugiej wojny światowej i z przygodą pilota George'a Gormana, który trzy miesiące wcześniej stoczył prawdziwą walkę powietrzną z błyszczącą białą kulą o średnicy sześciu-ośmiu cali (15-20 cm). Badacze wojskowi doszli w owym czasie do wniosku, że chodziło o balon. A mimo to przypadek ten figuruje w ściśle tajnym raporcie sztabu z dnia 10 grudnia 1948 roku (patrz: rozdział 3).
Wobec dalszego pojawiania się zjawisk świetlnych odpowiedzialne organy 4. armii opracowały w maju 1949 roku plan wzmożonej ochrony bazy w Killeen i zwróciły się do dowództwa Sił Powietrznych o środki niezbędne do jego realizacji. Spotkały się niestety z odmową.
Obserwacje trwały jednak do sierpnia. 6 czerwca dwa punkty kontrolne zasygnalizowały pomarańczowe światło znacznie większych rozmiarów od poprzednich (od 10 do 20 m średnicy), zawieszone na wysokości ponad 1,5 km. Po trzech minutach zagadkowe światło przesunęło się, a następnie rozsypało na cząstki .
Wysokie czynniki wyraźnie bardziej interesowały się
zielonymi kulami ognistymi w Nowym Meksyku niż tym, co działo się w bazie Killeen. Z inicjatywy wybitnych uczonych, takich jak geofizyk Joseph Kaplan, doradca Sił Powietrznych, profesorowie Norris Bradbury i Edward Teller ("ojciec" bomby wodorowej) z uniwersytetu w Kalifornii, którzy uczestniczyli w spotkaniu w Los Alamos, powstał plan wzmożonej obserwacji Project Twinkle ("Plan Migotanie"). Poczynając od lutego 1950 roku plan wdrażany był przez rok na terenach, na których odnotowano największą liczbę niewytłumaczalnych zjawisk, między innymi w bazie Holloman w White Sands. Plan realizowano pod nadzorem laboratorium badawczego Sił Powietrznych w Cambridge w stanie Ohio. Czy może wreszcie uda się zdobyć naukowe dowody istnienia UFO? Niestety, z powodu braku odpowiednich środków plan zakończył się niepowodzeniem. Zapisy uzyskane za pomocą precyzyjnej aparatury uznano za niewystarczające do wyciągnięcia ostatecznych wniosków. W końcowym raporcie z dnia 27 listopada 1951 roku doktor Kaplan orzekł: "zielone kule ogniste" są zjawiskiem naturalnym. Ale jeden z załączonych do raportu dokumentów, list do AMC z dnia 15 września 1950 roku, zawiera ciekawe zdanie: "Nie ulega wątpliwości, że należy uznać za znamienny fakt, iż kule ogniste znikają z chwilą zorganizowania systematycznego nadzoru na miejscu".
Niewytłumaczalne zjawiska świetlne stały się wprawdzie rzadsze, ale trwały nadal. Występowały jeszcze w roku 1951, między innymi nad Los Alamos. W tym wypadku były to wyłącznie zielone kule. Do raportu włączono zeznania majora Edwarda Doty'ego z bazy Hollori1an. Opisuje w nich obserwację pewnego żołnierza odbywającego służbę w eksperymentalnej jednostce radarowej, dokonaną 9 lipca o godzinie 22.30 w pobliżu Corony: czerwona kula świetlna w przybliżeniu wielkości księżyca w pełni, znajdująca się nieco ponad horyzontem, opadała powoli przez 30 sekund, a następnie zniknęła bezgłośnie za drzewami.
Negatywne wnioski raportu "Komisji Uraza" zostały zakwestionowane w 1956 roku przez fizyka z marynarki wojennej Bruce'a Maccabee . Jego zdaniem dostępne obecnie archiwa komisji "Błękitna Księga" świadczą o tym, że autor raportu, doktor Elterman, pominął milczeniem istotne zapisy. Na przykład Maccabee znalazł w tych archiwach raport z dnia 13 lipca 1950 roku w sprawie obserwacji dokonanych w blasku dnia, 27 kwietnia i 24 maja, przez personel Towarzystwa Land-Air Inc., zarejestrowanych za pomocą specjalnych kamer fototeodolitowych firmy Ascania. Fakt ten został w raporcie pominięty. Gdy kapitan Edward Ruppelt, któremu pod koniec 1951 roku powierzono nadzór nad komisją dochodzeniową, dowiedział się o istnieniu tych filmów, udał się w 1952 roku do Holloman w celu zapoznania się z nimi. Nie udało się jednak ich odnaleźć. Zdaniem Bruce'a Maccabee jest to ewidentny przypadek ukrywania naukowych materiałów znajdujących się w posiadaniu laboratorium badawczego w Cambridge, w którym niewątpliwie już od dawna była znana sprawa UFO. Interesujący szczegół: średnica UFO -około dziesięciu metrów -pokrywa się ze średnicą innego obiektu latającego, zaobserwowanego rok wcześniej także w White Sands przez fizyka, o którym dziś wiadomo, że w 1947 roku wypuszczał balony Mogul: jest to profesor Charles Moore. Miał on możliwość obserwowania UFO za pomocą teodolitu. Jego raport również znajduje się w oficjalnych materiałach "dossier UFO".
Ośrodek atomowy w Los Alamos był następnie miejscem innych obserwacji. Astronom Allen Hynek, wówczas doradca naukowy Sił Powietrznych, w swojej książce The Rynek UFO Report ("Raport Hyneka o UFO") opisuje dokładnie przypadek, który wydarzył się 29 lipca 1952 roku. Szczegółowy raport o tym zdarzeniu złożyło pięciu świadków. Pierwszy z nich, pracownik naukowy, zobaczył o godzinie 10.00 biały obiekt, który obracał się wokół własnej osi. Po pięciu minutach nadleciały myśliwce odrzutowe z bazy Kirtland. Inny pracownik laboratorium dostrzegł w tym samym czasie biały obiekt, większy od samolotu, lecący w linii prostej na wysokości około 1000 m i pozostawiający za sobą gęstą smugę. Inni świadkowie zauważyli interesujący pojazd o jajowatym kształcie. Jeden ze świadków obserwował go przez lornetkę i widział, jak znika za górami. Jeszcze inny dostrzegł niesione przez wiatr spalone papiery. UFO nie leciało zgodnie z kierunkiem wiatru, ale mimo to komisja "Błękitna Księga" stanęła na stanowisku, że chodzi "najprawdopodobniej" o papiery niesione przez wiatr. Zdaniem Hyneka cała sprawa stanowi doskonałą ilustrację "teorematu Sił Powietrznych": nie może to istnieć, więc nie istnieje.
Oak Ridge, czerwiec 1949 - październik 1950
Jeśli wierzyć archiwom FBI, początkiem licznych obserwacji dokonanych w Oak Ridge, jednym z głównych amerykańskich ośrodków atomowych, był dzień 19 czerwca 1949 roku. Na przykład w raporcie z dnia 20 października 1950 roku przytacza się meldunki personelu służby bezpieczeństwa Komisji Energii Atomowej, która kieruje ośrodkiem:
Państwo Anderson oświadczyli o godzinie 19.00, że 19 czerwca około godziny 12.00 widzieli trzy nie zidentyfikowane obiekty lecące z południowego zachodu w kierunku Oak Ridge w stanie Tennessee. Twierdzili, że dwa obiekty miały kształt kwadratu, trzeci zaś był okrągły i poruszał się albo pomiędzy kwadratowymi, albo nieco wyżej. Pierwsze dwa były płaskie i elastyczne; okrągły obiekt był również płaski, ale nie sprawiał wrażenia elastycznego. Leciały bezgłośnie przez 10 do 15 minut w kierunku północno-zachodnim. Pogoda była jasna i bezwietrzna. Inny świadek, pani White, potwierdziła tę obserwację. Wymienieni świadkowie cieszą się dobrą opinią i zasługują na zaufanie.
W powszechnie dostępnych archiwach FBI znajduje się aż 80 stron dokumentów dotyczących fali obserwacji w Oak Ridge w latach 1949 i 1950. Podobnie jak w przypadku Camp Hood niektóre z nich są zaskakujące. Na przykład 15 października 1950 roku około godziny 15.20 agent służby bezpieczeństwa AEC Edward Rymer ujrzał coś, co w pierwszej chwili wziął za samolot lecący na wysokości 4000-5000 m. Za obiektem ciągnęła się smuga długości około 400 m. Obiekt zaczął obniżać lot w sposób kontrolowany, prawie pionowo, wolniej niż jest to w stanie zrobić samolot. Następnie przybrał kształt dużej piłki, za którą ciągnęła się błyszcząca smuga tej samej wielkości. Obiekt przeszedł potem do lotu poziomego, równoległego do horyzontu, zwolnił i przeleciał w odległości około 70 m od Rymera oraz innego zatrzymanego przez niego świadka. Ponieważ pojazd wciąż zwalniał i zaczął poruszać się z prędkością mniejszą od szybkości człowieka, Rymer próbował zbliżyć się do niego. Kiedy jednak znalazł się w odległości poniżej 20 m, obiekt skierował się na południowy wschód na wysokości zaledwie dwóch metrów nad ziemią, wykonując "prawie mechanicznie" manewr pozwalający mu przelecieć nad ogrodzeniem wysokości trzech metrów, a następnie nad wierzbą i przewodami telefonicznymi. Zwiększył wysokość i szybkość nad wzgórzem w odległości półtora kilometra od miejsca spotkania. Ten sam świadek podaje dodatkowe szczegóły na temat nieprawdopodobnego wyglądu pojazdu, na przykład "ogona", który sprawiał wrażenie, że składa się z kilku części, emitował słabe pulsujące światło barwy błękitno-szarej i lekko kołysał się na wietrze. Inną zdumiewającą cechą tego obiektu był fakt, że jak gdyby zmniejszał się w miarę zbliżania, zwiększał zaś, oddalając się.
Spotykając się z tego rodzaju przypadkiem, trudno nie wspomnieć sugestii o psychicznym manipulowaniu świadkami. W każdym razie Edward Rymer musiał być pod ogromnym wrażeniem swojej przygody, skoro zdecydował się na jej opis, narażając się na śmieszność, a nawet ryzykując utratę stanowiska agenta służb bezpieczeństwa.
Powyższe obserwacje, podobnie jak sygnały z Killeen, musiały wzbudzić niepokój władz. Stąd liczne notatki FBI. Raport z dnia 21 października 1950 roku podsumowuje problem w następujący sposób:
Wygląda na to, że opinie sprowadzają się do trzech kategorii wyjaśnień. Pierwsza przychyla się do wersji zjawisk fizycznych, które należy tłumaczyć naukowo; druga podtrzymuje wersję o obiektach doświadczalnych (niewiadomego pochodzenia) sterowanych elektronicznie,. trzecie wyjaśnienie zbliżone jest do drugiego, zakłada jednak ponadto, że może tu również chodzić o chęć demoralizacji i nękania. Odrzuca się na ogól koncepcję zjawisk ze sfery fantastyki naukowej.
Nie jest wykluczone, że w tym "nękaniu" można dopatrywać się dość prostego przesłania, które dałoby się odczytać następująco: "Możemy zrobić z wami, ludźmi, co nam się żywnie podoba, i obserwujemy z bliska wasze tajemnice atomowe...". Powyższe przypuszczenie należałoby adresować przede wszystkim do tych, którzy w grudniu 1948 roku nadali komisji badawczej nazwę "uraza"...
Epizod z "Komisją Uraza" stanowi jedynie mało znaczący etap w długiej już historii UFO. Pod wpływem napływających w 1950 roku relacji o dokonanych obserwacjach sztab zdecydował się na reaktywowanie pogrążonej w letargu komisji. Nowy szef Wywiadu Powietrznego w Pentagonie, generał Samford, który zastąpił na tym stanowisku generała Cabella, wpadł w furię, kiedy dowiedział się o bezczynności komisji i wydał rozkaz natychmiastowego wznowienia jej pracy. I wówczas wkracza na scenę młody porucznik Edward Ruppelt, któremu szefostwo A TIC powierza to zadanie. W ciągu dwóch lat Ruppelt nadał badaniom komisji niesamowity impuls.
Komisja "Błękitna Księga"
Komisja "Błękitna Księga"
Po otrzymaniu nominacji na szefa "Komisji Uraza" we wrześniu 1951 roku Ruppelt stwierdził, że ma do czynienia z bezczynną ekipą, która nawet nie czyta napływających do niej raportów. Ten okres apatii nazywa on "czarnymi latami UFO". Młody utalentowany oficer jest zaniepokojony tą zdumiewającą sytuacją, ponieważ od swoich zwierzchników wysokiego szczebla otrzymał polecenie natychmiastowego wznowienia dochodzeń. Zadaje sobie pytanie, czy za negatywną postawą charakteryzującą bazę Wright-Patterson, kiedy w innych ośrodkach jakość raportów ma tendencję wzrostową, nie kryją się jakieś istotne przyczyny:
Czy przypadkiem nie służę za kamuflaż dla jakichś innych zadań? Nie podoba mi się ta sytuacja, ponieważ jeśli niektórzy moi zwierzchnicy wiedzą, że UFO to na pewno statki kosmiczne, wyjdę na durnia, kiedy prawda zostanie ujawniona .
I rzeczywiście, w owym czasie postawa Sił Powietrznych nie była jednoznaczna. Wprawdzie na początku 1949 roku przyjęły one "twardą" linię konsekwentnego negowania obserwacji UFO i opcja ta została oficjalnie potwierdzona w grudniu w końcowym, bardzo krytycznym raporcie "Komisji Uraza" (zmuszonej mimo to do uznania 23% przypadków za nie wyjaśnione), to jednak nie była ona jednomyślna. Najwyższe czynniki w hierarchii wywiadu, najpierw generał Cabell w notatce z lutego 1949 roku o potrzebach wywiadu (patrz rozdział 3), a następnie generał Samford we wrześniu 1951 roku domagali się zapoczątkowania badań z prawdziwego zdarzenia w sprawie UFO. Dziś, biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o Roswell, możemy zadać sobie pytanie, czy nie było z ich strony podwójnej gry. Jeśli w 1947 roku znaleziono rzeczywiście rozbite UFO, to z całą pewnością byliby oni o tym poinformowani, i to w pierwszej kolejności. Nasilające się jednak tajemnicze wizyty mogły być dla nich do tego stopnia niepokojące, że uznali za niezbędne wznowienie dochodzeń. Tak czy inaczej, aktywne obserwacje UFO stały się, ich zdaniem, konieczne.
Aby podkreślić ten przełom, nadano komisji nową nazwę B/ue Book ("Błękitna Księga"). Dzielny porucznik Ruppelt, szybko awansowany do stopnia kapitana, postanowił wykonać swoje zadanie jak najbardziej sumiennie, niezależnie od okoliczności. Nie trzeba było długo czekać, aby UFO znalazły się ponownie w orbicie dużego zainteresowania. W lecie 1952 roku pojawiła się fala obserwacji, która osiągnęła punkt kulminacyjny w tak zwanej "karuzeli waszyngtońskiej". Zbulwersowała ona i zmobilizowała opinię publiczną. W lipcu 1952 roku przez dwie noce z siedmiodniową przerwą odbywał się prawdziwy balet powietrzny UFO, zaobserwowany nad stolicą przez licznych świadków cywilnych i wojskowych, z ziemi i powietrza, bezpośrednio i na ekranach radarów.
W sobotę 19 lipca 1952 roku o godzinie 23.40 rozpoczęła się pierwsza seria obserwacji. Trwała ona do godziny 5.30 nad ranem. Pierwszy odebrał zjawisko radar o dalekim zasięgu -ARTC -70 mil (110 km). Zarejestrował on siedem odbić w odległości 15 mil na południowy zachód. Szef kontroli ruchu powietrznego Harry Barnes zeznaje: "Od razu wiedzieliśmy, że to coś bardzo dziwnego. Ruchy obiektów różniły się zasadniczo od ruchów zwykłych samolotów" (II). Obiekty te można było śledzić tylko na odległość pięciu kilometrów. Znikały z ekranu jak po gwałtownym przyśpieszeniu. Po sprawdzeniu sprawności radaru Barnes połączył się ze swym kolegą w centralnej wieży kontrolnej odległej o 400 m i odpowiedzialnej za lądowania. Howard Cocklin potwierdził, że nie tylko jego radar odnotował również te obiekty, ale i on sam zobaczył jeden z nich -błyszczące pomarańczowe światło -na własne oczy! Obiekty rozciągnęły się po całym sektorze. Barnes połączył się z wojskową bazą powietrzną w Andrews, położoną 16 km na wschód, na drugim brzegu Potomaku. Pilot William Brady (zgodnie z dokumentem "Błękitnej Księgi") widział gołym okiem w odległości około dwóch kilometrów od bazy dużą pomarańczową kulę ognistą o wyraźnych konturach i ze smugą. Wykonała ruch kolisty, zatrzymała się, a następnie odleciała z niewiarygodną prędkością i w mgnieniu oka zniknęła.
Ponieważ oba lotniska, cywilne i wojskowe, wykrywały nadal kolejne UFO, w tym pomarańczowy błysk na wysokości około 1000 m, ogłoszony został pościg, ale w bazie Andrews trwały prace remontowe i trzeba było sprowadzić samoloty z bazy Newcastle w stanie Delaware. Tuż przed przybyciem samolotów -z wielkim opóźnieniem, około godziny 3.00 w nocy -UFO się ulotniły,... by na nowo pokazać się po ich odlocie! Tymczasem kapitan Pierman lecący na pokładzie DC-4 linii Capital Airlines obserwował przez czternaście minut aż sześć błyszczących, białych, szybko poruszających się świateł. Jak podaje kontroler Barnes, obserwacje te pokrywały się w pełni z pelengiem radarowym. Późno w nocy radar o dalekim zasięgu AR TC zasygnalizował UFO nad inną wojskową bazą powietrzną, BoIling, położoną nad Potomakiem. Baza ta wykryła z kolei UFO w postaci okrągłego bursztynowego światła powoli przemieszczającego się przez kilka minut. W innym czasie trzy radary AR TC na wieży kontrolnej w Andrews i na wieży kontrolnej w Waszyngtonie pelengowały przez 30 sekund to samo UFO, które następnie zniknęło jednocześnie z wszystkich ekranów. I jeszcze dwie relacje dotyczące tej pierwszej nocy. Pierwsza pochodzi od sierżanta Davenporta, który trzykrotnie widział, jak czerwony obiekt oddziela się z dużą szybkością od UFO koloru srebrzysto błękitnego, manewrującego na wysokości koron drzew. Drugą relację złożył inżynier radiowy Chambers. Wczesnym rankiem, nie znając jeszcze nocnych wydarzeń, zaobserwował pięć poruszających się powoli i swobodnie dysków, które wychylone do przodu oddaliły się gwałtownie po bardzo stromym torze .
Ruppelt opowiada z humorem, że dowiedział się o wszystkim po dwóch dniach z gazet przed wylądowaniem w Waszyngtonie, dokąd przylatywał w rutynowych sprawach. Nikt nie pomyślał, nawet jego odpowiednik w Pentagonie major Foumet, żeby uprzedzić go w Dayton o wydarzeniu. Co więcej, kiedy zdecydował się na osobiste zajęcie się tematem i poprosił o samochód, spotkał się z odmową pod pretekstem, że z wojskowych samochodów służbowych mogą korzystać wyłącznie oficerowie od stopnia pułkownika. Dano mu nawet do zrozumienia, że jego pobyt w Waszyngtonie jest przewidziany wyłącznie na ten dzień; scena godna filmu Doctor FOIAmour, a działo się to w czasie, gdy prezydent Truman zażądał przeprowadzenia śledztwa w tej tajemniczej sprawie! .
W następnym tygodniu, przed drugą fazą tej fantastycznej karuzeli, 26 lipca wieczorem odnotowano kolejne, jednak znacznie rzadsze obserwacje. Zdaniem Ruppelta tym razem jego koledzy w Pentagonie nie byli już na szczęście zaskoczeni. Major Foumet udał się w towarzystwie elektronika z marynarki wojennej, porucznika Holcomba, na stanowisko radarowe AR TC na lotnisku. Zastali tam rzecznika prasowego Pentagonu, Alberta Chopa. Wszyscy oni, wraz z obsługą radaru, mieli w czasie tej drugiej nocy możliwość obserwowania powietrznego baletu UFO. Lotnisko w Waszyngtonie i baza w Andrews wykryły w krótkim czasie zarówno wizualnie, jak i na aparatach radiolokacyjnych kilkanaście nie zidentyfikowanych celów we wszystkich prawie kierunkach. Poruszały się raz powoli, według obliczeń obsługi radaru z prędkością poniżej 100 mil/godz. (160 km/godz.), innym razem z niesamowitą prędkością dochodzącą do 7000 mil/godz. (11 000 km/godz.). Pojawiały się pomarańczowe kule świetlne. O godzinie 22.46 instruktor lotniczy w CAA (Civii Aeronautics Administration -Zarząd Lotnictwa Cywilnego) zasygnalizował pięć pomarańczowych i białych świateł nad Waszyngtonem na wysokości około 2200 stóp (700 m). Zniknęły po sześciu minutach, ogłoszono jednak alarm.
Około godziny 23.30 z bazy w Newcastle przybyły myśliwce nocne F-94 Starfire. Pierwszy z nich poleciał w kierunku szybkich celów, dostrzegł cztery białe światła i ruszył za nimi w pościg. Tymczasem obiekty skierowały się w jego stronę, towarzyszyły mu przez pewien czas, a następnie oddaliły się! Pilot poprosił wieżę kontrolną o instrukcje, ale odpowiedzią było grobowe milczenie. Obsługa radarowa wykryła inne cele obok drugiego myśliwca, jednak pilot niczego nie zauważył .
Edward Ruppelt relacjonuje jeszcze jeden znamienny przypadek z tej zwariowanej nocy. Kilka minut po tym, jak obsługa radarowa lotniska w Waszyngtonie zgubiła cele na swych ekranach, dokonano nowych obserwacji, tym razem w regionie Newport News w Wirginii (w odległości około 180 km na południe, w pobliżu Norfolku). Świadkowie przekazali bazie Langlay informację o dziwnych jaskrawych światłach sprawiających wrażenie, że obracają się wokół własnej osi i zmieniają barwę. Pracownicy wieży kontrolnej dostrzegli inny cel i skierowali w jego kierunku znajdujący się akurat w pobliżu myśliwiec F-94. Pilot widział światło, ale gdy zbliżył się do niego, natychmiast zniknęło "jak gasnąca lampa". Ale co ważniejsze: mimo zniknięcia obiektu załoga samolotu (pilot i radarzysta) namierzyła cel, jednak po kilku sekundach kontakt (lock-on) uległ zerwaniu i obiekt błyskawicznie się oddalił. F-94 pozostawał w strefie jeszcze przez kilka minut i nawiązał dwa nowe kontakty radarowe. Po krótkim czasie cele pojawiły się ponownie na ekranach krajowego lotniska w Waszyngtonie! Myśliwce F-94 wyruszyły znów w kierunku stolicy. Tym razem obiekty pozostawały widoczne na ekranach radarowych na ziemi. Kiedy nadleciały samoloty, jeden z obiektów pozostał. Pilot widział światło dokładnie w miejscu, które wskazał mu radar AR TC. Ruszył w kierunku celu, który jednak zniknął .
Klasyczna wersja sceptyków w takich sprawach jest dobrze znana: chodzi rzekomo o przypadkowe odbicia radarowe wynikające z inwersji temperatury w różnych warstwach atmosfery, analogiczne do zjawiska fatamorgany w świetle dnia. Ale jak powiedział później w zaufaniu Fournet Ruppeltowi, wszyscy obecni w stacji radarowej na lotnisku w Waszyngtonie byli przekonani, że mają do czynienia z "realnymi przedmiotami metalowymi", a nie byli to nowicjusze w swoim zawodzie.
W związku z wrzawą, jaką podniosły środki przekazu, zwołano po trzech dniach konferencję prasową, którą prowadził szef wywiadu Sił Powietrznych generał Samford wraz z innym wysokim funkcjonariuszem Pentagonu, generałem Rameyem, autorem "balonowej" wersji w sprawie Roswell. Obecny był również Ruppelt, który przyjechał specjalnie w tym celu z Dayton. Rzucała się natomiast w oczy nieobecność Fourneta i Holcomba, bezpośrednich świadków wydarzeń. Inny oficer zasugerował prasie inwersję temperatury i w ten sposób temat został zamknięty, w każdym razie w środkach przekazu, jak świadczą o tym wielkie nagłówki w gazetach, które ukazały się następnego dnia. Podana później przez US Weather Bureau odmienna ocena nic nie zmieniła . Opinia publiczna była wyraźnie zaniepokojona tymi sprzecznymi wyjaśnieniami. Dowodzi tego artykuł tygodnika "Time" z dnia 4 sierpnia, który traktuje poważnie relację radarzysty Barnesa i w następujących słowach komentuje wojskową konferencję prasową: "Jeśli Siły Powietrzne nie próbują ukryć jakiegoś zagadkowego produktu własnego wyrobu, na przykład antyradaru, są tak samo zaniepokojone jak wszyscy" .
Po odejściu Ruppelta i nawiązaniu Sił Powietrznych do polityki systematycznego negowania UFO komisja "Błękitna Księga" powróciła bez wahań do interpretacji meteorologicznej, tłumacząc relacje z obserwacji wizualnych błędną wykładnią zjawiska meteorów. Nie jest też rzeczą przypadku, że Fournet i Chop staną się w przyszłości aktywnymi członkami pierwszego cywilnego organu badawczego NICAP (National Investigations Committee on Aerial Phenomena -Narodowy Komitet do Spraw Badań Powietrznych), założonego w 1956 roku przez byłego oficera marynarki Donalda Keyhoe, przekonanego, że armia ukrywa prawdę o UFO.
Dokumentacja waszyngtońskiej "karuzeli" długo jeszcze będzie tematem polemik. Zostanie na nowo "wytłumaczona" przez astronoma Donalda Menzela. Jego wersję podważy z kolei profesor McDonald, wysoko ceniony fizyk, który pojawi się "na arenie" w 1966 roku. Bez wdawania się w szczegóły trzeba powiedzieć, że sprawa ta spowodowała nowy zwrot w taktyce amerykańskich Sił Powietrznych. Kapitan Ruppelt szybko się przekonał, że jego plany są przez A TIC torpedowane. Wyciągnął z tego wnioski i w sierpniu 1953 roku zrezygnował ze stanowiska. Nie wiedział, że w styczniu tegoż roku została w tajemnicy przyjęta polityka systematycznego negowania istnienia UFO -"debunkingu" (od angielskiego to debunk -pomniejszać znaczenie czegoś).
Po otrzymaniu nominacji na szefa "Komisji Uraza" we wrześniu 1951 roku Ruppelt stwierdził, że ma do czynienia z bezczynną ekipą, która nawet nie czyta napływających do niej raportów. Ten okres apatii nazywa on "czarnymi latami UFO". Młody utalentowany oficer jest zaniepokojony tą zdumiewającą sytuacją, ponieważ od swoich zwierzchników wysokiego szczebla otrzymał polecenie natychmiastowego wznowienia dochodzeń. Zadaje sobie pytanie, czy za negatywną postawą charakteryzującą bazę Wright-Patterson, kiedy w innych ośrodkach jakość raportów ma tendencję wzrostową, nie kryją się jakieś istotne przyczyny:
Czy przypadkiem nie służę za kamuflaż dla jakichś innych zadań? Nie podoba mi się ta sytuacja, ponieważ jeśli niektórzy moi zwierzchnicy wiedzą, że UFO to na pewno statki kosmiczne, wyjdę na durnia, kiedy prawda zostanie ujawniona .
I rzeczywiście, w owym czasie postawa Sił Powietrznych nie była jednoznaczna. Wprawdzie na początku 1949 roku przyjęły one "twardą" linię konsekwentnego negowania obserwacji UFO i opcja ta została oficjalnie potwierdzona w grudniu w końcowym, bardzo krytycznym raporcie "Komisji Uraza" (zmuszonej mimo to do uznania 23% przypadków za nie wyjaśnione), to jednak nie była ona jednomyślna. Najwyższe czynniki w hierarchii wywiadu, najpierw generał Cabell w notatce z lutego 1949 roku o potrzebach wywiadu (patrz rozdział 3), a następnie generał Samford we wrześniu 1951 roku domagali się zapoczątkowania badań z prawdziwego zdarzenia w sprawie UFO. Dziś, biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o Roswell, możemy zadać sobie pytanie, czy nie było z ich strony podwójnej gry. Jeśli w 1947 roku znaleziono rzeczywiście rozbite UFO, to z całą pewnością byliby oni o tym poinformowani, i to w pierwszej kolejności. Nasilające się jednak tajemnicze wizyty mogły być dla nich do tego stopnia niepokojące, że uznali za niezbędne wznowienie dochodzeń. Tak czy inaczej, aktywne obserwacje UFO stały się, ich zdaniem, konieczne.
Aby podkreślić ten przełom, nadano komisji nową nazwę B/ue Book ("Błękitna Księga"). Dzielny porucznik Ruppelt, szybko awansowany do stopnia kapitana, postanowił wykonać swoje zadanie jak najbardziej sumiennie, niezależnie od okoliczności. Nie trzeba było długo czekać, aby UFO znalazły się ponownie w orbicie dużego zainteresowania. W lecie 1952 roku pojawiła się fala obserwacji, która osiągnęła punkt kulminacyjny w tak zwanej "karuzeli waszyngtońskiej". Zbulwersowała ona i zmobilizowała opinię publiczną. W lipcu 1952 roku przez dwie noce z siedmiodniową przerwą odbywał się prawdziwy balet powietrzny UFO, zaobserwowany nad stolicą przez licznych świadków cywilnych i wojskowych, z ziemi i powietrza, bezpośrednio i na ekranach radarów.
W sobotę 19 lipca 1952 roku o godzinie 23.40 rozpoczęła się pierwsza seria obserwacji. Trwała ona do godziny 5.30 nad ranem. Pierwszy odebrał zjawisko radar o dalekim zasięgu -ARTC -70 mil (110 km). Zarejestrował on siedem odbić w odległości 15 mil na południowy zachód. Szef kontroli ruchu powietrznego Harry Barnes zeznaje: "Od razu wiedzieliśmy, że to coś bardzo dziwnego. Ruchy obiektów różniły się zasadniczo od ruchów zwykłych samolotów" (II). Obiekty te można było śledzić tylko na odległość pięciu kilometrów. Znikały z ekranu jak po gwałtownym przyśpieszeniu. Po sprawdzeniu sprawności radaru Barnes połączył się ze swym kolegą w centralnej wieży kontrolnej odległej o 400 m i odpowiedzialnej za lądowania. Howard Cocklin potwierdził, że nie tylko jego radar odnotował również te obiekty, ale i on sam zobaczył jeden z nich -błyszczące pomarańczowe światło -na własne oczy! Obiekty rozciągnęły się po całym sektorze. Barnes połączył się z wojskową bazą powietrzną w Andrews, położoną 16 km na wschód, na drugim brzegu Potomaku. Pilot William Brady (zgodnie z dokumentem "Błękitnej Księgi") widział gołym okiem w odległości około dwóch kilometrów od bazy dużą pomarańczową kulę ognistą o wyraźnych konturach i ze smugą. Wykonała ruch kolisty, zatrzymała się, a następnie odleciała z niewiarygodną prędkością i w mgnieniu oka zniknęła.
Ponieważ oba lotniska, cywilne i wojskowe, wykrywały nadal kolejne UFO, w tym pomarańczowy błysk na wysokości około 1000 m, ogłoszony został pościg, ale w bazie Andrews trwały prace remontowe i trzeba było sprowadzić samoloty z bazy Newcastle w stanie Delaware. Tuż przed przybyciem samolotów -z wielkim opóźnieniem, około godziny 3.00 w nocy -UFO się ulotniły,... by na nowo pokazać się po ich odlocie! Tymczasem kapitan Pierman lecący na pokładzie DC-4 linii Capital Airlines obserwował przez czternaście minut aż sześć błyszczących, białych, szybko poruszających się świateł. Jak podaje kontroler Barnes, obserwacje te pokrywały się w pełni z pelengiem radarowym. Późno w nocy radar o dalekim zasięgu AR TC zasygnalizował UFO nad inną wojskową bazą powietrzną, BoIling, położoną nad Potomakiem. Baza ta wykryła z kolei UFO w postaci okrągłego bursztynowego światła powoli przemieszczającego się przez kilka minut. W innym czasie trzy radary AR TC na wieży kontrolnej w Andrews i na wieży kontrolnej w Waszyngtonie pelengowały przez 30 sekund to samo UFO, które następnie zniknęło jednocześnie z wszystkich ekranów. I jeszcze dwie relacje dotyczące tej pierwszej nocy. Pierwsza pochodzi od sierżanta Davenporta, który trzykrotnie widział, jak czerwony obiekt oddziela się z dużą szybkością od UFO koloru srebrzysto błękitnego, manewrującego na wysokości koron drzew. Drugą relację złożył inżynier radiowy Chambers. Wczesnym rankiem, nie znając jeszcze nocnych wydarzeń, zaobserwował pięć poruszających się powoli i swobodnie dysków, które wychylone do przodu oddaliły się gwałtownie po bardzo stromym torze .
Ruppelt opowiada z humorem, że dowiedział się o wszystkim po dwóch dniach z gazet przed wylądowaniem w Waszyngtonie, dokąd przylatywał w rutynowych sprawach. Nikt nie pomyślał, nawet jego odpowiednik w Pentagonie major Foumet, żeby uprzedzić go w Dayton o wydarzeniu. Co więcej, kiedy zdecydował się na osobiste zajęcie się tematem i poprosił o samochód, spotkał się z odmową pod pretekstem, że z wojskowych samochodów służbowych mogą korzystać wyłącznie oficerowie od stopnia pułkownika. Dano mu nawet do zrozumienia, że jego pobyt w Waszyngtonie jest przewidziany wyłącznie na ten dzień; scena godna filmu Doctor FOIAmour, a działo się to w czasie, gdy prezydent Truman zażądał przeprowadzenia śledztwa w tej tajemniczej sprawie! .
W następnym tygodniu, przed drugą fazą tej fantastycznej karuzeli, 26 lipca wieczorem odnotowano kolejne, jednak znacznie rzadsze obserwacje. Zdaniem Ruppelta tym razem jego koledzy w Pentagonie nie byli już na szczęście zaskoczeni. Major Foumet udał się w towarzystwie elektronika z marynarki wojennej, porucznika Holcomba, na stanowisko radarowe AR TC na lotnisku. Zastali tam rzecznika prasowego Pentagonu, Alberta Chopa. Wszyscy oni, wraz z obsługą radaru, mieli w czasie tej drugiej nocy możliwość obserwowania powietrznego baletu UFO. Lotnisko w Waszyngtonie i baza w Andrews wykryły w krótkim czasie zarówno wizualnie, jak i na aparatach radiolokacyjnych kilkanaście nie zidentyfikowanych celów we wszystkich prawie kierunkach. Poruszały się raz powoli, według obliczeń obsługi radaru z prędkością poniżej 100 mil/godz. (160 km/godz.), innym razem z niesamowitą prędkością dochodzącą do 7000 mil/godz. (11 000 km/godz.). Pojawiały się pomarańczowe kule świetlne. O godzinie 22.46 instruktor lotniczy w CAA (Civii Aeronautics Administration -Zarząd Lotnictwa Cywilnego) zasygnalizował pięć pomarańczowych i białych świateł nad Waszyngtonem na wysokości około 2200 stóp (700 m). Zniknęły po sześciu minutach, ogłoszono jednak alarm.
Około godziny 23.30 z bazy w Newcastle przybyły myśliwce nocne F-94 Starfire. Pierwszy z nich poleciał w kierunku szybkich celów, dostrzegł cztery białe światła i ruszył za nimi w pościg. Tymczasem obiekty skierowały się w jego stronę, towarzyszyły mu przez pewien czas, a następnie oddaliły się! Pilot poprosił wieżę kontrolną o instrukcje, ale odpowiedzią było grobowe milczenie. Obsługa radarowa wykryła inne cele obok drugiego myśliwca, jednak pilot niczego nie zauważył .
Edward Ruppelt relacjonuje jeszcze jeden znamienny przypadek z tej zwariowanej nocy. Kilka minut po tym, jak obsługa radarowa lotniska w Waszyngtonie zgubiła cele na swych ekranach, dokonano nowych obserwacji, tym razem w regionie Newport News w Wirginii (w odległości około 180 km na południe, w pobliżu Norfolku). Świadkowie przekazali bazie Langlay informację o dziwnych jaskrawych światłach sprawiających wrażenie, że obracają się wokół własnej osi i zmieniają barwę. Pracownicy wieży kontrolnej dostrzegli inny cel i skierowali w jego kierunku znajdujący się akurat w pobliżu myśliwiec F-94. Pilot widział światło, ale gdy zbliżył się do niego, natychmiast zniknęło "jak gasnąca lampa". Ale co ważniejsze: mimo zniknięcia obiektu załoga samolotu (pilot i radarzysta) namierzyła cel, jednak po kilku sekundach kontakt (lock-on) uległ zerwaniu i obiekt błyskawicznie się oddalił. F-94 pozostawał w strefie jeszcze przez kilka minut i nawiązał dwa nowe kontakty radarowe. Po krótkim czasie cele pojawiły się ponownie na ekranach krajowego lotniska w Waszyngtonie! Myśliwce F-94 wyruszyły znów w kierunku stolicy. Tym razem obiekty pozostawały widoczne na ekranach radarowych na ziemi. Kiedy nadleciały samoloty, jeden z obiektów pozostał. Pilot widział światło dokładnie w miejscu, które wskazał mu radar AR TC. Ruszył w kierunku celu, który jednak zniknął .
Klasyczna wersja sceptyków w takich sprawach jest dobrze znana: chodzi rzekomo o przypadkowe odbicia radarowe wynikające z inwersji temperatury w różnych warstwach atmosfery, analogiczne do zjawiska fatamorgany w świetle dnia. Ale jak powiedział później w zaufaniu Fournet Ruppeltowi, wszyscy obecni w stacji radarowej na lotnisku w Waszyngtonie byli przekonani, że mają do czynienia z "realnymi przedmiotami metalowymi", a nie byli to nowicjusze w swoim zawodzie.
W związku z wrzawą, jaką podniosły środki przekazu, zwołano po trzech dniach konferencję prasową, którą prowadził szef wywiadu Sił Powietrznych generał Samford wraz z innym wysokim funkcjonariuszem Pentagonu, generałem Rameyem, autorem "balonowej" wersji w sprawie Roswell. Obecny był również Ruppelt, który przyjechał specjalnie w tym celu z Dayton. Rzucała się natomiast w oczy nieobecność Fourneta i Holcomba, bezpośrednich świadków wydarzeń. Inny oficer zasugerował prasie inwersję temperatury i w ten sposób temat został zamknięty, w każdym razie w środkach przekazu, jak świadczą o tym wielkie nagłówki w gazetach, które ukazały się następnego dnia. Podana później przez US Weather Bureau odmienna ocena nic nie zmieniła . Opinia publiczna była wyraźnie zaniepokojona tymi sprzecznymi wyjaśnieniami. Dowodzi tego artykuł tygodnika "Time" z dnia 4 sierpnia, który traktuje poważnie relację radarzysty Barnesa i w następujących słowach komentuje wojskową konferencję prasową: "Jeśli Siły Powietrzne nie próbują ukryć jakiegoś zagadkowego produktu własnego wyrobu, na przykład antyradaru, są tak samo zaniepokojone jak wszyscy" .
Po odejściu Ruppelta i nawiązaniu Sił Powietrznych do polityki systematycznego negowania UFO komisja "Błękitna Księga" powróciła bez wahań do interpretacji meteorologicznej, tłumacząc relacje z obserwacji wizualnych błędną wykładnią zjawiska meteorów. Nie jest też rzeczą przypadku, że Fournet i Chop staną się w przyszłości aktywnymi członkami pierwszego cywilnego organu badawczego NICAP (National Investigations Committee on Aerial Phenomena -Narodowy Komitet do Spraw Badań Powietrznych), założonego w 1956 roku przez byłego oficera marynarki Donalda Keyhoe, przekonanego, że armia ukrywa prawdę o UFO.
Dokumentacja waszyngtońskiej "karuzeli" długo jeszcze będzie tematem polemik. Zostanie na nowo "wytłumaczona" przez astronoma Donalda Menzela. Jego wersję podważy z kolei profesor McDonald, wysoko ceniony fizyk, który pojawi się "na arenie" w 1966 roku. Bez wdawania się w szczegóły trzeba powiedzieć, że sprawa ta spowodowała nowy zwrot w taktyce amerykańskich Sił Powietrznych. Kapitan Ruppelt szybko się przekonał, że jego plany są przez A TIC torpedowane. Wyciągnął z tego wnioski i w sierpniu 1953 roku zrezygnował ze stanowiska. Nie wiedział, że w styczniu tegoż roku została w tajemnicy przyjęta polityka systematycznego negowania istnienia UFO -"debunkingu" (od angielskiego to debunk -pomniejszać znaczenie czegoś).
CIA, komisja Robertsona i polityka "debunkingu"
CIA, komisja Robertsona i polityka "debunkingu"
Ruppelt pisze w swojej książce, jak nakłonił Siły Powietrzne do powołania komisji z udziałem wybitnych naukowców w celu prowadzenia badań nad UFO. Nie wspomina o tym, o czym wiemy teraz, a mianowicie że komisja, która zebrała się w Waszyngtonie na początku 1953 roku, była potajemnie sterowana przez CIA. Świadczą o tym niezbicie "odtajnione" dokumenty. l. Utworzona w 1947 roku (rok talerzy!) przez prezydenta Trumana CIA zaczęła bliżej interesować się UFO po wydarzeniach w Waszyngtonie, które, jej zdaniem, mogłyby świadczyć o istnieniu zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Dowodzi tego cała seria dokumentów wewnętrznych, jak na przykład notatka szefa Biura Wywiadu Naukowego (Ojjice of Scientific Intelligence -OSI), Marshalla Chadwella, skierowana w dniu 24 września 1952 roku do dyrektora CIA:
Zjawisko latających talerzy kryje w sobie dwa elementy zagrożenia, które w sytuacji napięcia międzynarodowego mogą mieć poważne następstwa dla bezpieczeństwa narodowego.
Chadwell wyjaśnia, że z jednej strony istnieje groźba zatorów i zakłóceń w systemie łączności, z drugiej zaś paniki wśród ludności. W sytuacji kryzysowej Związek Radziecki mógłby chcieć wykorzystać takie efekty psychologiczne. Philip Klass oczywiście nie przepuścił okazji, aby zacytować i dokładnie skomentować tę notatkę i inne materiały świadczące o takim właśnie ówczesnym podejściu CIA. Ale czyżby CIA nie miała innych powodów do zainteresowania się UFO?
Co wiedziała wówczas na ten temat ta agencja wywiadowcza? Takiego pytania nie da się uniknąć, jeśli ocenia się tajną wiedzę, jaką mogła dysponować w tym czasie armia. Jak można było się spodziewać, dostępne dziś dokumenty CIA nic na ten temat nie mówią. Z drugiej jednak strony świadczą one o poważnym zaniepokojeniu ich autorów. Ale czy CIA miała sprecyzowaną opinię o charakterze tajemniczych UFO?
Na początku sierpnia 1952 roku, w ślad za briefingiem Sił Powietrznych, który miał miejsce 8 sierpnia w Dayton, odbyło się spotkanie na najwyższym szczeblu CIA. Na spotkaniu tym przedstawiono trzy notatki, dziś już "odtajnione". Sceptycy utrzymują, że stanowią one dowód, iż agencja wywiadowcza nie orientowała się w tajemnicach Sił Powietrznych. Pierwsza notatka omawia cztery teorie na temat UFO; można je streścić w sposób następujący:
1) Chodzi o amerykańską tajną broń znajdującą się w fazie prac konstrukcyjnych. Hipotezę tę wykluczają autorytety uprawnione do wglądu w najściślejsze tajemnice. W ocenie autorów analizy jest ona absolutnie nieprawdopodobna choćby ze względu na niebezpieczeństwo, na które ich loty naraziłyby lotnictwo cywilne (przy okazji warto zaznaczyć, że uwagę tę można w pełni odnieść do późniejszych obserwacji trójkątów w Belgii i Wielkiej Brytanii).
2) Może to być produkt rosyjski. Analiza CIA wyklucza bezdyskusyjnie tę teorię z całkowitego braku dowodów.
3) Są to pojazdy międzyplanetarne. "Mimo że możemy założyć istnienie rozumnego życia poza Ziemią i że możliwe są podróże kosmiczne, w chwili obecnej nie ma cienia dowodu na poparcie tej teorii".
4) "Obserwacje można wytłumaczyć błędną interpretacją znanych obiektów lub naturalnymi, ale wciąż mało znanymi zjawiskami".
Powyższy dokument CIA jest dowodem bardzo sceptycznego stosunku ścisłego kierownictwa agencji do hipotezy pozaziemskiej, czego nie omieszkał zauważyć Philip Klass . Uważa on, że jest nie do pomyślenia, aby najwyższe gremium CIA nie było poinformowane o znalezieniu UFO, nawet jeśli byłoby to okryte najściślejszą tajemnicą.
A jednak... Czy jest aż tak nieprawdopodobne, że CIA była trzymana przez Siły Powietrzne na dystans, przynajmniej w pierwszym okresie? Stwierdziliśmy już, że napięte stosunki istniały między armią i FBI. Czy nie można założyć, że te ściśle tajne informacje były limitowane dla bardzo niewielkiej liczby osób według zasady need to know (wiedzą ci, którzy muszą), a ci, którym informacje nie są niezbędnie konieczne, nie powinni być do nich dopuszczani? Czy analogiczne podejście, jeśli chodzi o dostęp do dokumentów wojskowych, nie mogłoby dotyczyć również CIA? Powtórzmy: jeśli istniała i nadal istnieje szczególnie ścisła tajemnica, do której dostęp ograniczony jest, z jednej strony, dla niewielkiej liczby najwyżej postawionych osób, a z drugiej, dla wysoko kwalifikowanego i zdyscyplinowanego personelu wykonawczego, jak na przykład służby bezpieczeństwa, to taka tajemnica nie może być omawiana na posiedzeniu CIA, nawet na "najwyższym szczeblu". Jeśli niektórzy uczestnicy tego spotkania byli w sprawę wtajemniczeni, to i tak nie mogli się na nią powołać. Jest przecież jak najbardziej logiczne, że tajemnica, która musi być absolutnie strzeżona, nie ogląda światła dziennego nawet na bardzo tajnych spotkaniach i w najtajniejszych dokumentach, a tym bardziej w dokumentach "odtajnionych".
Udostępnione dotychczas materiały nie pozwalają ustalić, czy CIA, czy raczej niektórzy jej dobrze usytuowani w tej zhierarchizowanej instytucji funkcjonariusze, byli informowani o ściśle tajnych badaniach wojskowych dotyczących UFO. Z drugiej jednak strony pewne materiały wskazują na to, że CIA została o nich przez armię poinformowana. Można powołać się choćby na wyciąg z notatki z dnia 2 grudnia 1952 roku, sporządzonej przez zastępcę szefa wywiadu dla ówczesnego dyrektora agencji, Waltera B. Smitha:
Otrzymane ostatnio przez C/A raporty wskazują na to, że prowadzenie dalszej akcji jest celowe i kompetentne czynniki A T/C i A2 zorganizowały 25 listopada nowy briefing. Aktualne raporty o przypadkach dowodzą, że dzieje się coś, co wymaga naszej natychmiastowej aktywności. (...) Obserwacje niewytłumaczalnych obiektów latających na dużych wysokościach i z wielką prędkością w pobliżu ważnych amerykańskich instalacji obronnych mają taki charakter, że nie można ich zaliczyć do zjawisk naturalnych ani do znanych typów pojazdów powietrznych.
Jeśli dobrze wczytać się w sens tych słów, to cytowana notatka, o której sceptycy w rodzaju Philipa Klassa nie raczyli nawet wspomnieć, świadczy po prostu o tym, iż dowództwo wojskowe nie tylko potwierdziło swoim odpowiednikom w CIA autentyczność UFO, ale także poinformowało o niepokojącym fakcie, iż krążą one nad ważnymi instalacjami wojskowymi! Można zadać pytanie, czy przypadkiem dokument ten nie został "odtajniony" w dniu 24 września 1975 roku na skutek jakiegoś przeoczenia administracji. Tak czy owak warto zwrócić uwagę na fakt, że po blisko dwudziestu latach od ujawnienia takiego materiału sceptycy z różnych krajów nadal negują -i to z jaką pogardą! -samo istnienie UFO.
Poinformowane o sytuacji kierownictwo CIA stanęło w obliczu konieczności wyciszenia krążących wśród społeczeństwa pogłosek na temat UFO. Taką główną rekomendację dla rządu sformułowała Robertson Panel, komisja składająca się ze znanych naukowców, która wzięła nazwę od nazwiska swego przewodniczącego. Jej pięciodniowe obrady zorganizowane zostały w dniach 14-18 stycznia 1953 roku ze wspólnej inicjatywy Sił Powietrznych i CIA. Oto dosłowny tekst wniosków tego "panelu", w owym czasie tajnych, ale opublikowanych w 1969 roku w postaci załącznika do raportu Condona:
Panel zaleca:
żeby agendy bezpieczeństwa narodowego podjęły natychmiastowe kroki w celu zniesienia specjalnego statusu nadanego nie zidentyfikowanym obiektom latającym, a także aury tajemniczości, która niefortunnie je otacza;
żeby agendy te opracowały politykę w dziedzinie informacji i edukacji społecznej, która miałaby na celu przygotowanie do materialnej i moralnej obrony kraju i która pozwoliłaby natychmiast rozpoznawać i skutecznie reagować na wszelkie przejawy wrogich zamiarów lub akcji.
Rekomendujemy realizowanie tych celów na podstawie zintegrowanego programu zmierzającego do przekonania społeczeństwa o całkowitym braku dowodów istnienia wrogich (zamaskowanych sił kryjących się za tym zjawiskiem; wyszkolenie personelu do szybkiego i skutecznego odrzucania fałszywych objawów; zwiększenie istniejących możliwości oceny i szybkiego reagowania na prawdziwe objawy wrogich poczynań.
Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że zalecenia komisji Robertsona były skrupulatnie realizowane między innymi przez komisję Sił Powietrznych "Błękitna Księga", która aż do swego rozwiązania w 1969 roku starała się usilnie znaleźć naturalne wytłumaczenie dla wszystkich obserwacji UFO. Polityka "debunkingu" osiągnęła apogeum pod koniec lat sześćdziesiątych w pracy skutecznie sterowanej komisji Condona. Jej obszerny "naukowy" raport opublikowany w 1969 roku zawierał wnioski o nieistnieniu UFO i pozwolił wreszcie Siłom Powietrznym pożegnać się definitywnie z niepotrzebną komisją "Błękitna Księga". Ponieważ jednak nie ma nic wiecznego, w ostatnich latach kształtuje się małymi kroczkami nowa linia polityczna. Tym razem chodzi o to, by stopniowo, z nogą na hamulcu (łącząc zręcznie prawdę z fikcją) w celu uniknięcia ryzyka nie kontrolowanych emocji przygotować społeczeństwo na przyszłe rewelacje...
Ostatnia obserwacja UFO przedstawiona w książce Ruppelta zbiega się z dniem jego odejścia z komisji "Błękitna Księga" -tak jakby UFO wiedziały, że odchodzę -komentuje ten fakt z ironią. Jest przekonany, że stanowi ona najbardziej przekonujący materiał, jaki kiedykolwiek otrzymały Siły Powietrzne. Ruppelt udał się natychmiast na miejsce zdarzenia.
12 sierpnia 1953 roku wieczorem baza powietrzna w Ellsworth w pobliżu Rapid City w Dakocie Południowej wykryła na radarze cel, dokładnie w miejscu, skąd jakiś świadek sygnalizował właśnie obserwację bardzo jaskrawego światła. Na ekranie widać było wyraźnie zarysowany materialny błyszczący obiekt w niczym nie przypominający efektów wywołanych zakłóceniami atmosferycznymi. Przesuwał się bardzo powoli na wysokości nieco powyżej 5000 m (16000 stóp). W bazie oficer utrzymujący kontakt z cywilnym świadkiem obserwował jednocześnie UFO jeszcze przez kilka minut. Świadek nagle poinformował, że UFO kieruje się w stronę Rapid City, co kontroler lotów stwierdził również na swoim ekranie. Obaj mężczyźni obserwowali niebo i widzieli duże biało błękitne światło zmierzające w kierunku Rapid City. UFO okrążyło miasto i wróciło do pierwotnego punktu. Wówczas oficer bezpieczeństwa wysłał w stronę celu pełniący w tej strefie służbę patrolową myśliwiec F-84 Thunderjet. Pilot wykrył światło i ruszył w jego kierunku. Gdy znalazł się w odległości trzech mil, zaczęło się ono poruszać, co zaobserwowali również wieża kontrolna i cywilny świadek. UFO przyśpieszyło i skierowało się na północ, zwiększając wysokość. Samolot podążył za nim. Pilot dostrzegł, że światło staje się bardziej jaskrawe. Przez pewien czas trwał pościg. Z zanotowanej przez Ruppelta relacji kontrolera wynika, że UFO chciało utrzymać stały dystans trzech mil (5 km) od samolotu. Samolot i UFO odleciały na odległość 120mil (193 km) na północ, po czym F-84 z powodu braku paliwa zmuszony był powrócić do bazy.
Wieża kontrolna odnotowała w tym czasie, że UFO pojawiło się za samolotem w odległości 10-15 mil (16-24 km). Ale i to jeszcze nie wszystko! Inny gotowy do startu F-84 przejął pałeczkę, odnalazł UFO i zbliżył się do niego. Rozpoczęła się zabawa: UFO starało się utrzymać odległość trzech mil od nowego partnera. Pilot, weteran drugiej wojny światowej i wojny koreańskiej, zdecydował się na uruchomienie swego radaru celowniczego i prawie natychmiast jego sygnał świetlny wskazał na to, że ma przed sobą realny cel. I w tym momencie, jak zwierzył się później Ruppeltowi, ogarnął go strach. On, który miał do czynienia z myśliwcami niemieckimi i radzieckimi MIG-15 w Korei, poprosił o zezwolenie na przerwanie manewru przechwytywania. Tym razem UFO już nie powróciło. Radar widział, jak leciało ono w kierunku miasta Fargo w Dakocie Północnej, gdzie jeszcze jeden świadek dostrzegł przesuwające się szybko biało-błękitne jaskrawe światło. Wniosek Ruppelta: "Było to nieznane. Wspaniałe!" .
Ten wyjątkowy przypadek jest tematem ostatniego autoryzowanego raportu zawierającego relację pilota wojskowego, ponieważ kilka dni później Siły Powietrzne wydały rozporządzenie Air Force Regulation 200-2 zabraniające pilotom składania publicznych zeznań z wyjątkiem sytuacji, które można wytłumaczyć racjonalnie. Rozporządzenie to zostało jeszcze zaostrzone w grudniu 1953 roku we wspólnym dokumencie szefów sztabów armii, marynarki i lotnictwa JANAP 146 (Joint-Army-Navy-Air Force-Publication), zawierającym ścisłe instrukcje, jak należy sporządzać każdy raport w sprawie "obserwacji ważnych zjawisk" (procedura CIRVIS) dotyczących samolotów, statków, łodzi podwodnych, rakiet i... nie zidentyfikowanych obiektów latających! W myśl tych nowych dyrektyw publikacja każdego raportu o UFO podpadała odtąd pod działanie ustawy o szpiegostwie i podlegała karze do dziesięciu lat więzienia oraz 10 000 dolarów grzywny .
Krótkotrwała, ale jakże znacząca w skutkach działalność Ruppelta na amerykańskiej scenie ufologicznej zakończyła się bardzo nieciekawie. W 1959 roku ukazało się drugie .I wydanie jego książki opublikowanej po raz pierwszy w roku i 1956. Tekst tego wydania został złagodzony, a w trzech dodanych na końcu publikacji rozdziałach Ruppelt zamienia się w sceptyka. Po odejściu ze służby pracował jako inżynier w dużych zakładach lotniczych, które realizowały wiele zamówień dla wojska. Niewykluczone, że mógł być poddawany presji, ale nie ma na to żadnych dowodów. Zmarł w 1960 roku na zawał w wieku 37 lat.
Tajny raport Instytutu Battelle
Dzięki autorytetom naukowym komisja Robertsona dobrze przysłużyła się adresowanej do społeczeństwa polityce systematycznego dementowania obserwacji UFO. Jej raport pozostał jednak tajemnicą. Trzeba było więc, realizując tę politykę, szukać ewentualnie innego wsparcia, bardziej nadającego się do ujawnienia. W 1952 roku Siły Powietrzne zleciły przeprowadzenie tajnych badań nad UFO znanemu instytutowi badawczemu -Battelle Memorial Institute (o czym jeszcze w styczniu 1953 roku nie poinformowano komisji Robertsona). Chodziło o dokonanie analizy statystycznej zgromadzonych do tej pory około 4000 raportów z obserwacji. W 1955 roku armia opublikowała wyniki badań instytutu pod nazwą "Raport nadzwyczajny 14. komisji «Błękitna Księga»". W myśl ogłoszonych wyników obserwacje nie dostarczają dowodów istnienia UFO. "New York Times" prezentuje ten raport w następujący sposób:
(...) Siły Powietrzne opublikowały wyniki inteligentnej, dociekliwej i wyczerpującej analizy wszystkich doniesień o zaobserwowaniu latających talerzy. Odwołały się do znanych uczonych i zastosowały nowoczesne środki. Konkluzja jest negatywna (...). Uczeni nie znaleźli żadnego dowodu, że rzadkie przypadki zakwalifikowane jako "nieobjaśnialne" mogłyby być pochodzenia kosmicznego.
Doradca naukowy Sił Powietrznych, Allen Rynek, opublikuje później w książce wydanej w 1977 roku prawdziwe wyniki tej analizy. Jak z nich wynika, Instytut Battelle wyeliminował przede wszystkim zbyt niejasne i powtarzające się przypadki, ograniczając ich próbę do 2199, co jest wielkością wystarczającą do badań statystycznych. Przypadki "nieobjaśnialne" w liczbie 433 nie są aż tak nieznaczne, gdyż stanowią 20% całości (22% jeśli odrzuci się 240 przypadków uznanych, jak podaje Rynek, za bezzasadne). Odsetek ten wzrasta do 33%, jeśli ograniczymy się do raportów uznanych za bardzo dobre. Największą rewelacją analizy statystycznej, zręcznie ukrytą w materiałach przeznaczonych dla prasy, jest fakt, że porównanie punkt po punkcie przypadków "objaśnialnych" i "nieobjaśnialnych" pokazuje ogromne różnice w ich cechach charakterystycznych. Prawdopodobieństwo, by te dwie kategorie zjawisk były tej samej natury, jest mniejsze niż jeden przypadek na miliard. Inaczej mówiąc, Instytut Battelle dostarczył analizę, która była całkowicie sprzeczna z polityką Sił Powietrznych. Nie przeszkodziło im to w wykorzystaniu tego materiału na swoją korzyść. Sceptycy do dziś sięgają bez zahamowań do tych spreparowanych wniosków.
Badania statystyczne są wprawdzie dla przeciętnego odbiorcy nieco abstrakcyjne, ale powinny bezbłędnie trafiać do umysłów ludzi nauki. W tym miejscu ograniczymy się tylko do wzmianki o tym, że Jacques Va11ee, a następnie Claude Poher, kiedy odpowiadał jeszcze za badania nad UFO w Narodowym Centrum Badań Kosmicznych (Centre national d'etudes spatiales), dokonali w latach sześćdziesiątych analiz porównawczych. Potwierdziły one w pełni autentyczność UFO, które uważa się za zjawiska wykraczające poza zdolność percepcji umysłu ludzkiego. Analizy te były niejednokrotnie publikowane, co nie przeszkadza sceptykom głosić całkowicie odmienne poglądy.
Ruppelt pisze w swojej książce, jak nakłonił Siły Powietrzne do powołania komisji z udziałem wybitnych naukowców w celu prowadzenia badań nad UFO. Nie wspomina o tym, o czym wiemy teraz, a mianowicie że komisja, która zebrała się w Waszyngtonie na początku 1953 roku, była potajemnie sterowana przez CIA. Świadczą o tym niezbicie "odtajnione" dokumenty. l. Utworzona w 1947 roku (rok talerzy!) przez prezydenta Trumana CIA zaczęła bliżej interesować się UFO po wydarzeniach w Waszyngtonie, które, jej zdaniem, mogłyby świadczyć o istnieniu zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Dowodzi tego cała seria dokumentów wewnętrznych, jak na przykład notatka szefa Biura Wywiadu Naukowego (Ojjice of Scientific Intelligence -OSI), Marshalla Chadwella, skierowana w dniu 24 września 1952 roku do dyrektora CIA:
Zjawisko latających talerzy kryje w sobie dwa elementy zagrożenia, które w sytuacji napięcia międzynarodowego mogą mieć poważne następstwa dla bezpieczeństwa narodowego.
Chadwell wyjaśnia, że z jednej strony istnieje groźba zatorów i zakłóceń w systemie łączności, z drugiej zaś paniki wśród ludności. W sytuacji kryzysowej Związek Radziecki mógłby chcieć wykorzystać takie efekty psychologiczne. Philip Klass oczywiście nie przepuścił okazji, aby zacytować i dokładnie skomentować tę notatkę i inne materiały świadczące o takim właśnie ówczesnym podejściu CIA. Ale czyżby CIA nie miała innych powodów do zainteresowania się UFO?
Co wiedziała wówczas na ten temat ta agencja wywiadowcza? Takiego pytania nie da się uniknąć, jeśli ocenia się tajną wiedzę, jaką mogła dysponować w tym czasie armia. Jak można było się spodziewać, dostępne dziś dokumenty CIA nic na ten temat nie mówią. Z drugiej jednak strony świadczą one o poważnym zaniepokojeniu ich autorów. Ale czy CIA miała sprecyzowaną opinię o charakterze tajemniczych UFO?
Na początku sierpnia 1952 roku, w ślad za briefingiem Sił Powietrznych, który miał miejsce 8 sierpnia w Dayton, odbyło się spotkanie na najwyższym szczeblu CIA. Na spotkaniu tym przedstawiono trzy notatki, dziś już "odtajnione". Sceptycy utrzymują, że stanowią one dowód, iż agencja wywiadowcza nie orientowała się w tajemnicach Sił Powietrznych. Pierwsza notatka omawia cztery teorie na temat UFO; można je streścić w sposób następujący:
1) Chodzi o amerykańską tajną broń znajdującą się w fazie prac konstrukcyjnych. Hipotezę tę wykluczają autorytety uprawnione do wglądu w najściślejsze tajemnice. W ocenie autorów analizy jest ona absolutnie nieprawdopodobna choćby ze względu na niebezpieczeństwo, na które ich loty naraziłyby lotnictwo cywilne (przy okazji warto zaznaczyć, że uwagę tę można w pełni odnieść do późniejszych obserwacji trójkątów w Belgii i Wielkiej Brytanii).
2) Może to być produkt rosyjski. Analiza CIA wyklucza bezdyskusyjnie tę teorię z całkowitego braku dowodów.
3) Są to pojazdy międzyplanetarne. "Mimo że możemy założyć istnienie rozumnego życia poza Ziemią i że możliwe są podróże kosmiczne, w chwili obecnej nie ma cienia dowodu na poparcie tej teorii".
4) "Obserwacje można wytłumaczyć błędną interpretacją znanych obiektów lub naturalnymi, ale wciąż mało znanymi zjawiskami".
Powyższy dokument CIA jest dowodem bardzo sceptycznego stosunku ścisłego kierownictwa agencji do hipotezy pozaziemskiej, czego nie omieszkał zauważyć Philip Klass . Uważa on, że jest nie do pomyślenia, aby najwyższe gremium CIA nie było poinformowane o znalezieniu UFO, nawet jeśli byłoby to okryte najściślejszą tajemnicą.
A jednak... Czy jest aż tak nieprawdopodobne, że CIA była trzymana przez Siły Powietrzne na dystans, przynajmniej w pierwszym okresie? Stwierdziliśmy już, że napięte stosunki istniały między armią i FBI. Czy nie można założyć, że te ściśle tajne informacje były limitowane dla bardzo niewielkiej liczby osób według zasady need to know (wiedzą ci, którzy muszą), a ci, którym informacje nie są niezbędnie konieczne, nie powinni być do nich dopuszczani? Czy analogiczne podejście, jeśli chodzi o dostęp do dokumentów wojskowych, nie mogłoby dotyczyć również CIA? Powtórzmy: jeśli istniała i nadal istnieje szczególnie ścisła tajemnica, do której dostęp ograniczony jest, z jednej strony, dla niewielkiej liczby najwyżej postawionych osób, a z drugiej, dla wysoko kwalifikowanego i zdyscyplinowanego personelu wykonawczego, jak na przykład służby bezpieczeństwa, to taka tajemnica nie może być omawiana na posiedzeniu CIA, nawet na "najwyższym szczeblu". Jeśli niektórzy uczestnicy tego spotkania byli w sprawę wtajemniczeni, to i tak nie mogli się na nią powołać. Jest przecież jak najbardziej logiczne, że tajemnica, która musi być absolutnie strzeżona, nie ogląda światła dziennego nawet na bardzo tajnych spotkaniach i w najtajniejszych dokumentach, a tym bardziej w dokumentach "odtajnionych".
Udostępnione dotychczas materiały nie pozwalają ustalić, czy CIA, czy raczej niektórzy jej dobrze usytuowani w tej zhierarchizowanej instytucji funkcjonariusze, byli informowani o ściśle tajnych badaniach wojskowych dotyczących UFO. Z drugiej jednak strony pewne materiały wskazują na to, że CIA została o nich przez armię poinformowana. Można powołać się choćby na wyciąg z notatki z dnia 2 grudnia 1952 roku, sporządzonej przez zastępcę szefa wywiadu dla ówczesnego dyrektora agencji, Waltera B. Smitha:
Otrzymane ostatnio przez C/A raporty wskazują na to, że prowadzenie dalszej akcji jest celowe i kompetentne czynniki A T/C i A2 zorganizowały 25 listopada nowy briefing. Aktualne raporty o przypadkach dowodzą, że dzieje się coś, co wymaga naszej natychmiastowej aktywności. (...) Obserwacje niewytłumaczalnych obiektów latających na dużych wysokościach i z wielką prędkością w pobliżu ważnych amerykańskich instalacji obronnych mają taki charakter, że nie można ich zaliczyć do zjawisk naturalnych ani do znanych typów pojazdów powietrznych.
Jeśli dobrze wczytać się w sens tych słów, to cytowana notatka, o której sceptycy w rodzaju Philipa Klassa nie raczyli nawet wspomnieć, świadczy po prostu o tym, iż dowództwo wojskowe nie tylko potwierdziło swoim odpowiednikom w CIA autentyczność UFO, ale także poinformowało o niepokojącym fakcie, iż krążą one nad ważnymi instalacjami wojskowymi! Można zadać pytanie, czy przypadkiem dokument ten nie został "odtajniony" w dniu 24 września 1975 roku na skutek jakiegoś przeoczenia administracji. Tak czy owak warto zwrócić uwagę na fakt, że po blisko dwudziestu latach od ujawnienia takiego materiału sceptycy z różnych krajów nadal negują -i to z jaką pogardą! -samo istnienie UFO.
Poinformowane o sytuacji kierownictwo CIA stanęło w obliczu konieczności wyciszenia krążących wśród społeczeństwa pogłosek na temat UFO. Taką główną rekomendację dla rządu sformułowała Robertson Panel, komisja składająca się ze znanych naukowców, która wzięła nazwę od nazwiska swego przewodniczącego. Jej pięciodniowe obrady zorganizowane zostały w dniach 14-18 stycznia 1953 roku ze wspólnej inicjatywy Sił Powietrznych i CIA. Oto dosłowny tekst wniosków tego "panelu", w owym czasie tajnych, ale opublikowanych w 1969 roku w postaci załącznika do raportu Condona:
Panel zaleca:
żeby agendy bezpieczeństwa narodowego podjęły natychmiastowe kroki w celu zniesienia specjalnego statusu nadanego nie zidentyfikowanym obiektom latającym, a także aury tajemniczości, która niefortunnie je otacza;
żeby agendy te opracowały politykę w dziedzinie informacji i edukacji społecznej, która miałaby na celu przygotowanie do materialnej i moralnej obrony kraju i która pozwoliłaby natychmiast rozpoznawać i skutecznie reagować na wszelkie przejawy wrogich zamiarów lub akcji.
Rekomendujemy realizowanie tych celów na podstawie zintegrowanego programu zmierzającego do przekonania społeczeństwa o całkowitym braku dowodów istnienia wrogich (zamaskowanych sił kryjących się za tym zjawiskiem; wyszkolenie personelu do szybkiego i skutecznego odrzucania fałszywych objawów; zwiększenie istniejących możliwości oceny i szybkiego reagowania na prawdziwe objawy wrogich poczynań.
Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że zalecenia komisji Robertsona były skrupulatnie realizowane między innymi przez komisję Sił Powietrznych "Błękitna Księga", która aż do swego rozwiązania w 1969 roku starała się usilnie znaleźć naturalne wytłumaczenie dla wszystkich obserwacji UFO. Polityka "debunkingu" osiągnęła apogeum pod koniec lat sześćdziesiątych w pracy skutecznie sterowanej komisji Condona. Jej obszerny "naukowy" raport opublikowany w 1969 roku zawierał wnioski o nieistnieniu UFO i pozwolił wreszcie Siłom Powietrznym pożegnać się definitywnie z niepotrzebną komisją "Błękitna Księga". Ponieważ jednak nie ma nic wiecznego, w ostatnich latach kształtuje się małymi kroczkami nowa linia polityczna. Tym razem chodzi o to, by stopniowo, z nogą na hamulcu (łącząc zręcznie prawdę z fikcją) w celu uniknięcia ryzyka nie kontrolowanych emocji przygotować społeczeństwo na przyszłe rewelacje...
Ostatnia obserwacja UFO przedstawiona w książce Ruppelta zbiega się z dniem jego odejścia z komisji "Błękitna Księga" -tak jakby UFO wiedziały, że odchodzę -komentuje ten fakt z ironią. Jest przekonany, że stanowi ona najbardziej przekonujący materiał, jaki kiedykolwiek otrzymały Siły Powietrzne. Ruppelt udał się natychmiast na miejsce zdarzenia.
12 sierpnia 1953 roku wieczorem baza powietrzna w Ellsworth w pobliżu Rapid City w Dakocie Południowej wykryła na radarze cel, dokładnie w miejscu, skąd jakiś świadek sygnalizował właśnie obserwację bardzo jaskrawego światła. Na ekranie widać było wyraźnie zarysowany materialny błyszczący obiekt w niczym nie przypominający efektów wywołanych zakłóceniami atmosferycznymi. Przesuwał się bardzo powoli na wysokości nieco powyżej 5000 m (16000 stóp). W bazie oficer utrzymujący kontakt z cywilnym świadkiem obserwował jednocześnie UFO jeszcze przez kilka minut. Świadek nagle poinformował, że UFO kieruje się w stronę Rapid City, co kontroler lotów stwierdził również na swoim ekranie. Obaj mężczyźni obserwowali niebo i widzieli duże biało błękitne światło zmierzające w kierunku Rapid City. UFO okrążyło miasto i wróciło do pierwotnego punktu. Wówczas oficer bezpieczeństwa wysłał w stronę celu pełniący w tej strefie służbę patrolową myśliwiec F-84 Thunderjet. Pilot wykrył światło i ruszył w jego kierunku. Gdy znalazł się w odległości trzech mil, zaczęło się ono poruszać, co zaobserwowali również wieża kontrolna i cywilny świadek. UFO przyśpieszyło i skierowało się na północ, zwiększając wysokość. Samolot podążył za nim. Pilot dostrzegł, że światło staje się bardziej jaskrawe. Przez pewien czas trwał pościg. Z zanotowanej przez Ruppelta relacji kontrolera wynika, że UFO chciało utrzymać stały dystans trzech mil (5 km) od samolotu. Samolot i UFO odleciały na odległość 120mil (193 km) na północ, po czym F-84 z powodu braku paliwa zmuszony był powrócić do bazy.
Wieża kontrolna odnotowała w tym czasie, że UFO pojawiło się za samolotem w odległości 10-15 mil (16-24 km). Ale i to jeszcze nie wszystko! Inny gotowy do startu F-84 przejął pałeczkę, odnalazł UFO i zbliżył się do niego. Rozpoczęła się zabawa: UFO starało się utrzymać odległość trzech mil od nowego partnera. Pilot, weteran drugiej wojny światowej i wojny koreańskiej, zdecydował się na uruchomienie swego radaru celowniczego i prawie natychmiast jego sygnał świetlny wskazał na to, że ma przed sobą realny cel. I w tym momencie, jak zwierzył się później Ruppeltowi, ogarnął go strach. On, który miał do czynienia z myśliwcami niemieckimi i radzieckimi MIG-15 w Korei, poprosił o zezwolenie na przerwanie manewru przechwytywania. Tym razem UFO już nie powróciło. Radar widział, jak leciało ono w kierunku miasta Fargo w Dakocie Północnej, gdzie jeszcze jeden świadek dostrzegł przesuwające się szybko biało-błękitne jaskrawe światło. Wniosek Ruppelta: "Było to nieznane. Wspaniałe!" .
Ten wyjątkowy przypadek jest tematem ostatniego autoryzowanego raportu zawierającego relację pilota wojskowego, ponieważ kilka dni później Siły Powietrzne wydały rozporządzenie Air Force Regulation 200-2 zabraniające pilotom składania publicznych zeznań z wyjątkiem sytuacji, które można wytłumaczyć racjonalnie. Rozporządzenie to zostało jeszcze zaostrzone w grudniu 1953 roku we wspólnym dokumencie szefów sztabów armii, marynarki i lotnictwa JANAP 146 (Joint-Army-Navy-Air Force-Publication), zawierającym ścisłe instrukcje, jak należy sporządzać każdy raport w sprawie "obserwacji ważnych zjawisk" (procedura CIRVIS) dotyczących samolotów, statków, łodzi podwodnych, rakiet i... nie zidentyfikowanych obiektów latających! W myśl tych nowych dyrektyw publikacja każdego raportu o UFO podpadała odtąd pod działanie ustawy o szpiegostwie i podlegała karze do dziesięciu lat więzienia oraz 10 000 dolarów grzywny .
Krótkotrwała, ale jakże znacząca w skutkach działalność Ruppelta na amerykańskiej scenie ufologicznej zakończyła się bardzo nieciekawie. W 1959 roku ukazało się drugie .I wydanie jego książki opublikowanej po raz pierwszy w roku i 1956. Tekst tego wydania został złagodzony, a w trzech dodanych na końcu publikacji rozdziałach Ruppelt zamienia się w sceptyka. Po odejściu ze służby pracował jako inżynier w dużych zakładach lotniczych, które realizowały wiele zamówień dla wojska. Niewykluczone, że mógł być poddawany presji, ale nie ma na to żadnych dowodów. Zmarł w 1960 roku na zawał w wieku 37 lat.
Tajny raport Instytutu Battelle
Dzięki autorytetom naukowym komisja Robertsona dobrze przysłużyła się adresowanej do społeczeństwa polityce systematycznego dementowania obserwacji UFO. Jej raport pozostał jednak tajemnicą. Trzeba było więc, realizując tę politykę, szukać ewentualnie innego wsparcia, bardziej nadającego się do ujawnienia. W 1952 roku Siły Powietrzne zleciły przeprowadzenie tajnych badań nad UFO znanemu instytutowi badawczemu -Battelle Memorial Institute (o czym jeszcze w styczniu 1953 roku nie poinformowano komisji Robertsona). Chodziło o dokonanie analizy statystycznej zgromadzonych do tej pory około 4000 raportów z obserwacji. W 1955 roku armia opublikowała wyniki badań instytutu pod nazwą "Raport nadzwyczajny 14. komisji «Błękitna Księga»". W myśl ogłoszonych wyników obserwacje nie dostarczają dowodów istnienia UFO. "New York Times" prezentuje ten raport w następujący sposób:
(...) Siły Powietrzne opublikowały wyniki inteligentnej, dociekliwej i wyczerpującej analizy wszystkich doniesień o zaobserwowaniu latających talerzy. Odwołały się do znanych uczonych i zastosowały nowoczesne środki. Konkluzja jest negatywna (...). Uczeni nie znaleźli żadnego dowodu, że rzadkie przypadki zakwalifikowane jako "nieobjaśnialne" mogłyby być pochodzenia kosmicznego.
Doradca naukowy Sił Powietrznych, Allen Rynek, opublikuje później w książce wydanej w 1977 roku prawdziwe wyniki tej analizy. Jak z nich wynika, Instytut Battelle wyeliminował przede wszystkim zbyt niejasne i powtarzające się przypadki, ograniczając ich próbę do 2199, co jest wielkością wystarczającą do badań statystycznych. Przypadki "nieobjaśnialne" w liczbie 433 nie są aż tak nieznaczne, gdyż stanowią 20% całości (22% jeśli odrzuci się 240 przypadków uznanych, jak podaje Rynek, za bezzasadne). Odsetek ten wzrasta do 33%, jeśli ograniczymy się do raportów uznanych za bardzo dobre. Największą rewelacją analizy statystycznej, zręcznie ukrytą w materiałach przeznaczonych dla prasy, jest fakt, że porównanie punkt po punkcie przypadków "objaśnialnych" i "nieobjaśnialnych" pokazuje ogromne różnice w ich cechach charakterystycznych. Prawdopodobieństwo, by te dwie kategorie zjawisk były tej samej natury, jest mniejsze niż jeden przypadek na miliard. Inaczej mówiąc, Instytut Battelle dostarczył analizę, która była całkowicie sprzeczna z polityką Sił Powietrznych. Nie przeszkodziło im to w wykorzystaniu tego materiału na swoją korzyść. Sceptycy do dziś sięgają bez zahamowań do tych spreparowanych wniosków.
Badania statystyczne są wprawdzie dla przeciętnego odbiorcy nieco abstrakcyjne, ale powinny bezbłędnie trafiać do umysłów ludzi nauki. W tym miejscu ograniczymy się tylko do wzmianki o tym, że Jacques Va11ee, a następnie Claude Poher, kiedy odpowiadał jeszcze za badania nad UFO w Narodowym Centrum Badań Kosmicznych (Centre national d'etudes spatiales), dokonali w latach sześćdziesiątych analiz porównawczych. Potwierdziły one w pełni autentyczność UFO, które uważa się za zjawiska wykraczające poza zdolność percepcji umysłu ludzkiego. Analizy te były niejednokrotnie publikowane, co nie przeszkadza sceptykom głosić całkowicie odmienne poglądy.
McDonald, Menze1, Hynek i raport Condona
McDonald, Menze1, Hynek i raport Condona
Ludzie interesujący się tematyką UFO znają dobrze wspominaną już kilkakrotnie historię komisji "Błękitna Księga" z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, zakończoną opracowaniem naukowym uniwersytetu w Kolorado. Chodzi o osławioną komisję Condona, której opublikowany w 1969 roku raport położył kres gorączce medialnej w Stanach Zjednoczonych.
W owym czasie zmniejszyła się zresztą liczba obserwacji. Po znaczącej jeszcze ich fali w latach 1966-1967 (która doprowadziła do utworzenia komisji Condona) zainteresowania zwróciły się w kierunku osiągnięć kosmonautów amerykańskich i radzieckich, osiągnięć uwieńczonych pierwszym lądowaniem na Księżycu w lipcu 1969 roku. t. Mieszkałem wówczas w Nowym Jorku i pamiętam imprezę zorganizowaną tamtego wieczoru w Central Park. Na ogromnym ekranie można było obserwować lądowanie kosmonautów amerykańskich. Przypominam sobie również, że kiedyś, we wczesnym okresie zajmowania się tematyką UFO, uwierzyłem, jak wielu innych, w konkluzje raportu Condona.
Jednak okres względnego zapomnienia nie trwał długo. Opublikowana w 1972 roku (we Francji w 1973) pierwsza książka Allena Ryneka, tak pogardzanego przez ufologów byłego doradcy naukowego amerykańskich Sił Powietrznych, zatytułowana The UFO Experience ("Doświadczenie z UFO") , a także nowe, coraz częstsze obserwacje UFO obudziły opinię publiczną. Ograniczę się do przypomnienia dwóch szczególnie interesujących wydarzeń z tego okresu: po pierwsze, do zasługujących na uwagę badań znanego fizyka, profesora McDonalda, który poddał ostrej krytyce raport Condona, i po drugie, do batalii, jaka toczyła się w Stanach Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych o ujawnienie oficjalnych dokumentów dotyczących UFO w związku z nową ustawą o wolności informacji.
W 1966 roku Profesor James McDonald, znany specjalista w dziedzinie fizyki atmosfery i dziekan na uniwersytecie w Arizonie, zaczął poważnie interesować się UFO. W owym właśnie okresie w Stanach Zjednoczonych i innych częściach świata, w tym w Europie i Ameryce Południowej, pojawiły się fale najliczniej szych obserwacji. Po zapoznaniu się z materiałami komisji "Błękitna Księga" w Wright-Patterson był wstrząśnięty słabością "wyjaśnień" przypadków, które nie budziły jego wątpliwości, o czym powiedział bez ogródek doradcy naukowemu, Allenowi Rynekowi. O zdarzeniu tym pisze sam Rynek:
Wpadł do mojego biura, walnął pięścią w stół i wrzasnął: "Allenie, jak pan mógł trzymać tę dokumentację przez osiemnaście lat pod suknem i nigdy nas o niej nie poinformować?". Broniłem się mówiąc: "Co?! O jaką dokumentację, na Boga, chodzi?! Przecież większość tych raportów to stek bzdur". Jednocześnie jednak odczułem ogromną ulgę. Miałem przed sobą zupełnie innego naukowca, pierwszego tak wybitnego w swojej dziedzinie, który naprawdę poważnie potraktował zagadnienie UFO .
Było to na rękę Rynekowi, który czuł się coraz gorzej w roli "debunkera". W tym czasie pojawił się na horyzoncie Jacques Vallee, który zaczął z nim współpracować. Dzięki niemu Rynek zapoznał się z dokumentacją francuską i złożył wizytę Aime Michelowi. Z drugiej strony skompromitował się w 1966 roku w związku z "aferą gazu błotnego". Został wysłany do Dexter w stanie Michigan w celu wytłumaczenia interesującej obserwacji dokonanej przez kilku świadków, w tym policjantów. Widzieli oni błyszczący obiekt, który wylądował w bagnistym lesie. Rynek nie znalazł nic mądrzejszego na wytłumaczenie tego zjawiska niż błędne ognie. Wyjaśnienie to ośmieszyło go w oczach wszystkich. Sprawa narobiła dużo szumu w prasie.
Po przestudiowaniu pewnej liczby przypadków obserwacji UFO profesor McDonald przedstawił ich analizę w dniu 22 kwietnia 1966 roku na dorocznym spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Wydawców Prasowych w Waszyngtonie. Jego referat nosił tytuł "Czy nie zidentyfikowane obiekty latające są największym problemem naukowym naszych czasów?". Dodajmy, że ten znakomity referat, jeden z najlepszych tekstów, jakie były kiedykolwiek opublikowane na temat UFO (i z którym powinni zapoznać się wszyscy sceptycy), został wówczas przetłumaczony na francuski przez Groupe d'etude de phenomenes aeriens (Grupa Studyjna do Spraw Zjawisk Powietrznych -GEPA) Rene Fouere. GEPA wprawdzie już nie istnieje, ale broszura jest wciąż dostępna .
Na McDonaldzie szczególne wrażenie wywarł przypadek, o którym pisze na wstępie. Dzięki temu właśnie przypadkowi, który miał miejsce w kwietniu 1966 roku w hrabstwie Portage w stanie Ohio, zaczął interesować się UFO. Dwóch policjantów, Dale Spaur i W. L. Neff, ujrzało nagle podczas służby o godzinie 5.00 rano szybujący nad nimi, a następnie oddalający się duży błyszczący obiekt. Miał około 40 stóp (12 m) średnicy i rzucał jaskrawy blask. Z jego dolnej płaszczyzny wydobywało się stożkowate rozproszone światło. ,,I tutaj rozpoczyna się osobliwa, trwająca prawie półtorej godziny na przestrzeni 70 mil (110 km) pogoń, zakończona na granicy stanu Ohio". Obiekt poruszał się na wysokości od 100 do 2000 stóp (30 do 600 m). Do pościgu dołączyło, już w Pensylwanii, dwóch innych policjantów. Jak oświadczyła zgodnie cała czwórka, w końcu obiekt wzbił się z ogromną prędkością pionowo w górę i zniknął.
NICAP, wówczas główna prywatna instytucja badawcza, opublikował na ten temat liczący 125 stron bardzo szczegółowy raport, a McDonald przesłuchał osobiście trzech policjantów. Natomiast dochodzenie komisji "Błękitna Księga" ograniczyło się do najprostszej czynności: do krótkiego telefonu do policjanta Spaura. Incydent ten potwierdza Allen Hynek . Szef "Błękitnej Księgi", major Quintanilla, rozpoczął rozmowę od razu z grubej rury: "Proszę opowiedzieć o tej waszej fatamorganie". Usiłował przekonać Spaura, że widział satelitę Echo (duży plastikowy balon, który wówczas był najbardziej widoczny), a następnie, że ścigał planetę Wenus. O Wenero, jakich to kłamstw nie wymyślono z twoim imieniem na ustach! McDonalda nie dopuszczono do pełnej dokumentacji w tej sprawie i zaczął on kąśliwie krytykować dochodzenie Sił Powietrznych. Z kolei Hynek twierdzi, że nawet z nim nie konsultowano wersji o "satelicie i Wenus". Wersja ta zresztą uzyskała rangę oficjalnego wyjaśnienia tego przypadku przez komisję "Błękitna Księga". Hynek pisze również o tym, że cała ta historia wywarła tragiczny wpływ na Życie głównego świadka, Dale'a Spaura: "Opinia publiczna doszła do wniosku, że jest to niezrównoważony psychicznie oficer, który padł ofiarą halucynacji. Spotkanie Quintanilla -Spaur wyraźnie to sugeruje. Spaur stał się powszechnym pośmiewiskiem, a rozgłos wokół tej sprawy miał dla niego katastrofalne skutki. Wszystkie te wydarzenia wywarły wpływ na jego Życie rodzinne: opuściła go żona, a także zrujnowały jego karierę zawodową i zdrowie" . Prezes Związku Racjonalistycznego, wybitny astrofizyk francuski i nie mniej wybitny sceptyk Evry Schatzman twierdzi, że badacz amerykański Robert Sheaffer (również zatwardziały sceptyk) przyznał, iż wersja z Wenus była pomyłką .
Historie przedstawione przez profesora McDonalda tworzą tak imponującą kolekcję, że już ona sama powinna wystarczyć, aby skłonić do refleksji najbardziej nawet zajadłych sceptyków, zwłaszcza ze świata nauki. Prawdę mówiąc, , wielu spośród nich nie ujawnia swoich rzeczywistych przekonań, nie mogąc lub nie chcąc otwarcie przeciwstawić się dominującej aktualnie opinii na temat istnienia (a raczej nieistnienia) UFO, która nakazuje głęboką nieufność wobec wszystkiego, co wydaje się nieracjonalne. Gdyby nie było tych zahamowań, spotęgowanych jeszcze wielce intrygującymi aspektami samego w sobie zjawiska UFO, tak jak jawi się ono dziś, i gdyby nie tak natarczywa polityka "debunkingu" i oficjalnej tajemnicy, kwestia ta stałaby się już dawno' normalną częścią składową refleksji naukowej i kulturowej.
Prace profesora McDonalda przyczyniły się w owym czasie do żywego zainteresowania sprawami UFO. Doprowadziło to do przesłuchań w parlamencie, w których: wyniku zapadła decyzja o przeprowadzeniu oficjalnych, ale I w zasadzie niezależnych badań naukowych nad UFO. t Badania te, prowadzone pod kierunkiem znanego fizyka Edwarda U. Condona na uniwersytecie w Kolorado, zakończyły się niepowodzeniem. Wkrótce okazało się bowiem, że są od samego początku ukartowane. Ujawnił to członek zespołu badawczego doprowadzony do furii, kiedy natrafił
na notatkę sporządzoną przez członka rady administracyjnej uczelni Roberta Lowa. Notatka zawierała zalecenia, w jaki sposób można nadać badaniom pozory bezstronności! A mimo to zacytujmy w całości wniosek doktora Condona otwierający obszerny raport opublikowany w styczniu 1969 roku:
Nasz generalny wniosek sprowadza się do tego, że w ciągu 2Ilat badań nad UFO nie wniesiono nic nowego do wiedzy naukowej na ten temat. Jeśli potraktować poważnie dostępną dokumentację, to można dojść do wniosku, że dalsze pogłębione badania nad UFO najprawdopodobniej nie rokują nadziei na postęp nauki w tej dziedzinie .
Z tekstu raportu wynika jednak, że Condon nie zdaje sobie chyba sprawy z jego treści, zawiera on bowiem opis ciekawych faktów, w tym również pewną liczbę nie wytłumaczonych przypadków. Lektura raportu wzbudziła ponownie zainteresowanie niektórych uczonych problematyką UFO, między innymi Claude' a Pohera we Francji.
Mimo niefortunnych opinii doktora Condona, kilku znanych uczonych, w tym astronomowie Carl Sagan i Thornton Page, który w 1953 roku uczestniczył w pracach komisji Robertsona, zorganizowało w roku ukazania się raportu sympozjum naukowe. W toku obrad doszło do ostrego starcia pomiędzy Menzelem i McDonaldem. McDonald powrócił do sprawy słynnej "karuzeli waszyngtońskiej", którą Menzel "wyjaśnił" wówczas prasie działaniem inwersji temperatury (jego interpretacja nie została nawet wzmiankowana w książce Ruppelta). McDonald przesłuchał wielu świadków i przeanalizował zarejestrowane za pomocą radiosondy dane o stanie atmosfery. Podał w wątpliwość oficjalne wyjaśnienie: "Przejrzałem dane radiosond z dwóch nocy, obliczyłem gradienty współczynników załamania i po uwzględnieniu wpływu przejścia samych sond stwierdziłem, że nie mogły nastąpić odbicia sygnału radarowego. Sugestia, że inwersja temperatury, podobna do inwersji wynikających z danych radiowych, mogła spowodować tego wieczoru w Waszyngtonie obserwowane efekty, jest absurdalna". W referacie opublikowanym w materiałach sympozjum Menzel ostro replikuje: "Co McDonald może wiedzieć o ogólnych warunkach propagacji w całym regionie Waszyngtonu? Absolutnie nic!" . Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z ewidentnym przypadkiem nierzetelności ze strony astronoma Menzela, który uzurpował sobie prawo do publicznego wyrażania krytycznego dnia autorytatywnych opinii o istocie zagadkowego zjawiska.
"Batalia" FOIA
Zapomniana na pozór W efekcie raportu Condona i po rozwiązaniu komisji "Błękitna Księga" sprawa UFO pojawia się w mediach na początku lat siedemdziesiątych zaledwie od czasu do czasu. Mimo że faktycznie Siły Powietrzne położyły kres publicznym dochodzeniom, to jednak personel wojskowy był nadal zobowiązany do sporządzania raportów dotyczących każdego zjawiska mającego związek z bezpieczeństwem narodowym. Raporty te nigdy nie trafiały do rąk członków komisji "Błękitna Księga", która była zresztą tylko parawanem na użytek mediów. Świadczy o tym pewien dobrze znany ufologom amerykańskim "odtajniony" dokument. Chodzi o notatkę zastępcy szefa działu rozwoju Sił Powietrznych generała Bolendera z dnia 20 października 1969 roku. Zaleca on, by Siły Powietrzne położyły kres działalności komisji "Błękitna Księga".
Ta niezwykle pouczająca notatka przypomina pokrótce wydarzenia ostatnich 20 lat. Wyjaśnia, że utrzymywanie komisji po opracowaniu raportu Condona jest bezcelowe:
Raporty o nie zidentyfikowanych obiektach latających, które mogłyby zaważyć na bezpieczeństwie narodowym, są sporządzane zgodnie z dyrektywą JANAP 146 lub instrukcjami Sił Powietrznych zawartymi w dyrektywie 55-11 i nie stanowią części składowej systemu "Błękitna Księga".
Ten rozdział zamknięto bez cienia protestu ze strony środków masowego przekazu. Mimo to kwestia UFO wkrótce odżyła na nowo. Żeby definitywnie skończyć ze sprawą komisji "Błękitna Księga" warto tu podkreślić, iż w jej dostępnych już dziś archiwach dociekliwi badacze znajdą cała kopalnię istotnych informacji, ponieważ archiwa te przechowują nie mniej niż 12618 raportów, z których 701 dotyczy nie wytłumaczonych obserwacji.
W następnych latach prawo o wolności informacji stanie się efektywnym narzędziem, które stworzy możliwość zapoznania się z licznymi "odtajnionymi" dokumentami. Udostępnieniu będą podlegać dokumenty nie sklasyfikowane jako tajne i nie zagrażające prywatności obywateli Stanów Zjednoczonych. Począwszy od 1974 roku, od ubiegających się o dokumenty nie wymaga się ich dokładnego opisu, co nie zmienia faktu, że poważni badacze wybierający się na podbój archiwów amerykańskich nie uzyskają nawet niewielkiej cząstki poszukiwanych materiałów. Co więcej, sporą ich część wydaje się po ocenzurowaniu.
Wielka gra o faktyczny dostęp do dokumentów dotyczących UFO rozpoczęła się tak naprawdę w 1977 roku. Wnioski w tej sprawie napływały do wszystkich niemal instytucji rządowych. Nowe materiały były ekshumowane jeszcze w 1996 roku. FBI i CIA początkowo zaprzeczały, że są w posiadaniu jakichkolwiek dokumentów dotyczących UFO. Jednak w obliczu uporczywych żądań, między innymi ze strony stowarzyszeń Ground Saucer Watch (Obserwacja Talerzy z Ziemi), w którym uczestniczy wielu naukowców, i CAUS (Citizens Against UFO Secrecy -Obywatele Przeciwko Tajemnicy UFO) obie agencje musiały skapitulować. Dwaj członkowie stowarzyszenia CAUS, Lawrence Fawcett i Barry Greenwood, opisują w ciekawej książce The UFO Cover-Up ("Ukrywanie prawdy o UFO") prawdziwą batalię prawną, jaką musieli stoczyć w tej sprawie.
Wnioskami na podstawie FOIA zasypywane są amerykańskie instytucje rządowe: armie powietrzna, lądowa i morska, NORAD (North American Aerospace Defense Command -Północnoamerykańskie Dowództwo Obrony Przestrzeni Powietrznej), FBI, CIA, Departament Stanu, NSA (Nationa! Security Agency -Agencja Bezpieczeństwa Narodowego) -jeszcze bardziej tajna od CIA agencja wywiadowcza specjalizująca się w nadzorowaniu światowej łączności, a także DlA (Defense Intelligence Agency -Agencja Wywiadu Obronnego).
W 1978 roku fizyk z marynarki wojennej, Bruce Maccabee, otrzymał od FBI liczącą 800 stron pierwszą porcję dokumentów. Później ujawnione zostały inne. W ciągu 15 miesięcy FBI dostarczyło 1700 stron różnych materiałów. CIA była bardziej wstrzemięźliwa, ale wreszcie w 1979 roku przekazała prawie 900 stron. "New York Times" z dnia 14 stycznia 1979 roku anonsował wiadomość o tym fakcie następująco: "Dokumenty CIA ujawniają obserwowanie UFO", a" Washington Post" zapytywał: "Czym więc były te wszystkie zagadkowe aparaty?". Tytuł ten odnosił się do całej serii inwazji nie zidentyfikowanych pojazdów w przestrzeń powietrzną amerykańskich baz atomowych w 1975 roku. Potwierdziły się w ten sposób pogłoski, które krążyły na ten temat od 1977 roku. Dla ufologów pierwszym impulsem do domagania się na mocy FOIA poufnych dokumentów był artykuł opublikowany 13 grudnia 1977 roku w goniącym za sensacjami dzienniku "National Inquirer", zatytułowany: "UFO wykryte w bazach nuklearnych i na terenach dyslokacji rakiet".
Ludzie interesujący się tematyką UFO znają dobrze wspominaną już kilkakrotnie historię komisji "Błękitna Księga" z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, zakończoną opracowaniem naukowym uniwersytetu w Kolorado. Chodzi o osławioną komisję Condona, której opublikowany w 1969 roku raport położył kres gorączce medialnej w Stanach Zjednoczonych.
W owym czasie zmniejszyła się zresztą liczba obserwacji. Po znaczącej jeszcze ich fali w latach 1966-1967 (która doprowadziła do utworzenia komisji Condona) zainteresowania zwróciły się w kierunku osiągnięć kosmonautów amerykańskich i radzieckich, osiągnięć uwieńczonych pierwszym lądowaniem na Księżycu w lipcu 1969 roku. t. Mieszkałem wówczas w Nowym Jorku i pamiętam imprezę zorganizowaną tamtego wieczoru w Central Park. Na ogromnym ekranie można było obserwować lądowanie kosmonautów amerykańskich. Przypominam sobie również, że kiedyś, we wczesnym okresie zajmowania się tematyką UFO, uwierzyłem, jak wielu innych, w konkluzje raportu Condona.
Jednak okres względnego zapomnienia nie trwał długo. Opublikowana w 1972 roku (we Francji w 1973) pierwsza książka Allena Ryneka, tak pogardzanego przez ufologów byłego doradcy naukowego amerykańskich Sił Powietrznych, zatytułowana The UFO Experience ("Doświadczenie z UFO") , a także nowe, coraz częstsze obserwacje UFO obudziły opinię publiczną. Ograniczę się do przypomnienia dwóch szczególnie interesujących wydarzeń z tego okresu: po pierwsze, do zasługujących na uwagę badań znanego fizyka, profesora McDonalda, który poddał ostrej krytyce raport Condona, i po drugie, do batalii, jaka toczyła się w Stanach Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych o ujawnienie oficjalnych dokumentów dotyczących UFO w związku z nową ustawą o wolności informacji.
W 1966 roku Profesor James McDonald, znany specjalista w dziedzinie fizyki atmosfery i dziekan na uniwersytecie w Arizonie, zaczął poważnie interesować się UFO. W owym właśnie okresie w Stanach Zjednoczonych i innych częściach świata, w tym w Europie i Ameryce Południowej, pojawiły się fale najliczniej szych obserwacji. Po zapoznaniu się z materiałami komisji "Błękitna Księga" w Wright-Patterson był wstrząśnięty słabością "wyjaśnień" przypadków, które nie budziły jego wątpliwości, o czym powiedział bez ogródek doradcy naukowemu, Allenowi Rynekowi. O zdarzeniu tym pisze sam Rynek:
Wpadł do mojego biura, walnął pięścią w stół i wrzasnął: "Allenie, jak pan mógł trzymać tę dokumentację przez osiemnaście lat pod suknem i nigdy nas o niej nie poinformować?". Broniłem się mówiąc: "Co?! O jaką dokumentację, na Boga, chodzi?! Przecież większość tych raportów to stek bzdur". Jednocześnie jednak odczułem ogromną ulgę. Miałem przed sobą zupełnie innego naukowca, pierwszego tak wybitnego w swojej dziedzinie, który naprawdę poważnie potraktował zagadnienie UFO .
Było to na rękę Rynekowi, który czuł się coraz gorzej w roli "debunkera". W tym czasie pojawił się na horyzoncie Jacques Vallee, który zaczął z nim współpracować. Dzięki niemu Rynek zapoznał się z dokumentacją francuską i złożył wizytę Aime Michelowi. Z drugiej strony skompromitował się w 1966 roku w związku z "aferą gazu błotnego". Został wysłany do Dexter w stanie Michigan w celu wytłumaczenia interesującej obserwacji dokonanej przez kilku świadków, w tym policjantów. Widzieli oni błyszczący obiekt, który wylądował w bagnistym lesie. Rynek nie znalazł nic mądrzejszego na wytłumaczenie tego zjawiska niż błędne ognie. Wyjaśnienie to ośmieszyło go w oczach wszystkich. Sprawa narobiła dużo szumu w prasie.
Po przestudiowaniu pewnej liczby przypadków obserwacji UFO profesor McDonald przedstawił ich analizę w dniu 22 kwietnia 1966 roku na dorocznym spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Wydawców Prasowych w Waszyngtonie. Jego referat nosił tytuł "Czy nie zidentyfikowane obiekty latające są największym problemem naukowym naszych czasów?". Dodajmy, że ten znakomity referat, jeden z najlepszych tekstów, jakie były kiedykolwiek opublikowane na temat UFO (i z którym powinni zapoznać się wszyscy sceptycy), został wówczas przetłumaczony na francuski przez Groupe d'etude de phenomenes aeriens (Grupa Studyjna do Spraw Zjawisk Powietrznych -GEPA) Rene Fouere. GEPA wprawdzie już nie istnieje, ale broszura jest wciąż dostępna .
Na McDonaldzie szczególne wrażenie wywarł przypadek, o którym pisze na wstępie. Dzięki temu właśnie przypadkowi, który miał miejsce w kwietniu 1966 roku w hrabstwie Portage w stanie Ohio, zaczął interesować się UFO. Dwóch policjantów, Dale Spaur i W. L. Neff, ujrzało nagle podczas służby o godzinie 5.00 rano szybujący nad nimi, a następnie oddalający się duży błyszczący obiekt. Miał około 40 stóp (12 m) średnicy i rzucał jaskrawy blask. Z jego dolnej płaszczyzny wydobywało się stożkowate rozproszone światło. ,,I tutaj rozpoczyna się osobliwa, trwająca prawie półtorej godziny na przestrzeni 70 mil (110 km) pogoń, zakończona na granicy stanu Ohio". Obiekt poruszał się na wysokości od 100 do 2000 stóp (30 do 600 m). Do pościgu dołączyło, już w Pensylwanii, dwóch innych policjantów. Jak oświadczyła zgodnie cała czwórka, w końcu obiekt wzbił się z ogromną prędkością pionowo w górę i zniknął.
NICAP, wówczas główna prywatna instytucja badawcza, opublikował na ten temat liczący 125 stron bardzo szczegółowy raport, a McDonald przesłuchał osobiście trzech policjantów. Natomiast dochodzenie komisji "Błękitna Księga" ograniczyło się do najprostszej czynności: do krótkiego telefonu do policjanta Spaura. Incydent ten potwierdza Allen Hynek . Szef "Błękitnej Księgi", major Quintanilla, rozpoczął rozmowę od razu z grubej rury: "Proszę opowiedzieć o tej waszej fatamorganie". Usiłował przekonać Spaura, że widział satelitę Echo (duży plastikowy balon, który wówczas był najbardziej widoczny), a następnie, że ścigał planetę Wenus. O Wenero, jakich to kłamstw nie wymyślono z twoim imieniem na ustach! McDonalda nie dopuszczono do pełnej dokumentacji w tej sprawie i zaczął on kąśliwie krytykować dochodzenie Sił Powietrznych. Z kolei Hynek twierdzi, że nawet z nim nie konsultowano wersji o "satelicie i Wenus". Wersja ta zresztą uzyskała rangę oficjalnego wyjaśnienia tego przypadku przez komisję "Błękitna Księga". Hynek pisze również o tym, że cała ta historia wywarła tragiczny wpływ na Życie głównego świadka, Dale'a Spaura: "Opinia publiczna doszła do wniosku, że jest to niezrównoważony psychicznie oficer, który padł ofiarą halucynacji. Spotkanie Quintanilla -Spaur wyraźnie to sugeruje. Spaur stał się powszechnym pośmiewiskiem, a rozgłos wokół tej sprawy miał dla niego katastrofalne skutki. Wszystkie te wydarzenia wywarły wpływ na jego Życie rodzinne: opuściła go żona, a także zrujnowały jego karierę zawodową i zdrowie" . Prezes Związku Racjonalistycznego, wybitny astrofizyk francuski i nie mniej wybitny sceptyk Evry Schatzman twierdzi, że badacz amerykański Robert Sheaffer (również zatwardziały sceptyk) przyznał, iż wersja z Wenus była pomyłką .
Historie przedstawione przez profesora McDonalda tworzą tak imponującą kolekcję, że już ona sama powinna wystarczyć, aby skłonić do refleksji najbardziej nawet zajadłych sceptyków, zwłaszcza ze świata nauki. Prawdę mówiąc, , wielu spośród nich nie ujawnia swoich rzeczywistych przekonań, nie mogąc lub nie chcąc otwarcie przeciwstawić się dominującej aktualnie opinii na temat istnienia (a raczej nieistnienia) UFO, która nakazuje głęboką nieufność wobec wszystkiego, co wydaje się nieracjonalne. Gdyby nie było tych zahamowań, spotęgowanych jeszcze wielce intrygującymi aspektami samego w sobie zjawiska UFO, tak jak jawi się ono dziś, i gdyby nie tak natarczywa polityka "debunkingu" i oficjalnej tajemnicy, kwestia ta stałaby się już dawno' normalną częścią składową refleksji naukowej i kulturowej.
Prace profesora McDonalda przyczyniły się w owym czasie do żywego zainteresowania sprawami UFO. Doprowadziło to do przesłuchań w parlamencie, w których: wyniku zapadła decyzja o przeprowadzeniu oficjalnych, ale I w zasadzie niezależnych badań naukowych nad UFO. t Badania te, prowadzone pod kierunkiem znanego fizyka Edwarda U. Condona na uniwersytecie w Kolorado, zakończyły się niepowodzeniem. Wkrótce okazało się bowiem, że są od samego początku ukartowane. Ujawnił to członek zespołu badawczego doprowadzony do furii, kiedy natrafił
na notatkę sporządzoną przez członka rady administracyjnej uczelni Roberta Lowa. Notatka zawierała zalecenia, w jaki sposób można nadać badaniom pozory bezstronności! A mimo to zacytujmy w całości wniosek doktora Condona otwierający obszerny raport opublikowany w styczniu 1969 roku:
Nasz generalny wniosek sprowadza się do tego, że w ciągu 2Ilat badań nad UFO nie wniesiono nic nowego do wiedzy naukowej na ten temat. Jeśli potraktować poważnie dostępną dokumentację, to można dojść do wniosku, że dalsze pogłębione badania nad UFO najprawdopodobniej nie rokują nadziei na postęp nauki w tej dziedzinie .
Z tekstu raportu wynika jednak, że Condon nie zdaje sobie chyba sprawy z jego treści, zawiera on bowiem opis ciekawych faktów, w tym również pewną liczbę nie wytłumaczonych przypadków. Lektura raportu wzbudziła ponownie zainteresowanie niektórych uczonych problematyką UFO, między innymi Claude' a Pohera we Francji.
Mimo niefortunnych opinii doktora Condona, kilku znanych uczonych, w tym astronomowie Carl Sagan i Thornton Page, który w 1953 roku uczestniczył w pracach komisji Robertsona, zorganizowało w roku ukazania się raportu sympozjum naukowe. W toku obrad doszło do ostrego starcia pomiędzy Menzelem i McDonaldem. McDonald powrócił do sprawy słynnej "karuzeli waszyngtońskiej", którą Menzel "wyjaśnił" wówczas prasie działaniem inwersji temperatury (jego interpretacja nie została nawet wzmiankowana w książce Ruppelta). McDonald przesłuchał wielu świadków i przeanalizował zarejestrowane za pomocą radiosondy dane o stanie atmosfery. Podał w wątpliwość oficjalne wyjaśnienie: "Przejrzałem dane radiosond z dwóch nocy, obliczyłem gradienty współczynników załamania i po uwzględnieniu wpływu przejścia samych sond stwierdziłem, że nie mogły nastąpić odbicia sygnału radarowego. Sugestia, że inwersja temperatury, podobna do inwersji wynikających z danych radiowych, mogła spowodować tego wieczoru w Waszyngtonie obserwowane efekty, jest absurdalna". W referacie opublikowanym w materiałach sympozjum Menzel ostro replikuje: "Co McDonald może wiedzieć o ogólnych warunkach propagacji w całym regionie Waszyngtonu? Absolutnie nic!" . Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z ewidentnym przypadkiem nierzetelności ze strony astronoma Menzela, który uzurpował sobie prawo do publicznego wyrażania krytycznego dnia autorytatywnych opinii o istocie zagadkowego zjawiska.
"Batalia" FOIA
Zapomniana na pozór W efekcie raportu Condona i po rozwiązaniu komisji "Błękitna Księga" sprawa UFO pojawia się w mediach na początku lat siedemdziesiątych zaledwie od czasu do czasu. Mimo że faktycznie Siły Powietrzne położyły kres publicznym dochodzeniom, to jednak personel wojskowy był nadal zobowiązany do sporządzania raportów dotyczących każdego zjawiska mającego związek z bezpieczeństwem narodowym. Raporty te nigdy nie trafiały do rąk członków komisji "Błękitna Księga", która była zresztą tylko parawanem na użytek mediów. Świadczy o tym pewien dobrze znany ufologom amerykańskim "odtajniony" dokument. Chodzi o notatkę zastępcy szefa działu rozwoju Sił Powietrznych generała Bolendera z dnia 20 października 1969 roku. Zaleca on, by Siły Powietrzne położyły kres działalności komisji "Błękitna Księga".
Ta niezwykle pouczająca notatka przypomina pokrótce wydarzenia ostatnich 20 lat. Wyjaśnia, że utrzymywanie komisji po opracowaniu raportu Condona jest bezcelowe:
Raporty o nie zidentyfikowanych obiektach latających, które mogłyby zaważyć na bezpieczeństwie narodowym, są sporządzane zgodnie z dyrektywą JANAP 146 lub instrukcjami Sił Powietrznych zawartymi w dyrektywie 55-11 i nie stanowią części składowej systemu "Błękitna Księga".
Ten rozdział zamknięto bez cienia protestu ze strony środków masowego przekazu. Mimo to kwestia UFO wkrótce odżyła na nowo. Żeby definitywnie skończyć ze sprawą komisji "Błękitna Księga" warto tu podkreślić, iż w jej dostępnych już dziś archiwach dociekliwi badacze znajdą cała kopalnię istotnych informacji, ponieważ archiwa te przechowują nie mniej niż 12618 raportów, z których 701 dotyczy nie wytłumaczonych obserwacji.
W następnych latach prawo o wolności informacji stanie się efektywnym narzędziem, które stworzy możliwość zapoznania się z licznymi "odtajnionymi" dokumentami. Udostępnieniu będą podlegać dokumenty nie sklasyfikowane jako tajne i nie zagrażające prywatności obywateli Stanów Zjednoczonych. Począwszy od 1974 roku, od ubiegających się o dokumenty nie wymaga się ich dokładnego opisu, co nie zmienia faktu, że poważni badacze wybierający się na podbój archiwów amerykańskich nie uzyskają nawet niewielkiej cząstki poszukiwanych materiałów. Co więcej, sporą ich część wydaje się po ocenzurowaniu.
Wielka gra o faktyczny dostęp do dokumentów dotyczących UFO rozpoczęła się tak naprawdę w 1977 roku. Wnioski w tej sprawie napływały do wszystkich niemal instytucji rządowych. Nowe materiały były ekshumowane jeszcze w 1996 roku. FBI i CIA początkowo zaprzeczały, że są w posiadaniu jakichkolwiek dokumentów dotyczących UFO. Jednak w obliczu uporczywych żądań, między innymi ze strony stowarzyszeń Ground Saucer Watch (Obserwacja Talerzy z Ziemi), w którym uczestniczy wielu naukowców, i CAUS (Citizens Against UFO Secrecy -Obywatele Przeciwko Tajemnicy UFO) obie agencje musiały skapitulować. Dwaj członkowie stowarzyszenia CAUS, Lawrence Fawcett i Barry Greenwood, opisują w ciekawej książce The UFO Cover-Up ("Ukrywanie prawdy o UFO") prawdziwą batalię prawną, jaką musieli stoczyć w tej sprawie.
Wnioskami na podstawie FOIA zasypywane są amerykańskie instytucje rządowe: armie powietrzna, lądowa i morska, NORAD (North American Aerospace Defense Command -Północnoamerykańskie Dowództwo Obrony Przestrzeni Powietrznej), FBI, CIA, Departament Stanu, NSA (Nationa! Security Agency -Agencja Bezpieczeństwa Narodowego) -jeszcze bardziej tajna od CIA agencja wywiadowcza specjalizująca się w nadzorowaniu światowej łączności, a także DlA (Defense Intelligence Agency -Agencja Wywiadu Obronnego).
W 1978 roku fizyk z marynarki wojennej, Bruce Maccabee, otrzymał od FBI liczącą 800 stron pierwszą porcję dokumentów. Później ujawnione zostały inne. W ciągu 15 miesięcy FBI dostarczyło 1700 stron różnych materiałów. CIA była bardziej wstrzemięźliwa, ale wreszcie w 1979 roku przekazała prawie 900 stron. "New York Times" z dnia 14 stycznia 1979 roku anonsował wiadomość o tym fakcie następująco: "Dokumenty CIA ujawniają obserwowanie UFO", a" Washington Post" zapytywał: "Czym więc były te wszystkie zagadkowe aparaty?". Tytuł ten odnosił się do całej serii inwazji nie zidentyfikowanych pojazdów w przestrzeń powietrzną amerykańskich baz atomowych w 1975 roku. Potwierdziły się w ten sposób pogłoski, które krążyły na ten temat od 1977 roku. Dla ufologów pierwszym impulsem do domagania się na mocy FOIA poufnych dokumentów był artykuł opublikowany 13 grudnia 1977 roku w goniącym za sensacjami dzienniku "National Inquirer", zatytułowany: "UFO wykryte w bazach nuklearnych i na terenach dyslokacji rakiet".
UFO obserwują bombowce i rakiety atomowe
UFO obserwują bombowce i rakiety atomowe
Rok 1975 był obfitujący w obserwacje UFO, chociaż z ówczesnej prasy trudno byłoby się o tym dowiedzieć. Jesienią tego roku bazy bombowców i rakiet strategicznych Strategic Air Command (SAC -Strategiczne Dowództwo Powietrzne), rozmieszczone wzdłuż północnej granicy Stanów Zjednoczonych, od stanu Maine na północnym wschodzie do Montany na północnym zachodzie, odnotowały w ciągu piętnastu dni od wieczora do wczesnych godzin rannych liczne "wizyty" nie zidentyfikowanych pojazdów powietrznych. W wielu dokumentach opisujących te przypadki mówi się o śmigłowcach. Jednak wszystkie zbieżne relacje wyraźnie wskazują na to, że pojazdy te były niekiedy błyszczące, innym razem stawały się niewidoczne, kiedy indziej były nieruchome, a jeszcze innym razem oddalały się z dużą prędkością i zawsze były bezdźwięczne. Ładne mi śmigłowce!
Pierwsza seria przypadków miała miejsce w bazie powietrznej Loring w stanie Maine 27 i 28 października 1975 roku w nocy. Obserwacji dokonano również w ciągu kilku następnych nocy. O godzinie 19.45 podoficer policji Danny Lewis, pełniący służbę wartowniczą przy magazynie bomb i głowic nuklearnych umieszczonych w izolowanych podziemiach w kształcie igloo, dostrzegł na wysokości około 100 m zbliżający się "samolot". Wieża kontrolna wykryła pojazd, ale wszelkie próby nawiązania kontaktu radiowego z nim spełzły na niczym. Nieznany obiekt zaczął zataczać kręgi w odległości mniejszej niż 300 m od magazynów. Uznano, że jest to śmigłowiec. W bazie ogłoszono stan pogotowia. Dowódca bazy zwrócił się do NORAD o zezwolenie na interwencję powietrzną, nie uzyskał jednak zgody. Po 40 minutach nieznany pojazd odleciał w kierunku granicy kanadyjskiej i znikł.
"Helikopter" wrócił następnego dnia dokładnie o tej samej porze, o godzinie 19.45. Błyszczący aparat koloru bursztynu wyrzucał błyskawice białego światła. Był widoczny na końcu pasa startowego na wysokości 50 m, następnie stał się niewidoczny i pojawił się ponownie nad strefą magazynowania głowic! Sierżant Steven Eichner, członek załogi bombowca B-52, pracował właśnie na tym terenie wraz z sierżantem Jonesem i innymi członkami załogi. Eichner i Jones widzieli obiekt z bliska. Zeznali później, że przypominał on wydłużoną piłkę do footballu amerykańskiego. Pojazd był w zawieszeniu, po pewnym czasie wygasił wszystkie światła, ale ponownie wyłonił się dalej, poruszając się nierytmicznie. Eichner twierdzi, że z bliska wydawało się, iż emituje on światła we wszystkich pomieszanych z sobą kolorach. Obiekt sprawiał wrażenie materialnego i nie! wydawał żadnego dźwięku.
Nagle baza została postawiona w stan pogotowia. Przybyły samochody policyjne wyposażone w reflektory. W tym momencie pojazd "zgasł", wykrył go jednak radar. Obiekt skierował się w stronę Nowego Brunszwiku w Kanadzie. Tym razem baza otrzymała wsparcie powietrzne w postaci śmigłowca Gwardii Narodowej Huey. Kiedy przyleciał on nad ranem, nastąpiło nowe wtargnięcie UFO. Członek załogi helikoptera, podoficer Bernard Poulin, zeznawał w rozmowie z Larrym Fawcettem, że radar zaprowadził go w pobliże UFO na odległość niecałych 30 m (100 stóp), ale niczego nie mógł dojrzeć! Wszystkie rozmieszczone na północnej granicy bazy SAC zostały postawione w stan, pogotowia . r
Ujawnione od tego czasu dokumenty NORAD świadczą ł o tym, że identyczne przypadki wydarzyły się tej samej jesieni w kilku usianych bombowcami lub rakietami nuklearnymi bazach SAC, a mianowicie: 30 października w Wurtsmith Air Force Base (AFB) w Michigan; 7 i 9 listopada, a następnie 2 grudnia w Malmstrom AFB w Montanie; 4 listopada w Grand Forks AFB w Dakocie Północnej; 10 listopada w Minot AFB w Dakocie Północnej.
W Wurtsmith radar wykrył nie zidentyfikowany obiekt nad magazynem z bronią jądrową. Kiedy pojazd skierował się na południowy zachód, wykrył go z kolei samolot zaopatrzeniowy KC-135 (wojskowa wersja Boeinga 707) równocześnie na aparacie radarowym i wizualnie. W raporcie wojskowym o tym incydencie stwierdza się, że pilot widział, jak UFO oddalało się z prędkością 1000 węzłów, czyli około 1850 km/godz. .
W niektórych dokumentach wojskowych znajdują się wyraźne odniesienia do UFO. Dotyczy to na przykład listu szefa administracji Kwatery Głównej Dowództwa Obrony Powietrznej w Peterson w stanie Kolorado, pułkownika Jamesa, do Todda Zechela ze stowarzyszenia CAUS. Pułkownik odpowiada na opartą na FOIA prośbę o informację w sprawie przypadków związanych z UFO. W liście, w którym powołuje się na raporty NORAD dotyczące obserwacji z tego okresu, czytamy, że 7 listopada wieczorem w pobliżu bazy Malmstrom w stanie Montana zaobserwowano duży obiekt o zmieniających się kolorach, przechodzących od czerwonego i pomarańczowego do żółtego. Przez lornetkę można było również dostrzec małe światełka emitowane przez ten zagadkowy obiekt. W pewnym momencie wysunęło się z niego coś na kształt rury. UFO zniknęło o zachodzie słońca. 9 listopada "SAC CP połączyło się i poinformowało, że wszystkie załogi SAC na terenach L-1, L-6 i M-1 zaobserwowały UFO". Podobnie "SAC CP sygnalizuje w odległości 20 mil (32 km) na południowy wschód od Lewistown obiekt w kształcie dysku barwy pomarańczowo-białej". 10 listopada "zaobserwowano UFO na stanowisku radarowym Sił Powietrznych Minot. Błyszczący jak gwiazda obiekt przesuwał się w kierunku wschodnim, był mniej więcej wielkości samochodu. Pojazd przeleciał nad stanowiskiem radarowym na wysokości 300-600 m, nie wydając żadnego dźwięku. Obiekt widziało obecnych na tym terenie trzech wojskowych" .
W odpowiedzi na szereg pytań zadanych w 1977 roku przez "National Inquirer" armia powietrzna przyznała, że tak naprawdę tajemnicze pojazdy nigdy nie zostały zidentyfikowane jako śmigłowce. Z jej odpowiedzi wynika, że interpretacja oparta była na percepcji dźwięku i światła przez świadków .
A oto dający wiele do myślenia dokument wojskowy: ujawnia się w nim przypadkowo przyczyny, dla których bazy NORAD nie kwapiły się z organizowaniem pościgu za tymi "śmigłowcami". Chodzi o notatkę zastępcy szefa operacyjnego Narodowego Centrum Dowództwa Wojskowego (National Military Command Center -NMCC) w Waszyngtonie potwierdzającą faktycznie wobec wyższych czynników fakt istnienia UFO:
W trakcie briefingu 10 listopada rano CJCS (szef połączonych sztabów) podkreśli/, że w momencie sygnalizowania i obserwacji UFO NMCC powinno zażądać gradientów temperatury w regionie (w przypadku ewentualnych inwersji na wysokości). CJCS zastanawia/ się także nad możliwością wysyłania samolotów w pościg za UFO .
Zatrzymajmy się teraz nad sprawą imponującej serii obserwacji w bazie Malmstrom w stanie Montana. Na tym terenie było zlokalizowanych w silosach 20 rakiet Minuteman. Dla uniknięcia masowego zniszczenia w pierwszym uderzeniu jądrowym zostały one rozśrodkowane na dużej powierzchni. Jeden z tych silosów, K-7, położony był w znacznej odległości na południe od miasteczka Lewistown w regionie Judith Gap. W nocy z 7 na 8 listopada 1975 roku czujniki elektroniczne zasygnalizowały tam naruszenie obszaru bezpieczeństwa. Oficerowie podziemnej służby wartowniczej nie dysponowali środkami technicznymi umożliwiającymi obserwację na zewnątrz. Ogłoszono alarm i w kierunku miasteczka wyruszyła narychmiast "ekipa antysabotażowa". Dostrzegła w odległości jednej mili od silosu błyszczący pomarańczowy obiekt. Ekipa zbliżyła się na odległość pół mili i stwierdziła, że obiekt jest ogromny. Był to dysk wielkości boiska piłkarskiego, który oświetlał cały obszar. Oficerowie straży wartowniczej wydali ekipie rozkaz wkroczenia na ten teren, ale żołnierze odmówili wykonania. W tym czasie UFO zaczęło wznosić się w górę. Kiedy znalazło się na wysokości 300 m, wykrył go jeden z radarów NORAD. Tym razem z bazy Great Falls wystartowały dwa bardzo szybkie myśliwce Convair F-106. UFO nadal wznosiło się i w końcu zniknęło z ekranów radarowych na wysokości 20000 stóp (6600 m). Ładny mi śmigłowiec! F-106 nawet go nie dostrzegły. Zszokowanych członków "ekipyantysabotażowej" trzeba było skierować na obserwację lekarską.
Oficjalna wersja nie podaje tylu szczegółów. Wiele informacji uzyskano w trakcie żmudnych przesłuchań rekrutujących się spośród personelu wojskowego świadków tego wydarzenia. Jednym z nich był pilot śmigłowca wysłanego w kierunku stanowiska K-7, James Moulton. Widział on UFO "bardziej błyszczące niż światło słońca" .
Widocznie jednak UFO nie satysfakcjonują same wizyty na stanowiskach jądrowych. Z zeznań wiarygodnych świadków wynika, że również uszkadzają niektóre z chronionych obiektów. Ekipa specjalistów, która przybyła na stanowisko K-7 w Malmstrom w celu sprawdzenia między innymi oprogramowania celu rakiety, stwierdziła, że... zostało ono zmienione! Postanowiono więc wymienić powracający do atmosfery człon rakiety, a następnie cały pocisk. Niezależni badacze nie mogli uzyskać potwierdzenia, że identyczne zmiany dotyczyły również innych rakiet w Malmstrom. Znany ufolog Raymond Fowler zapewnia, że w bazie w Malmstrom nie był to przypadek odosobniony. Wiosną 1966 roku zostało jakoby jednocześnie przeprogramowanych dziesięć rakiet. Stwierdzono, że żadna z nich nie może być odpalona z powodu defektów w systemie naprowadzania i kontroli. Jest to o tyle dziwne, że dotyczy najbardziej chronionej części Minutemana. Fowler twierdzi, że podobny wypadek miał miejsce w Malmstrom rok później, 20 marca 1967 roku. W czasie kiedy radar wykrywał UFO nad tą strefą, uległo jakoby przeprogramowaniu kolejnych kilkanaście rakiet .
Również w Związku Radzieckim...
Po upadku Związku Radzieckiego światło dzienne ujrzało wiele informacji ujawniających fakty inwazji UFO na radzieckie bazy jądrowe. Zaczęli wypowiadać się świadkowie, między innymi ośmieleni pieriestrojką emerytowani wojskowi, a niezależni badacze ujawnili te przypadki. Jednym z wręcz nieprawdopodobnych zdarzeń w tym natłoku informacji była sprzedaż w 1993 roku przez pułkownika Borisa Sokołowa archiwów wojskowych dziennikarzowi amerykańskiemu George'owi Knappowi, który zajmował się w Moskwie dla sieci ABC sprawami UFO. Ufolog rosyjski Boris Szurinow pisze interesująco na ten temat w książce UFO w Rosji . Liczącą 124 strony dokumentację zatytułowaną "Przypadki obserwacji niespotykanych zjawisk na terenie ZSRR w latach 1982-1990" ujawniło faktycznie KGB. W książce opisany jest na przykład następujący przypadek:
Zdarzył się on w nocy z 28 na 29 lipca 1989 roku nad bazą rakietową w rejonie Kapustin Jar w pobliżu ujścia Wołgi do Morza Kaspijskiego. Kapustin Jar jest poligonem doświadczalnym, takim jak poligon White Sands w Nowym Meksyku. Dokumentacja KGB zawiera zeznania siedmiu wojskowych (dwóch młodych oficerów, kaprala i czterech szeregowych), sporządzone przez świadków szkice obiektu i krótkie podsumowanie oficera KGB. Zgodnie z podsumowaniem pierwsza grupa świadków z centrum łączności widziała między godziną 22.12 a 22.55 trzy UFO w odległości około trzech do pięciu kilometrów. Świadkowie przebywający w tym czasie w innej części bazy widzieli między godziną 23.30 a 1.30 UFO z bliższej odległości. Opisują oni te obiekty jako dyski o średnicy około czterech, pięciu metrów, uwieńczone jaskrawo oświetloną półkulą. Przesuwały się szybko i bezgłośnie lub pozostawały w bezruchu na niewielkiej wysokości od 20 do 60 m. Dowództwo bazy wysłało myśliwiec, ale gdy zbliżył się on do jednego z UFO, obiekt wykonał manewr uniku, przy czym tak zręcznie, że pilot mimo dobrej widoczności nie był w stanie nic dostrzec.
Ten lakoniczny opis KGB uzupełniają zeznania wojskowych. Widzieli oni UFO, które kierowało się w stronę położonego około 300 m od ich punktu obserwacyjnego magazynu rakiet. Najpierw uderzył ich potężny błysk światła, a następnie wyłonił się sam obiekt. Był to dysk o średnicy około czterech, pięciu metrów, uwieńczony kopułą. Zatrzymał się nad magazynem na wysokości 20 m. Obudowę obiektu otaczało fosforyzujące ciemnozielone światło. Spod UFO, z miejsca, z którego poprzednio wydobywał się błysk, wydostawała się skierowana ku ziemi wiązka intensywnego światła. Zataczała ona przez kilka sekund kręgi, a następnie zniknęła. UFO oddaliło się, wyrzucając z siebie błyski. Odnosiło się wrażenie, że pojazd może gwałtownie przyśpieszać lub zatrzymywać się, z lekka balansując. Przeleciał nad bazą, a potem powrócił nad magazyn rakiet i o godzinie 1.30 w nocy zniknął .
W raporcie opublikowanym przez dziennik "Raboczaja Tribuna" 19 kwietnia 1990 roku zawarta jest synteza ponad stu obserwacji zgłoszonych przez dowódców jednostek wojskowych. Inny wojskowy, generał pułkownik lotnictwa Igor Malcew, również w ramach radzieckiej odwilży ujawnił dobrze udokumentowane dossier powołane przez Szurinowa i inne źródła. Generał Malcew w następujących słowach podsumowuje zeznania dotyczące radarowej i wizualnej obserwacji UFO w dniu 20 marca 1990 roku w rejonie Pieriejasławla Zalesskiego na wschód od Moskwy:
Nie jestem specjalistą w dziedzinie UFO i mogę jedynie odnotować korelację danych oraz wyrazić swój osobisty pogląd. Z zeznań naocznych świadków wynika, że był to dysk o średnicy od 100 do 200 m. Po bokach miał pulsujące światła (...). Obiekt obracał się wokół osi i wykonywał manewry w kształcie litery S, zarówno w pozycji poziomej, jak i pionowej. Przebywał również w zawieszeniu nad ziemią, a następnie rozwijał prędkość dwu- lub trzykrotnie przewyższającą prędkość myśliwca.
( ...) Obiekty latały na wysokościach wahających się od 100 do 7000 m. Poruszały się bezdźwięcznie i cechowała je zdumiewająca zdolność manewrowania. Mogło się wydawać, że UFO są całkowicie pozbawione inercji. Innymi słowy, miały właściwość niepodlegania prawom grawitacji, a znanym obecnie aparatom wytwarzanym na Ziemi bardzo daleko jeszcze do takich właściwości .
Boris Szurinow przytacza inne interesujące szczegóły z relacji świadków. Pilot myśliwca, kapitan Birin, twierdzi, że światła po bokach UFO nasilały się, kiedy wzrastała jego szybkość, i prawie gasły, gdy pojazd nieruchomiał. Inni świadkowie potwierdzają to spostrzeżenie.
Szurinow pisze, że dochodzenie po tych wydarzeniach prowadził sam i miał możliwość wysłuchania świadków ze stanowisk radarowych, którzy twierdzili, iż "obiekt zwalniał, przelatując nad jednostką". I jeszcze jeden szczegół, który skłania nas do refleksji nad ostentacyjnością pojawiania się UFO. Szurinow zwraca uwagę na pewną zastanawiającą zbieżność dat: po dziewięciu dniach, 30 marca, w Belgii miały miejsce słynne liczne obserwacje wizualne i radarowe z ziemi. Wówczas też dwóm myśliwcom F-16 udało się kilkakrotnie naprowadzić i zatrzymać radar na celu (patrz rozdział 1, str. 19). A oto dwa inne ważne fakty: po pierwsze, imponujące rozmiary UFO (od 100 do 200 m średnicy), po drugie, wrażenie, że nie podlegają one grawitacji -koncepcja lansowana od dawna, ale zawsze odrzucana, gdyż nie była oparta na żadnej znanej teorii fizyki.
Szurinow przytacza inny ciekawy przypadek lotu nad bazą rakietową. 4 października 1983 roku UFO pojawiło się nad bazą rakiet balistycznych położoną w pobliżu wsi Biełokorowiczi na Ukrainie. Mieszkańcy wsi oceniają, że leciało na wysokości 400 m. Jak zeznał pułkownik Władimir Płatonow, który znajdował się wówczas w bunkrze dowodzenia, w tym momencie zapaliły się wskaźniki kontrolne rakiet jako "znak aktywizacji kodów odpalania tych rakiet". A normalnie coś takiego mogło się stać jedynie na bezpośredni rozkaz Moskwy. Ten przykry incydent trwał 15 sekund, w czasie których "nikt nie kontrolował sytuacji". Komisja dochodzeniowa, która następnego dnia przybyła z Moskwy, nie znalazła żadnego racjonalnego wytłumaczenia tej awarii .
Rok 1975 był obfitujący w obserwacje UFO, chociaż z ówczesnej prasy trudno byłoby się o tym dowiedzieć. Jesienią tego roku bazy bombowców i rakiet strategicznych Strategic Air Command (SAC -Strategiczne Dowództwo Powietrzne), rozmieszczone wzdłuż północnej granicy Stanów Zjednoczonych, od stanu Maine na północnym wschodzie do Montany na północnym zachodzie, odnotowały w ciągu piętnastu dni od wieczora do wczesnych godzin rannych liczne "wizyty" nie zidentyfikowanych pojazdów powietrznych. W wielu dokumentach opisujących te przypadki mówi się o śmigłowcach. Jednak wszystkie zbieżne relacje wyraźnie wskazują na to, że pojazdy te były niekiedy błyszczące, innym razem stawały się niewidoczne, kiedy indziej były nieruchome, a jeszcze innym razem oddalały się z dużą prędkością i zawsze były bezdźwięczne. Ładne mi śmigłowce!
Pierwsza seria przypadków miała miejsce w bazie powietrznej Loring w stanie Maine 27 i 28 października 1975 roku w nocy. Obserwacji dokonano również w ciągu kilku następnych nocy. O godzinie 19.45 podoficer policji Danny Lewis, pełniący służbę wartowniczą przy magazynie bomb i głowic nuklearnych umieszczonych w izolowanych podziemiach w kształcie igloo, dostrzegł na wysokości około 100 m zbliżający się "samolot". Wieża kontrolna wykryła pojazd, ale wszelkie próby nawiązania kontaktu radiowego z nim spełzły na niczym. Nieznany obiekt zaczął zataczać kręgi w odległości mniejszej niż 300 m od magazynów. Uznano, że jest to śmigłowiec. W bazie ogłoszono stan pogotowia. Dowódca bazy zwrócił się do NORAD o zezwolenie na interwencję powietrzną, nie uzyskał jednak zgody. Po 40 minutach nieznany pojazd odleciał w kierunku granicy kanadyjskiej i znikł.
"Helikopter" wrócił następnego dnia dokładnie o tej samej porze, o godzinie 19.45. Błyszczący aparat koloru bursztynu wyrzucał błyskawice białego światła. Był widoczny na końcu pasa startowego na wysokości 50 m, następnie stał się niewidoczny i pojawił się ponownie nad strefą magazynowania głowic! Sierżant Steven Eichner, członek załogi bombowca B-52, pracował właśnie na tym terenie wraz z sierżantem Jonesem i innymi członkami załogi. Eichner i Jones widzieli obiekt z bliska. Zeznali później, że przypominał on wydłużoną piłkę do footballu amerykańskiego. Pojazd był w zawieszeniu, po pewnym czasie wygasił wszystkie światła, ale ponownie wyłonił się dalej, poruszając się nierytmicznie. Eichner twierdzi, że z bliska wydawało się, iż emituje on światła we wszystkich pomieszanych z sobą kolorach. Obiekt sprawiał wrażenie materialnego i nie! wydawał żadnego dźwięku.
Nagle baza została postawiona w stan pogotowia. Przybyły samochody policyjne wyposażone w reflektory. W tym momencie pojazd "zgasł", wykrył go jednak radar. Obiekt skierował się w stronę Nowego Brunszwiku w Kanadzie. Tym razem baza otrzymała wsparcie powietrzne w postaci śmigłowca Gwardii Narodowej Huey. Kiedy przyleciał on nad ranem, nastąpiło nowe wtargnięcie UFO. Członek załogi helikoptera, podoficer Bernard Poulin, zeznawał w rozmowie z Larrym Fawcettem, że radar zaprowadził go w pobliże UFO na odległość niecałych 30 m (100 stóp), ale niczego nie mógł dojrzeć! Wszystkie rozmieszczone na północnej granicy bazy SAC zostały postawione w stan, pogotowia . r
Ujawnione od tego czasu dokumenty NORAD świadczą ł o tym, że identyczne przypadki wydarzyły się tej samej jesieni w kilku usianych bombowcami lub rakietami nuklearnymi bazach SAC, a mianowicie: 30 października w Wurtsmith Air Force Base (AFB) w Michigan; 7 i 9 listopada, a następnie 2 grudnia w Malmstrom AFB w Montanie; 4 listopada w Grand Forks AFB w Dakocie Północnej; 10 listopada w Minot AFB w Dakocie Północnej.
W Wurtsmith radar wykrył nie zidentyfikowany obiekt nad magazynem z bronią jądrową. Kiedy pojazd skierował się na południowy zachód, wykrył go z kolei samolot zaopatrzeniowy KC-135 (wojskowa wersja Boeinga 707) równocześnie na aparacie radarowym i wizualnie. W raporcie wojskowym o tym incydencie stwierdza się, że pilot widział, jak UFO oddalało się z prędkością 1000 węzłów, czyli około 1850 km/godz. .
W niektórych dokumentach wojskowych znajdują się wyraźne odniesienia do UFO. Dotyczy to na przykład listu szefa administracji Kwatery Głównej Dowództwa Obrony Powietrznej w Peterson w stanie Kolorado, pułkownika Jamesa, do Todda Zechela ze stowarzyszenia CAUS. Pułkownik odpowiada na opartą na FOIA prośbę o informację w sprawie przypadków związanych z UFO. W liście, w którym powołuje się na raporty NORAD dotyczące obserwacji z tego okresu, czytamy, że 7 listopada wieczorem w pobliżu bazy Malmstrom w stanie Montana zaobserwowano duży obiekt o zmieniających się kolorach, przechodzących od czerwonego i pomarańczowego do żółtego. Przez lornetkę można było również dostrzec małe światełka emitowane przez ten zagadkowy obiekt. W pewnym momencie wysunęło się z niego coś na kształt rury. UFO zniknęło o zachodzie słońca. 9 listopada "SAC CP połączyło się i poinformowało, że wszystkie załogi SAC na terenach L-1, L-6 i M-1 zaobserwowały UFO". Podobnie "SAC CP sygnalizuje w odległości 20 mil (32 km) na południowy wschód od Lewistown obiekt w kształcie dysku barwy pomarańczowo-białej". 10 listopada "zaobserwowano UFO na stanowisku radarowym Sił Powietrznych Minot. Błyszczący jak gwiazda obiekt przesuwał się w kierunku wschodnim, był mniej więcej wielkości samochodu. Pojazd przeleciał nad stanowiskiem radarowym na wysokości 300-600 m, nie wydając żadnego dźwięku. Obiekt widziało obecnych na tym terenie trzech wojskowych" .
W odpowiedzi na szereg pytań zadanych w 1977 roku przez "National Inquirer" armia powietrzna przyznała, że tak naprawdę tajemnicze pojazdy nigdy nie zostały zidentyfikowane jako śmigłowce. Z jej odpowiedzi wynika, że interpretacja oparta była na percepcji dźwięku i światła przez świadków .
A oto dający wiele do myślenia dokument wojskowy: ujawnia się w nim przypadkowo przyczyny, dla których bazy NORAD nie kwapiły się z organizowaniem pościgu za tymi "śmigłowcami". Chodzi o notatkę zastępcy szefa operacyjnego Narodowego Centrum Dowództwa Wojskowego (National Military Command Center -NMCC) w Waszyngtonie potwierdzającą faktycznie wobec wyższych czynników fakt istnienia UFO:
W trakcie briefingu 10 listopada rano CJCS (szef połączonych sztabów) podkreśli/, że w momencie sygnalizowania i obserwacji UFO NMCC powinno zażądać gradientów temperatury w regionie (w przypadku ewentualnych inwersji na wysokości). CJCS zastanawia/ się także nad możliwością wysyłania samolotów w pościg za UFO .
Zatrzymajmy się teraz nad sprawą imponującej serii obserwacji w bazie Malmstrom w stanie Montana. Na tym terenie było zlokalizowanych w silosach 20 rakiet Minuteman. Dla uniknięcia masowego zniszczenia w pierwszym uderzeniu jądrowym zostały one rozśrodkowane na dużej powierzchni. Jeden z tych silosów, K-7, położony był w znacznej odległości na południe od miasteczka Lewistown w regionie Judith Gap. W nocy z 7 na 8 listopada 1975 roku czujniki elektroniczne zasygnalizowały tam naruszenie obszaru bezpieczeństwa. Oficerowie podziemnej służby wartowniczej nie dysponowali środkami technicznymi umożliwiającymi obserwację na zewnątrz. Ogłoszono alarm i w kierunku miasteczka wyruszyła narychmiast "ekipa antysabotażowa". Dostrzegła w odległości jednej mili od silosu błyszczący pomarańczowy obiekt. Ekipa zbliżyła się na odległość pół mili i stwierdziła, że obiekt jest ogromny. Był to dysk wielkości boiska piłkarskiego, który oświetlał cały obszar. Oficerowie straży wartowniczej wydali ekipie rozkaz wkroczenia na ten teren, ale żołnierze odmówili wykonania. W tym czasie UFO zaczęło wznosić się w górę. Kiedy znalazło się na wysokości 300 m, wykrył go jeden z radarów NORAD. Tym razem z bazy Great Falls wystartowały dwa bardzo szybkie myśliwce Convair F-106. UFO nadal wznosiło się i w końcu zniknęło z ekranów radarowych na wysokości 20000 stóp (6600 m). Ładny mi śmigłowiec! F-106 nawet go nie dostrzegły. Zszokowanych członków "ekipyantysabotażowej" trzeba było skierować na obserwację lekarską.
Oficjalna wersja nie podaje tylu szczegółów. Wiele informacji uzyskano w trakcie żmudnych przesłuchań rekrutujących się spośród personelu wojskowego świadków tego wydarzenia. Jednym z nich był pilot śmigłowca wysłanego w kierunku stanowiska K-7, James Moulton. Widział on UFO "bardziej błyszczące niż światło słońca" .
Widocznie jednak UFO nie satysfakcjonują same wizyty na stanowiskach jądrowych. Z zeznań wiarygodnych świadków wynika, że również uszkadzają niektóre z chronionych obiektów. Ekipa specjalistów, która przybyła na stanowisko K-7 w Malmstrom w celu sprawdzenia między innymi oprogramowania celu rakiety, stwierdziła, że... zostało ono zmienione! Postanowiono więc wymienić powracający do atmosfery człon rakiety, a następnie cały pocisk. Niezależni badacze nie mogli uzyskać potwierdzenia, że identyczne zmiany dotyczyły również innych rakiet w Malmstrom. Znany ufolog Raymond Fowler zapewnia, że w bazie w Malmstrom nie był to przypadek odosobniony. Wiosną 1966 roku zostało jakoby jednocześnie przeprogramowanych dziesięć rakiet. Stwierdzono, że żadna z nich nie może być odpalona z powodu defektów w systemie naprowadzania i kontroli. Jest to o tyle dziwne, że dotyczy najbardziej chronionej części Minutemana. Fowler twierdzi, że podobny wypadek miał miejsce w Malmstrom rok później, 20 marca 1967 roku. W czasie kiedy radar wykrywał UFO nad tą strefą, uległo jakoby przeprogramowaniu kolejnych kilkanaście rakiet .
Również w Związku Radzieckim...
Po upadku Związku Radzieckiego światło dzienne ujrzało wiele informacji ujawniających fakty inwazji UFO na radzieckie bazy jądrowe. Zaczęli wypowiadać się świadkowie, między innymi ośmieleni pieriestrojką emerytowani wojskowi, a niezależni badacze ujawnili te przypadki. Jednym z wręcz nieprawdopodobnych zdarzeń w tym natłoku informacji była sprzedaż w 1993 roku przez pułkownika Borisa Sokołowa archiwów wojskowych dziennikarzowi amerykańskiemu George'owi Knappowi, który zajmował się w Moskwie dla sieci ABC sprawami UFO. Ufolog rosyjski Boris Szurinow pisze interesująco na ten temat w książce UFO w Rosji . Liczącą 124 strony dokumentację zatytułowaną "Przypadki obserwacji niespotykanych zjawisk na terenie ZSRR w latach 1982-1990" ujawniło faktycznie KGB. W książce opisany jest na przykład następujący przypadek:
Zdarzył się on w nocy z 28 na 29 lipca 1989 roku nad bazą rakietową w rejonie Kapustin Jar w pobliżu ujścia Wołgi do Morza Kaspijskiego. Kapustin Jar jest poligonem doświadczalnym, takim jak poligon White Sands w Nowym Meksyku. Dokumentacja KGB zawiera zeznania siedmiu wojskowych (dwóch młodych oficerów, kaprala i czterech szeregowych), sporządzone przez świadków szkice obiektu i krótkie podsumowanie oficera KGB. Zgodnie z podsumowaniem pierwsza grupa świadków z centrum łączności widziała między godziną 22.12 a 22.55 trzy UFO w odległości około trzech do pięciu kilometrów. Świadkowie przebywający w tym czasie w innej części bazy widzieli między godziną 23.30 a 1.30 UFO z bliższej odległości. Opisują oni te obiekty jako dyski o średnicy około czterech, pięciu metrów, uwieńczone jaskrawo oświetloną półkulą. Przesuwały się szybko i bezgłośnie lub pozostawały w bezruchu na niewielkiej wysokości od 20 do 60 m. Dowództwo bazy wysłało myśliwiec, ale gdy zbliżył się on do jednego z UFO, obiekt wykonał manewr uniku, przy czym tak zręcznie, że pilot mimo dobrej widoczności nie był w stanie nic dostrzec.
Ten lakoniczny opis KGB uzupełniają zeznania wojskowych. Widzieli oni UFO, które kierowało się w stronę położonego około 300 m od ich punktu obserwacyjnego magazynu rakiet. Najpierw uderzył ich potężny błysk światła, a następnie wyłonił się sam obiekt. Był to dysk o średnicy około czterech, pięciu metrów, uwieńczony kopułą. Zatrzymał się nad magazynem na wysokości 20 m. Obudowę obiektu otaczało fosforyzujące ciemnozielone światło. Spod UFO, z miejsca, z którego poprzednio wydobywał się błysk, wydostawała się skierowana ku ziemi wiązka intensywnego światła. Zataczała ona przez kilka sekund kręgi, a następnie zniknęła. UFO oddaliło się, wyrzucając z siebie błyski. Odnosiło się wrażenie, że pojazd może gwałtownie przyśpieszać lub zatrzymywać się, z lekka balansując. Przeleciał nad bazą, a potem powrócił nad magazyn rakiet i o godzinie 1.30 w nocy zniknął .
W raporcie opublikowanym przez dziennik "Raboczaja Tribuna" 19 kwietnia 1990 roku zawarta jest synteza ponad stu obserwacji zgłoszonych przez dowódców jednostek wojskowych. Inny wojskowy, generał pułkownik lotnictwa Igor Malcew, również w ramach radzieckiej odwilży ujawnił dobrze udokumentowane dossier powołane przez Szurinowa i inne źródła. Generał Malcew w następujących słowach podsumowuje zeznania dotyczące radarowej i wizualnej obserwacji UFO w dniu 20 marca 1990 roku w rejonie Pieriejasławla Zalesskiego na wschód od Moskwy:
Nie jestem specjalistą w dziedzinie UFO i mogę jedynie odnotować korelację danych oraz wyrazić swój osobisty pogląd. Z zeznań naocznych świadków wynika, że był to dysk o średnicy od 100 do 200 m. Po bokach miał pulsujące światła (...). Obiekt obracał się wokół osi i wykonywał manewry w kształcie litery S, zarówno w pozycji poziomej, jak i pionowej. Przebywał również w zawieszeniu nad ziemią, a następnie rozwijał prędkość dwu- lub trzykrotnie przewyższającą prędkość myśliwca.
( ...) Obiekty latały na wysokościach wahających się od 100 do 7000 m. Poruszały się bezdźwięcznie i cechowała je zdumiewająca zdolność manewrowania. Mogło się wydawać, że UFO są całkowicie pozbawione inercji. Innymi słowy, miały właściwość niepodlegania prawom grawitacji, a znanym obecnie aparatom wytwarzanym na Ziemi bardzo daleko jeszcze do takich właściwości .
Boris Szurinow przytacza inne interesujące szczegóły z relacji świadków. Pilot myśliwca, kapitan Birin, twierdzi, że światła po bokach UFO nasilały się, kiedy wzrastała jego szybkość, i prawie gasły, gdy pojazd nieruchomiał. Inni świadkowie potwierdzają to spostrzeżenie.
Szurinow pisze, że dochodzenie po tych wydarzeniach prowadził sam i miał możliwość wysłuchania świadków ze stanowisk radarowych, którzy twierdzili, iż "obiekt zwalniał, przelatując nad jednostką". I jeszcze jeden szczegół, który skłania nas do refleksji nad ostentacyjnością pojawiania się UFO. Szurinow zwraca uwagę na pewną zastanawiającą zbieżność dat: po dziewięciu dniach, 30 marca, w Belgii miały miejsce słynne liczne obserwacje wizualne i radarowe z ziemi. Wówczas też dwóm myśliwcom F-16 udało się kilkakrotnie naprowadzić i zatrzymać radar na celu (patrz rozdział 1, str. 19). A oto dwa inne ważne fakty: po pierwsze, imponujące rozmiary UFO (od 100 do 200 m średnicy), po drugie, wrażenie, że nie podlegają one grawitacji -koncepcja lansowana od dawna, ale zawsze odrzucana, gdyż nie była oparta na żadnej znanej teorii fizyki.
Szurinow przytacza inny ciekawy przypadek lotu nad bazą rakietową. 4 października 1983 roku UFO pojawiło się nad bazą rakiet balistycznych położoną w pobliżu wsi Biełokorowiczi na Ukrainie. Mieszkańcy wsi oceniają, że leciało na wysokości 400 m. Jak zeznał pułkownik Władimir Płatonow, który znajdował się wówczas w bunkrze dowodzenia, w tym momencie zapaliły się wskaźniki kontrolne rakiet jako "znak aktywizacji kodów odpalania tych rakiet". A normalnie coś takiego mogło się stać jedynie na bezpośredni rozkaz Moskwy. Ten przykry incydent trwał 15 sekund, w czasie których "nikt nie kontrolował sytuacji". Komisja dochodzeniowa, która następnego dnia przybyła z Moskwy, nie znalazła żadnego racjonalnego wytłumaczenia tej awarii .
ROZDZIAŁ 5 Pogłoski i dezinformacja
ROZDZIAŁ 5
Pogłoski i dezinformacja
Znaczna część zeznań zgromadzonych przez ufologów dotyczy supertajnych kontaktów, które rzekomo zostały nawiązane z kilkoma cywilizacjami pozaziemskimi. Wiele spośród tych rewelacji sprawia wrażenie mało prawdopodobnych. Inne natomiast, pochodzące chyba od tajnych służb, skłaniają do refleksji.
Czyżby władze polityczne i wojskowe miały do ukrycia coś więcej niż zwykłą obecność -już samą w sobie niepokojącą -zagadkowych UFO? Czy można w nieskończoność uprawiać politykę otaczania tajemnicą problemu nie zidentyfikowanych obiektów latających? Czy przypadkiem nie uczestniczymy od lat w powolnym procesie przygotowywania opinii publicznej na nieuniknione rewelacje? Oto poważne pytania, jakie nasuwają się w trakcie lektury tych przedziwnych zeznań.
Sprawa Rendlesham: spotkanie w pobliżu bazy nuklearnej
Oto niezwykle skomplikowany i niesamowity przypadek. Jego dokumentacja zawiera bardziej lub mniej wiarygodne relacje; całość wymaga jednak wnikliwej analizy, ponieważ sprawa ta może być brzemienna w skutki.
Zacznijmy od najbardziej "oficjalnego" zeznania pułkownika Charlesa Halta, w czasie omawianego zdarzenia podpułkownika. W 1983 roku grupie CAUS udało się zdobyć jego notatkę z dnia 13 stycznia198l roku. Zdarzenie miało miejsce w lesie Rendlesham graniczącym z bazami Royal Air Force (RAF -Królewskie Siły Powietrzne) Woodbridge (wykorzystywana przez Siły Powietrzne USA i Wielkiej Brytanii) i Bentwaters (RAF) w Suffolk w Wielkiej Brytanii.
Pułkownik Halt informuje w swojej notatce, że 27 grudnia 1980 roku około godziny 3.00 w nocy patrol w składzie dwóch żołnierzy amerykańskich dostrzegł nietypowe światła nie opodal bramy wejściowej Woodbridge. Patrolujący zwrócili się o zgodę na udanie się na miejsce, sądząc, że rozbił się samolot. Wyprawiło się tam pieszo trzech mężczyzn. j Zeznali, że zobaczyli w lesie dziwny błyszczący obiekt, który
opisali w sposób następujący: 1 (...) wyglądał na metalowy, miał kształt trójkąta, około dwóch-trzech metrów szerokości u podstawy i około dwóch metrów wysokości. Oświetlał białym światłem cały las. Wyposażony był w czerwone pulsujące światło na górze i cały szereg błękitnych świateł na dole. Pozostawał albo w zawieszeniu, albo opierał się na czymś w rodzaju nóg. Kiedy żołnierze zbliżyli się do niego, skrył się wśród drzew i zniknął. W tym momencie zwierzęta na pobliskiej farmie wpadły w popłoch. Niecałą godzinę później obiekt był jeszcze przez krótką chwilę widoczny w pobliżu bramy wejściowej.
Następnego dnia -informuje pułkownik Halt -w miejscu, w którym obiekt widziany był na ziemi, odkryto trzy wgłębienia. Miały siedem cali (27,8 cm) średnicy i półtora cala (4 cm) głębokości. Wykryto też ślady promieniowania Ibeta i gamma o natężeniu 0,1 milirentgena. Najsilniejsze wystąpiło we wgłębieniach po śladach i w środku trójkąta. Tej samej nocy, nieco później, widziano wśród drzew światło przypominające "czerwone słońce ". Poruszało się i pulsowało. W pewnej chwili zaczęło emitować błyszczące cząsteczki, rozpadło się na pięć białych obiektów i zniknęło. Wkrótce po tym dostrzeżono na niebie trzy obiekty podobne do gwiazd -dwa na północy, jeden na południu, wszystkie około dziesięciu stopni nad horyzontem. Pojazdy przesuwały się zygzakiem z dużą prędkością, wydzielając czerwone, zielone i błękitne światło. Od ośmiu do dwunastu obiektów obserwowanych przez lornetkę na północy miało kształt elipsy. Następnie zamieniły się w regularne koła. Były widoczne na niebie przez godzinę lub więcej. Obiekt na południu był widoczny przez dwie, trzy godziny i rzucał od czasu do czasu snop światła w dół.
Na zakończenie pułkownik Halt informuje, że świadkiem tych obserwacji było znaczne grono ludzi, w tym również on.
Co można sądzić o relacji pułkownika Halta? Uderzający jest kontrast między powagą dokumentu firmowanego przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych a zawartym w nim dość osobliwym opisem. Jak zareagowała prasa na ujawnienie tej sprawy? Brytyjski ekspert Timothy Good twierdzi, że w Wielkiej Brytanii, gdzie dotychczas prawie nic na ten temat nie przeniknęło do wiadomości publicznej, została ona opublikowana w goniącym za sensacjami piśmie "News of the World" i natychmiast obrócona w żart w bardzo poważnym "Daily Telegraph" piórem jego komentatora naukowego Adriana Berry'ego:
Wydarzyło się tylko tyle, że pewien pułkownik Sił Powietrznych w Woodbridge dojrzał nie wyjaśnione światło w pobliskim lesie. I to wszystko. Jego zabawną opowieść opublikowało jedno z pism, a dwa dni później miejscowy leśniczy dowiódł, że to dziwne światło okazało się obrotowym reflektorem odległej o 5 mil (8 km) latarni morskiej w Oxford Ness (l).
Nick Pope wrócił do tej sprawy w latach 1991-1993, kiedy pracował w Ministerstwie Lotnictwa. Stwierdził, że ustalony przez pułkownika Halta poziom napromieniowania przewyższa dziesięciokrotnie normalny poziom na angielskiej wsi . Dowodzi, że cała ta historia utrzymywana była w tajemnicy.
Rendlesham okrywa tajemnica. Personel bazy, na przykład porucznik Jim Penniston, zaobserwował w następnych dniach po wydarzeniach nietypową aktywność: odlatywały i przylatywały nie zapowiedziane samoloty. Pennistonowi polecono, aby milczał i zapomniał o tym, co widział. Nawet Halt o niczym nie wiedział. Zwierzchnicy polecili mu przekazać raport do Ministerstwa Obrony, co też zrobił. Moi poprzednicy nie zareagowali jednoznacznie, co Halt całkiem słusznie uznał za niezrozumiale.
W zakamarkach ministerstwa nie pozostał nawet ślad po raporcie Halta. Zdumiony i zbulwersowany jego autor po piętnastu latach wciąż jeszcze czeka na jakąś reakcję . Opinię Nicka Pope'a podziela jeden z jego poprzedników w Ministerstwie Lotnictwa, Ralph Noyes, a także lord Hill-Norton, były szef sztabu brytyjskiego Ministerstwa Obrony .
W 1994 roku, będąc już na emeryturze, Halt przyznał, że w swoim raporcie nie powiedział wszystkiego (w oczekiwaniu na pełny debriefing, który nigdy nie nastąpił) i z okazji konferencji w Leeds podał nowe informacje. Według niego, wkrótce po wydarzeniu wylądował w Bentwaters wojskowy samolot transportowy C-141 Starlifter z "grupą specjalną" na pokładzie. Grupa udała się natychmiast do strefy bramy! wschodniej. Nie wiadomo, czym się tam zajmowała i jakie były wyniki jej badań. Inny wojskowy, Larry Warren, , dowiedział się, że z Niemiec przybyła ekipa w celu sprawdzenia broni jądrowej. W Woodbridge i Bentwaters znajdowały się ważne magazyny broni nuklearnej, które wówczas stanowiły jeden z filarów obronnych NA TO (bazy te dziś już nie istnieją). Jak twierdzi wielu świadków, w bunkry z tą bronią uderzały snopy światła z UFO, być może uszkadzając ją w jakiś sposób .
Ufolodzy amerykańscy i angielscy zgromadzili wiele innych relacji, tak że sprawa Rendlesham zaczyna wyglądać jak brytyjski Roswell, jak to określa Nick Pope. Jest jednak o tyle bardziej skomplikowana, że zarówno pierwszy, prymitywny opis pułkownika Halta, jak i pewne jej aspekty nadal pozostają niejasne.
Pierwsze wydarzenia miały miejsce w nocy z 25 na 26 grudnia. UFO powróciło dwie noce później i wtedy właśnie reprezentatywna ekipa pod dowództwem pułkownika Halta udała się na miejsce i nagrała operację na magnetofonie. Z dwóch godzin tego nagrania ujawniono 18 minut. Ta część świadczy o panującym w ekipie dużym napięciu. Ludzie zabrali z sobą reflektory, które jednak, podobnie jak pojazdy, nie zadziałały. W trzech aparatach radiowych wystąpiły zakłócenia. Na miejsce wydarzenia ekipa dotarła już pieszo i wówczas pułkownik Halt dostrzegł na ziemi obiekt. Jego wygląd zgadzał się z opisami innych świadków, w tym porucznika Jima Pennistona, jednego z uczestników trzyosobowego patrolu, który pierwszy zetknął się z tajemniczym obiektem. Podczas audycji telewizyjnej Strange but True ("Dziwne, ale prawdziwe"), w której wziął udział wraz z pułkownikiem Haltem w 1994 roku, opowiadał, z jakim trudem posuwali się naprzód, jak gdyby mieli przed sobą niewidzialną barierę:
Powietrze nasycone było elektrycznością. Odczuliśmy to na własnej skórze, zbliżając się do obiektu. Od spodu pojazdu wydobywało się bardzo intensywne białe światło w otoczce promieni na przemian czerwonych i błękitnych.
Powierzchnia obiektu sprawiała wrażenie uformowanej z ciemnego i gładkiego szklistego dymnego materiału. Patrol obserwował go przez blisko 20 minut, po czym pojazd zaczął się poruszać, omijając drzewa, i oddalił się z dużą prędkością . Inni świadkowie zauważyli żółtą mgłę unoszącą się na wysokości dwóch-trzech stóp (60-90 cm) nad ziemią. Bardzo kontrowersyjną część zdarzenia zrelacjonowali Larry Warren i Adrian Bustinz, lecz nie znalazła ona potwierdzenia w innych zeznaniach. Twierdzą oni mianowicie, że na miejsce zdarzenia przybył dowódca bazy, pułkownik Gordon Williams (Halt był jego zastępcą), i nawiązał kontakt z istotami znajdującymi się wewnątrz statku kosmicznego! Jedno jest pewne: bardzo zbliżone obserwacje doniosły o przebywaniu UFO na ziemi i przypadek ten dziś jeszcze stanowi tajemnicę wojskową...
Pogłoski i dezinformacja
Znaczna część zeznań zgromadzonych przez ufologów dotyczy supertajnych kontaktów, które rzekomo zostały nawiązane z kilkoma cywilizacjami pozaziemskimi. Wiele spośród tych rewelacji sprawia wrażenie mało prawdopodobnych. Inne natomiast, pochodzące chyba od tajnych służb, skłaniają do refleksji.
Czyżby władze polityczne i wojskowe miały do ukrycia coś więcej niż zwykłą obecność -już samą w sobie niepokojącą -zagadkowych UFO? Czy można w nieskończoność uprawiać politykę otaczania tajemnicą problemu nie zidentyfikowanych obiektów latających? Czy przypadkiem nie uczestniczymy od lat w powolnym procesie przygotowywania opinii publicznej na nieuniknione rewelacje? Oto poważne pytania, jakie nasuwają się w trakcie lektury tych przedziwnych zeznań.
Sprawa Rendlesham: spotkanie w pobliżu bazy nuklearnej
Oto niezwykle skomplikowany i niesamowity przypadek. Jego dokumentacja zawiera bardziej lub mniej wiarygodne relacje; całość wymaga jednak wnikliwej analizy, ponieważ sprawa ta może być brzemienna w skutki.
Zacznijmy od najbardziej "oficjalnego" zeznania pułkownika Charlesa Halta, w czasie omawianego zdarzenia podpułkownika. W 1983 roku grupie CAUS udało się zdobyć jego notatkę z dnia 13 stycznia198l roku. Zdarzenie miało miejsce w lesie Rendlesham graniczącym z bazami Royal Air Force (RAF -Królewskie Siły Powietrzne) Woodbridge (wykorzystywana przez Siły Powietrzne USA i Wielkiej Brytanii) i Bentwaters (RAF) w Suffolk w Wielkiej Brytanii.
Pułkownik Halt informuje w swojej notatce, że 27 grudnia 1980 roku około godziny 3.00 w nocy patrol w składzie dwóch żołnierzy amerykańskich dostrzegł nietypowe światła nie opodal bramy wejściowej Woodbridge. Patrolujący zwrócili się o zgodę na udanie się na miejsce, sądząc, że rozbił się samolot. Wyprawiło się tam pieszo trzech mężczyzn. j Zeznali, że zobaczyli w lesie dziwny błyszczący obiekt, który
opisali w sposób następujący: 1 (...) wyglądał na metalowy, miał kształt trójkąta, około dwóch-trzech metrów szerokości u podstawy i około dwóch metrów wysokości. Oświetlał białym światłem cały las. Wyposażony był w czerwone pulsujące światło na górze i cały szereg błękitnych świateł na dole. Pozostawał albo w zawieszeniu, albo opierał się na czymś w rodzaju nóg. Kiedy żołnierze zbliżyli się do niego, skrył się wśród drzew i zniknął. W tym momencie zwierzęta na pobliskiej farmie wpadły w popłoch. Niecałą godzinę później obiekt był jeszcze przez krótką chwilę widoczny w pobliżu bramy wejściowej.
Następnego dnia -informuje pułkownik Halt -w miejscu, w którym obiekt widziany był na ziemi, odkryto trzy wgłębienia. Miały siedem cali (27,8 cm) średnicy i półtora cala (4 cm) głębokości. Wykryto też ślady promieniowania Ibeta i gamma o natężeniu 0,1 milirentgena. Najsilniejsze wystąpiło we wgłębieniach po śladach i w środku trójkąta. Tej samej nocy, nieco później, widziano wśród drzew światło przypominające "czerwone słońce ". Poruszało się i pulsowało. W pewnej chwili zaczęło emitować błyszczące cząsteczki, rozpadło się na pięć białych obiektów i zniknęło. Wkrótce po tym dostrzeżono na niebie trzy obiekty podobne do gwiazd -dwa na północy, jeden na południu, wszystkie około dziesięciu stopni nad horyzontem. Pojazdy przesuwały się zygzakiem z dużą prędkością, wydzielając czerwone, zielone i błękitne światło. Od ośmiu do dwunastu obiektów obserwowanych przez lornetkę na północy miało kształt elipsy. Następnie zamieniły się w regularne koła. Były widoczne na niebie przez godzinę lub więcej. Obiekt na południu był widoczny przez dwie, trzy godziny i rzucał od czasu do czasu snop światła w dół.
Na zakończenie pułkownik Halt informuje, że świadkiem tych obserwacji było znaczne grono ludzi, w tym również on.
Co można sądzić o relacji pułkownika Halta? Uderzający jest kontrast między powagą dokumentu firmowanego przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych a zawartym w nim dość osobliwym opisem. Jak zareagowała prasa na ujawnienie tej sprawy? Brytyjski ekspert Timothy Good twierdzi, że w Wielkiej Brytanii, gdzie dotychczas prawie nic na ten temat nie przeniknęło do wiadomości publicznej, została ona opublikowana w goniącym za sensacjami piśmie "News of the World" i natychmiast obrócona w żart w bardzo poważnym "Daily Telegraph" piórem jego komentatora naukowego Adriana Berry'ego:
Wydarzyło się tylko tyle, że pewien pułkownik Sił Powietrznych w Woodbridge dojrzał nie wyjaśnione światło w pobliskim lesie. I to wszystko. Jego zabawną opowieść opublikowało jedno z pism, a dwa dni później miejscowy leśniczy dowiódł, że to dziwne światło okazało się obrotowym reflektorem odległej o 5 mil (8 km) latarni morskiej w Oxford Ness (l).
Nick Pope wrócił do tej sprawy w latach 1991-1993, kiedy pracował w Ministerstwie Lotnictwa. Stwierdził, że ustalony przez pułkownika Halta poziom napromieniowania przewyższa dziesięciokrotnie normalny poziom na angielskiej wsi . Dowodzi, że cała ta historia utrzymywana była w tajemnicy.
Rendlesham okrywa tajemnica. Personel bazy, na przykład porucznik Jim Penniston, zaobserwował w następnych dniach po wydarzeniach nietypową aktywność: odlatywały i przylatywały nie zapowiedziane samoloty. Pennistonowi polecono, aby milczał i zapomniał o tym, co widział. Nawet Halt o niczym nie wiedział. Zwierzchnicy polecili mu przekazać raport do Ministerstwa Obrony, co też zrobił. Moi poprzednicy nie zareagowali jednoznacznie, co Halt całkiem słusznie uznał za niezrozumiale.
W zakamarkach ministerstwa nie pozostał nawet ślad po raporcie Halta. Zdumiony i zbulwersowany jego autor po piętnastu latach wciąż jeszcze czeka na jakąś reakcję . Opinię Nicka Pope'a podziela jeden z jego poprzedników w Ministerstwie Lotnictwa, Ralph Noyes, a także lord Hill-Norton, były szef sztabu brytyjskiego Ministerstwa Obrony .
W 1994 roku, będąc już na emeryturze, Halt przyznał, że w swoim raporcie nie powiedział wszystkiego (w oczekiwaniu na pełny debriefing, który nigdy nie nastąpił) i z okazji konferencji w Leeds podał nowe informacje. Według niego, wkrótce po wydarzeniu wylądował w Bentwaters wojskowy samolot transportowy C-141 Starlifter z "grupą specjalną" na pokładzie. Grupa udała się natychmiast do strefy bramy! wschodniej. Nie wiadomo, czym się tam zajmowała i jakie były wyniki jej badań. Inny wojskowy, Larry Warren, , dowiedział się, że z Niemiec przybyła ekipa w celu sprawdzenia broni jądrowej. W Woodbridge i Bentwaters znajdowały się ważne magazyny broni nuklearnej, które wówczas stanowiły jeden z filarów obronnych NA TO (bazy te dziś już nie istnieją). Jak twierdzi wielu świadków, w bunkry z tą bronią uderzały snopy światła z UFO, być może uszkadzając ją w jakiś sposób .
Ufolodzy amerykańscy i angielscy zgromadzili wiele innych relacji, tak że sprawa Rendlesham zaczyna wyglądać jak brytyjski Roswell, jak to określa Nick Pope. Jest jednak o tyle bardziej skomplikowana, że zarówno pierwszy, prymitywny opis pułkownika Halta, jak i pewne jej aspekty nadal pozostają niejasne.
Pierwsze wydarzenia miały miejsce w nocy z 25 na 26 grudnia. UFO powróciło dwie noce później i wtedy właśnie reprezentatywna ekipa pod dowództwem pułkownika Halta udała się na miejsce i nagrała operację na magnetofonie. Z dwóch godzin tego nagrania ujawniono 18 minut. Ta część świadczy o panującym w ekipie dużym napięciu. Ludzie zabrali z sobą reflektory, które jednak, podobnie jak pojazdy, nie zadziałały. W trzech aparatach radiowych wystąpiły zakłócenia. Na miejsce wydarzenia ekipa dotarła już pieszo i wówczas pułkownik Halt dostrzegł na ziemi obiekt. Jego wygląd zgadzał się z opisami innych świadków, w tym porucznika Jima Pennistona, jednego z uczestników trzyosobowego patrolu, który pierwszy zetknął się z tajemniczym obiektem. Podczas audycji telewizyjnej Strange but True ("Dziwne, ale prawdziwe"), w której wziął udział wraz z pułkownikiem Haltem w 1994 roku, opowiadał, z jakim trudem posuwali się naprzód, jak gdyby mieli przed sobą niewidzialną barierę:
Powietrze nasycone było elektrycznością. Odczuliśmy to na własnej skórze, zbliżając się do obiektu. Od spodu pojazdu wydobywało się bardzo intensywne białe światło w otoczce promieni na przemian czerwonych i błękitnych.
Powierzchnia obiektu sprawiała wrażenie uformowanej z ciemnego i gładkiego szklistego dymnego materiału. Patrol obserwował go przez blisko 20 minut, po czym pojazd zaczął się poruszać, omijając drzewa, i oddalił się z dużą prędkością . Inni świadkowie zauważyli żółtą mgłę unoszącą się na wysokości dwóch-trzech stóp (60-90 cm) nad ziemią. Bardzo kontrowersyjną część zdarzenia zrelacjonowali Larry Warren i Adrian Bustinz, lecz nie znalazła ona potwierdzenia w innych zeznaniach. Twierdzą oni mianowicie, że na miejsce zdarzenia przybył dowódca bazy, pułkownik Gordon Williams (Halt był jego zastępcą), i nawiązał kontakt z istotami znajdującymi się wewnątrz statku kosmicznego! Jedno jest pewne: bardzo zbliżone obserwacje doniosły o przebywaniu UFO na ziemi i przypadek ten dziś jeszcze stanowi tajemnicę wojskową...
Niedoszłe lądowanie w bazie Edwards
Niedoszłe lądowanie w bazie Edwards
Jeśli chodzi o sprawy związane z UFO, to zarówno NASA, jak i NSA należą do najbardziej dyskretnych instytucji amerykańskich, a to pobudza wyobraźnię. Na temat obserwacji UFO przez astronautów w kosmosie lub na Księżycu krąży wiele pogłosek, ale sami zainteresowani je dementują. Czy oznacza to, że niczego nie widzieli? Niektórzy z nich przyznają, że widzieli UFO jeszcze przed swoją kamerą kosmiczną, kiedy byli pilotami samolotów. Należy do nich pułkownik Gordon Cooper, który znajdował się wśród siedmiu pierwszych, starannie wyselekcjonowanych kosmonautów. Znany ze swej nieco nonszalancko demonstrowanej odwagi Cooper uczestniczył w ostatnim locie pierwszej kapsuły orbitalnej Mercury w maju 1963 roku, która I wykonała 22 okrążenia Ziemi. Dziś, już na emeryturze, kieruje niewielką firmą lotniczą. Cooper zaczął wypowiadać się publicznie w 1978 roku podczas debaty zorganizowanej przez Organizację Narodów Zjednoczonych. W wywiadzie dla "UFO Magazine" opowiada o niedoszłym lądowaniu talerza w 1957 roku na terenie poligonu Edwards, na wyschniętym jeziorze Rogers na pustyni Mojave w Kalifornii, gdzie był wówczas szefem zespołu sprawdzającego wiele
prototypów. Owego dnia przebywała na tamtym terenie ekipa operatorów Sił Powietrznych z trzema kamerami w celu sfilmowania prób precyzyjnego lądowania. Cooper opowiada, że nagle do jego biura wpadli bardzo podekscytowani ludzie z wiadomością, iż operatorzy sfilmowali właśnie jakiś pojazd w kształcie talerza mającego podwozie wyposażone w trójnóg. Pojazd wylądował im niemal przed nosem, w odległości 50 m, wprost przed gotowymi do filmowania kamerami. Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce na lądowanie? Oto jeszcze jeden piękny przykład inscenizacji! Kiedy ekipa zbliżyła się, UFO wzbiło się w powietrze i umknęło z dużą prędkością. Zgodnie z regulaminem w sprawie obserwacji UFO Cooper połączył się z Kwaterą Główną Sił Powietrznych. Jakiś pułkownik poinformował go, że wydano już dowodzącemu bazą pułkownikowi dyspozycję dostarczenia filmu do Waszyngtonu natychmiast po wywołaniu. "Nie sporządzajcie żadnej kopii" -dodał. Cooper wykonał polecenie, jednak przed wysłaniem obejrzał oryginał filmu i opisuje to, co widział: "Był to typowy talerz wykonany z dwóch odwróconych soczewek (o..). Jego podwozie opierało się na trzech nogach. ('0') Ekipa sfilmowała obiekt na ziemi i w momencie startu. Jego powierzchnia sprawiała wrażenie metalowej. Był wystarczająco duży, żeby pomieścić załogę składającą się z istot normalnego wzrostu (full-sized)". Zdaniem Coopera nie był to z pewnością żaden tajny prototyp, a ma on podstawy, żeby wypowiadać się na ten temat. Operatorzy byli niewątpliwie profesjonalistami. Zdumiewające, że Cooper nie otrzymał rozkazu zachowania milczenia w tej sprawie.
Cooper sporządził również raport dla komisji "Błękitna Księga ", ale nie doczekał się żadnej reakcji z jej strony. Jeden z najbardziej zagorzałych sceptyków amerykańskich, negujący wszelkie relacje na temat UFO, James Oberg, robił wszystko, aby podać w wątpliwość relacje Coopera. Twierdził, że są one "pośrednie, przestarzałe o kilka dziesiątków lat i niesłychanie niespójne". Oberg zapewnia, że zapoznał się z dokumentacją komisji "Błękitna Księga". W dokumentacji wspomina się tylko o jednym lecącym UFO. Ponieważ materiały te są obecnie dostępne na mikrofilmach, informacja została sprawdzona przez "Ufo Magazine". Na liście przypadków udało się znaleźć zaledwie jedną ogólnikową wzmiankę popartą kilkoma niewyraźnymi zdjęciami lecącego UFO. Jednak wszyscy, którzy zapoznawali się z dokumentacją komisji "Błękitna Księga", poczynając od Hyneka, stwierdzali brak w niej "najbardziej gorących" przypadków. Przypomnijmy sobie notatkę generała Bolendera z 1969 roku, zalecającą personelowi wojskowemu dalsze meldowanie o takich przypadkach, ale poza obiegiem "Błękitnej Księgi". Oczywiście Oberg nie mógł o tym nie wiedzieć; i jak tu nie doszukiwać się złych intencji? Idzie on jeszcze dalej i twierdzi, że spotkał się z osobą odpowiedzialną za komisję oraz z operatorami, odmawia jednak podania ich nazwisk .
W kontekście materiałów, które zniknęły z dokumentacji "Błękitnej Księgi", doradca naukowy komisji, Hynek, informuje o analogicznym przypadku. Donald Slayton, inny kosmonauta z pierwszej załogi statku orbitalnego Mercury, również jest niebagatelnym świadkiem. Przez kilka lat kierował zespołem kosmonautów w NASA, prowadził statek Apollo na pierwsze spotkanie z radzieckim Sojuzem w kosmosie, odpowiadał za próby lądowania promu kosmicznego w bazie Edwards, co było zadaniem szczególnie poważnym. Hynek zadaje pytanie, dlaczego "znaczna część naprawdę niepokojących obserwacji UFO dokonanych i przez osoby odpowiedzialne, zarówno cywilne, jak i wojskowe (obserwacji, o których dowiedział się z innych źródeł), nie figuruje w dokumentach «Błękitnej Księgi»?". Jako przykład przytacza przypadek Slaytona:
Raport o UFO sporządzony przez kosmonautę Slaytona, kiedy był jeszcze pilotem doświadczalnym, nie figuruje w dokumentach "Błękitnej Księgi", a tymczasem w osobistym liście potwierdził mi on zarówno samo zdarzenie, jak również fakt napisania raportu i przekazania go kanałami oficjalnymi.
W zamieszczonym w książce Hyneka liście Slayton pisze o tym, jak w czasie lotu zbliżył się do obiektu w kształcie dysku, który znalazł się 150 m pod jego samolotem, i jak obiekt ten przyśpieszył i wzniósł się po krzywej, omijając go ! z lewej strony .
Fakt, że takie relacje budzą wątpliwości sceptyków, skłaniać nas będzie do podejrzewania czegoś gorszego, kiedy przejdziemy do bardziej szokujących tematów, jak na przykład relacje o katastrofach UFO czy tajnych kontaktach z tajemniczymi ufonautami. Tym bardziej że nasilają się nie kontrolowane pogłoski, których znaczna część sprawia wrażenie dezinformacji. Klasyczna metoda to rozpowszechnianie nieprawdopodobnych historii po to, żeby "upupić" autentyczne. Jeden z ufologów rozpowszechniających takie fałszywe pogłoski, William Moore, przyznał zresztą publicznie, że robił to dla służb wywiadowczych Sił Powietrznych w celu ośmieszenia prowadzonych w tej dziedzinie badań. Wreszcie jesteśmy w domu!
Katastrofy UFO: żarty i przypadki wątpliwe
Wróćmy do książki dziennikarza amerykańskiego Franka Scully'ego Behind the F/ying Saucers. "Ujawnił" on w 1950 roku przejęcie przez armię amerykańską tylko na terenie Stanów Zjednoczonych co najmniej czterech latających talerzy. Dwa lata później tygodnik "True" podał do wiadomości, że informatorzy Scully'ego byli oszustami. "Sprawa Scully'ego" stała się wstydliwym tematem, o którym żaden ufolog nie chciał więcej słyszeć. Ale jeśli przyjąć, że została ona zainscenizowana w tym właśnie celu, to trzeba przyznać, iż zakończyła się pełnym sukcesem. Jak już wiemy, taka sama wątpliwość dotyczy rzekomych zwłok z Roswell. Przypomnijmy sobie jednak wypowiedź profesora Sarbachera, który w rozmowie z kanadyjskim inżynierem Wilbertern Smithem stwierdził, że książka Scully'ego, jest jak najbardziej wiarygodna (patrz rozdział 3 str. 57). W tej niejasnej materii niełatwo o prawdę!
Trzeba było czekać do końca lat siedemdziesiątych, żeby ufolodzy zaczęli na nowo poważnie traktować tę problematykę, mimo że kilka interesujących relacji pojawiło się już w latach sześćdziesiątych. Ale jak twierdzi najlepszy badacz sprawy Roswell, Kevin Randle, wszystkie te historie same strzegą swej tajemnicy, gdyż większość świadków woli milczeć, a gdy już mówią, chcą zachować anonimowość (Roswell jest wyjątkiem). Dotyczy to wielu relacji, które zebrał i opublikował sukcesywnie Leonard Stringfield na temat crashesJretrievals, czyli katastrof, po których znaleziono szczątki UFO i zwłoki.
Podane przez Scully'ego dwa najbardziej znane fałszywe przypadki katastrof to wypadek w Paradise Valley w Kalifornii (październik 1947 roku) i w Aztec w N owym Meksyku (1948 rok). Ten ostatni jest wymieniony w osławionym dokumencie wątpliwego pochodzenia Majestic 12, który ukazał się w latach osiemdziesiątych i w którym dokłada się wielkich starań, żeby zbagatelizować dochodzenia dotyczące szeregu tajnych materiałów. Mówi się w nim o przypadkach nie opartych na poważnych dowodach lub też stanowiących jawne oszustwo, jak na przykład Spitzbergen (1952), wyspa Heligoland na północnym wybrzeżu Niemiec (1952), góra Sołowaja w ZSRR (1983) czy pustynia Kalahari (1989). Znani ufolodzy zadali sobie trud zweryfikowania tych przypadków. Chodzi konkretnie o Jerome'a CIarka z CUFOS, autora znakomitej encyklopedii UFO w trzech tomach (The UFO Encyklopedia), i Kevina Randle'a, autora A History oj UFO Crashes ("Historia katastrof UFO"). Są to dwa bardzo miarodajne źródła w dziedzinie, gdzie na każdym kroku czyhają zasadzki .
Zatrzymajmy się też przez chwilę nad przypadkiem w Laredo w Teksasie (lipiec 1948 rok). Krążyło wtedy zdjęcie martwej istoty pozaziemskiej nazwanej "człowieko-pomidorem" z powodu jej ogromnej i okrągłej głowy. Niestety, na zdjęciu można było dostrzec okulary. W rzeczywistości chodziło o lotnika spalonego podczas awarii samolotu. Przypadek w Del Rio również zdarzył się w rejonie Laredo, lecz w grudniu 1950 roku. Nie było to wyraźne oszustwo, ale relacje nie wydają się na tyle wystarczające, by go w pełni uwiarygodnić.
Warto, być może, porównać to z innym przypadkiem opisanym w kontrowersyjnym dokumencie Majestic 12. Zdarzył się on rzekomo 6 grudnia 1950 roku, w tym samym miesiącu co w Del Rio, ale w odległości około 100 mil na południe, obok wiosek El Indio w Teksasie i Guerrero w Meksyku. Zbyt dużo tych przypadków w tym samym niemal czasie i miejscu. Eksperci z MUFON, Dennis Stacy i Tom Deuley (były funkcjonariusz NSA!), odwiedzili ten region kilkakrotnie, nie znajdując najmniej szych śladów katastrofy. Zresztą cała sprawa jest podejrzana choćby dlatego, że figuruje w tym kontrowersyjnym dokumencie, o którym będziemy jeszcze mówić .
Bardziej wiarygodne przypadki katastrof
Zdarzenie, które miało jakoby miejsce w 1953 roku w Kingman w stanie Arizona, wygląda na bardziej prawdopodobne. Ufolog Raymond Fowler rozpoczął dochodzenie w tej sprawie w 1973 roku, a w roku 1976 podał do wiadomości zebrane przez siebie materiały .Głównym świadkiem był Fritz Werner (pseudonim), kompetentny inżynier cieszący się dobrą opinią w swoim środowisku. Jego relacja zmieniała się jednak w kilku kolejnych zeznaniach. Przyznał się nawet, że zdarzało mu się fantazjować pod wpływem alkoholu. Czy należy więc odrzucić jego świadectwo? Nie, ponieważ częściowo potwierdzają je inni świadkowie.
W rozmowie z Fowlerem Werner opowiada, że zawieziono go wraz z kilkoma innymi osobami na pustynię Arizona, w pobliże miasta Phoenix. Okna w autobusie były zasłonięte, aby pasażerowie nie mogli dokładnie zorientować się, gdzie się znajdują. Po przybyciu na miejsce jakiś oficer sprawdził listę obecności. W opinii Randle'a, byłego oficera wywiadu, jest to mało prawdopodobne, ponieważ uchybia podstawowym normom bezpieczeństwa. Zadanie polegało na zbadaniu na miejscu uszkodzonego UFO w kształcie "dwóch zlepionych talerzy". Średnica talerza wynosiła około 10 m (30 stóp) i był on opasany ciemną wstęgą. Powierzchnia była wyblakła, podobna do skorodowanego aluminium. Werner przypuszcza, że obiekt mógł ważyć około pięciu ton. Chodziło o określenie prędkości pojazdu i siły uderzenia, które, sądząc po głębokości wyrwy w piasku, musiało być bardzo potężne. Werner dostrzegł również zwłoki humanoida pod namiotem strzeżonym przez żandarmerię wojskową. Jego wzrost wynosił około 120 cm (4 stopy). Był w srebrzystym stroju. Odsłonięta twarz miała kolor ciemnobrązowy, co mogło być skutkiem wypadku. Po powrocie do autobusu wszyscy musieli złożyć przysięgę, że dochowają tajemnicy.
Leonard Stringfield spotkał się z inną relacją, która częściowo pokrywa się z zeznaniami Wernera. Pewien "major Daly" (pseudonim) opowiedział badaczowi z Cincinnati, Charlesowi Wilhelmowi, że w kwietniu 1953 roku jego ojciec został wywieziony na pustynię w celu dokonania oględzin rozbitego latającego talerza. Relacja jest dość zbieżna z wersją Wernera, ale jest relacją z drugiej ręki, a więc nie do sprawdzenia. Inne pośrednie informacje pochodzą z bazy Wright-Patterson. Kobieta pracująca w sekcji spadochronów słyszała, jak pewien sierżant opowiadał w biurze, że właśnie brał udział w przejęciu rozbitego UFO. Nie przypomina ona sobie dokładnej daty, ale nie mogło chodzić o Roswell, ponieważ w bazie była zatrudniona dopiero od 1950 roku. Po godzinie w ich biurze zjawił się dowódca bazy, pułkownik Pratt Brown (późniejszy generał), informując, że opowiedziana przez sierżanta historia była zmyślona. Polecił wszystkim pracownikom podpisać dokument, który zabraniał im mówić na ten temat pod groźbą kary 20000 dolarów lub 20 lat więzienia.
Inny przypadek katastrofy UFO, mimo jego dziwnych okoliczności, uważany jest przez Kevina Randle'a za autentyczny, ponieważ znajduje potwierdzenie w zeznaniach licznych świadków. Chodzi o wydarzenie, które miało miejsce w Las Vegas 18 kwietnia 1962 roku. Jerome Clark również uważa ten przypadek za wiarygodny: "Jest to ponad wszelką wątpliwość zdarzenie prawdziwe. Liczni świadkowie, a potwierdziła to także kontrola radarowa, zeznali, że widzieli przelot niezwykłego obiektu latającego". Komisja "Błękitna Księga" w swej oficjalnej wersji twierdzi, iż był to bolid, ale Clark uważa, że pewne aspekty sprawy obalają tę koncepcję. Wszystko zaczęło się od tego, że nad Oneidą w stanie Nowy Jork zaobserwowano lecący na zachód błyszczący czerwony obiekt. Pierwsi świadkowie widzieli go zaledwie przez kilka sekund, co pozwoliłoby przyjąć hipotezę o meteorze. Jednak w czasie lotu nad środkowymi i południowo-zachodnimi stanami USA obiekt był obserwowany za pomocą radaru. Dowództwo Sił Powietrznych powiadomiło bazy znajdujące się na trasie jego przelotu. Co najmniej jedna z nich, a mianowicie baza w Luke w pobliżu Phoenix, wysłała w pogoń myśliwiec. Kiedy obiekt -czy możemy nazwać go UFO? -przelatywał nad Nephi w stanie Utah, świadkowie słyszeli huk silników myśliwców, które wyruszyły za nim w pościg. W Eurece w stanie Utah świadkowie widzieli, jak obiekt ląduje -i niech mi będzie wolno nazwać go już teraz UFO! Jeden ze świadków opisuje go jako błyszczący pomarańczowy owal emitujący głuchy warkot. W tym momencie nastąpiła awaria w pobliskiej elektrowni. UFO wystartowało w kierunku Nevady i zniknęło z ekranów radarów na wschód od tego stanu. Jak podaje "Las Vegas Sun" z 19 kwietnia, świadkowie opowiadali, że obiekt podobny do "przerażającego miecza ognistego" -opis godny średniowiecznych wyobrażeń -zniknął po eksplozji na trasie do Mesquite w Nevadzie. Dokumenty "Błękitnej Księgi" potwierdzają zapis radarowy wykonany przez bazę w Nellis na północ od Las Vegas, w którym odnotowano zmianę prędkości (speed of object varied) -szczegół sam w sobie wystarczający, aby wykluczyć hipotezę o meteorze. Co więcej, rzecznik bazy tłumaczy, że w przypadku meteoru radar zarejestrowałby jedynie pozostawiony w atmosferze obszar jonizacji, a nie określony punkt, jak miało to miejsce w tym przypadku. Pilot Sił Powietrznych, kapitan Shields, wykonujący w Utah nocny lot na pokładzie C-119 (dwusilnikowy samolot transportowy) na wysokości 8500 stóp (2800 m) przy prędkości blisko 300 km/godz., widział, jak jego kabinę stopniowo wypełnia od góry światło. Jego natężenie było tak wielkie, że oświetlało ziemię w promieniu 15 km, a następnie dość gwałtownie się zmniejszało. W tym momencie pilot dostrzegł UFO w kształcie wydłużonego błyszczącego obiektu. Tylna jego część była intensywnie biała, podobna do światła spalanego magnezu, przednia zaś wyraźnie żółta. Nie możemy przytoczyć wszystkich zamieszczonych w książkach CIarka i Randle'a relacji świadków . W sumie UFO to było widziane przez 32 minuty nad trzema czwartymi terytorium Stanów Zjednoczonych, zdecydowanie zbyt długo jak na meteor!
Zestawienie zeznań świadczy o tym, że UFO zmieniało kierunek lotu. Cywilny samolot transportowy lecący na wysokości 12000 stóp (3700 m) widział go nad sobą. Szeryf hrabstwa Clark w Nevadzie odebrał wiele telefonów i podjął poszukiwania w terenie, które nie przyniosły jednak rezultatów. Wszystko to skłania Randle'a do takiego oto podsumowania tego niezwykłego przypadku:
18 kwietnia 1962 roku w nocy wydarzyło się coś niespotykanego. Siły Powietrzne podają serię wyjaśnień, które w obliczu faktów nie mają sensu. Ale świadkowie znają prawdę. Widzieli coś, co przybyło z kosmosu, i to coś to nie był meteor. Był to pojazd z innego świata .
Jeśli chodzi o sprawy związane z UFO, to zarówno NASA, jak i NSA należą do najbardziej dyskretnych instytucji amerykańskich, a to pobudza wyobraźnię. Na temat obserwacji UFO przez astronautów w kosmosie lub na Księżycu krąży wiele pogłosek, ale sami zainteresowani je dementują. Czy oznacza to, że niczego nie widzieli? Niektórzy z nich przyznają, że widzieli UFO jeszcze przed swoją kamerą kosmiczną, kiedy byli pilotami samolotów. Należy do nich pułkownik Gordon Cooper, który znajdował się wśród siedmiu pierwszych, starannie wyselekcjonowanych kosmonautów. Znany ze swej nieco nonszalancko demonstrowanej odwagi Cooper uczestniczył w ostatnim locie pierwszej kapsuły orbitalnej Mercury w maju 1963 roku, która I wykonała 22 okrążenia Ziemi. Dziś, już na emeryturze, kieruje niewielką firmą lotniczą. Cooper zaczął wypowiadać się publicznie w 1978 roku podczas debaty zorganizowanej przez Organizację Narodów Zjednoczonych. W wywiadzie dla "UFO Magazine" opowiada o niedoszłym lądowaniu talerza w 1957 roku na terenie poligonu Edwards, na wyschniętym jeziorze Rogers na pustyni Mojave w Kalifornii, gdzie był wówczas szefem zespołu sprawdzającego wiele
prototypów. Owego dnia przebywała na tamtym terenie ekipa operatorów Sił Powietrznych z trzema kamerami w celu sfilmowania prób precyzyjnego lądowania. Cooper opowiada, że nagle do jego biura wpadli bardzo podekscytowani ludzie z wiadomością, iż operatorzy sfilmowali właśnie jakiś pojazd w kształcie talerza mającego podwozie wyposażone w trójnóg. Pojazd wylądował im niemal przed nosem, w odległości 50 m, wprost przed gotowymi do filmowania kamerami. Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce na lądowanie? Oto jeszcze jeden piękny przykład inscenizacji! Kiedy ekipa zbliżyła się, UFO wzbiło się w powietrze i umknęło z dużą prędkością. Zgodnie z regulaminem w sprawie obserwacji UFO Cooper połączył się z Kwaterą Główną Sił Powietrznych. Jakiś pułkownik poinformował go, że wydano już dowodzącemu bazą pułkownikowi dyspozycję dostarczenia filmu do Waszyngtonu natychmiast po wywołaniu. "Nie sporządzajcie żadnej kopii" -dodał. Cooper wykonał polecenie, jednak przed wysłaniem obejrzał oryginał filmu i opisuje to, co widział: "Był to typowy talerz wykonany z dwóch odwróconych soczewek (o..). Jego podwozie opierało się na trzech nogach. ('0') Ekipa sfilmowała obiekt na ziemi i w momencie startu. Jego powierzchnia sprawiała wrażenie metalowej. Był wystarczająco duży, żeby pomieścić załogę składającą się z istot normalnego wzrostu (full-sized)". Zdaniem Coopera nie był to z pewnością żaden tajny prototyp, a ma on podstawy, żeby wypowiadać się na ten temat. Operatorzy byli niewątpliwie profesjonalistami. Zdumiewające, że Cooper nie otrzymał rozkazu zachowania milczenia w tej sprawie.
Cooper sporządził również raport dla komisji "Błękitna Księga ", ale nie doczekał się żadnej reakcji z jej strony. Jeden z najbardziej zagorzałych sceptyków amerykańskich, negujący wszelkie relacje na temat UFO, James Oberg, robił wszystko, aby podać w wątpliwość relacje Coopera. Twierdził, że są one "pośrednie, przestarzałe o kilka dziesiątków lat i niesłychanie niespójne". Oberg zapewnia, że zapoznał się z dokumentacją komisji "Błękitna Księga". W dokumentacji wspomina się tylko o jednym lecącym UFO. Ponieważ materiały te są obecnie dostępne na mikrofilmach, informacja została sprawdzona przez "Ufo Magazine". Na liście przypadków udało się znaleźć zaledwie jedną ogólnikową wzmiankę popartą kilkoma niewyraźnymi zdjęciami lecącego UFO. Jednak wszyscy, którzy zapoznawali się z dokumentacją komisji "Błękitna Księga", poczynając od Hyneka, stwierdzali brak w niej "najbardziej gorących" przypadków. Przypomnijmy sobie notatkę generała Bolendera z 1969 roku, zalecającą personelowi wojskowemu dalsze meldowanie o takich przypadkach, ale poza obiegiem "Błękitnej Księgi". Oczywiście Oberg nie mógł o tym nie wiedzieć; i jak tu nie doszukiwać się złych intencji? Idzie on jeszcze dalej i twierdzi, że spotkał się z osobą odpowiedzialną za komisję oraz z operatorami, odmawia jednak podania ich nazwisk .
W kontekście materiałów, które zniknęły z dokumentacji "Błękitnej Księgi", doradca naukowy komisji, Hynek, informuje o analogicznym przypadku. Donald Slayton, inny kosmonauta z pierwszej załogi statku orbitalnego Mercury, również jest niebagatelnym świadkiem. Przez kilka lat kierował zespołem kosmonautów w NASA, prowadził statek Apollo na pierwsze spotkanie z radzieckim Sojuzem w kosmosie, odpowiadał za próby lądowania promu kosmicznego w bazie Edwards, co było zadaniem szczególnie poważnym. Hynek zadaje pytanie, dlaczego "znaczna część naprawdę niepokojących obserwacji UFO dokonanych i przez osoby odpowiedzialne, zarówno cywilne, jak i wojskowe (obserwacji, o których dowiedział się z innych źródeł), nie figuruje w dokumentach «Błękitnej Księgi»?". Jako przykład przytacza przypadek Slaytona:
Raport o UFO sporządzony przez kosmonautę Slaytona, kiedy był jeszcze pilotem doświadczalnym, nie figuruje w dokumentach "Błękitnej Księgi", a tymczasem w osobistym liście potwierdził mi on zarówno samo zdarzenie, jak również fakt napisania raportu i przekazania go kanałami oficjalnymi.
W zamieszczonym w książce Hyneka liście Slayton pisze o tym, jak w czasie lotu zbliżył się do obiektu w kształcie dysku, który znalazł się 150 m pod jego samolotem, i jak obiekt ten przyśpieszył i wzniósł się po krzywej, omijając go ! z lewej strony .
Fakt, że takie relacje budzą wątpliwości sceptyków, skłaniać nas będzie do podejrzewania czegoś gorszego, kiedy przejdziemy do bardziej szokujących tematów, jak na przykład relacje o katastrofach UFO czy tajnych kontaktach z tajemniczymi ufonautami. Tym bardziej że nasilają się nie kontrolowane pogłoski, których znaczna część sprawia wrażenie dezinformacji. Klasyczna metoda to rozpowszechnianie nieprawdopodobnych historii po to, żeby "upupić" autentyczne. Jeden z ufologów rozpowszechniających takie fałszywe pogłoski, William Moore, przyznał zresztą publicznie, że robił to dla służb wywiadowczych Sił Powietrznych w celu ośmieszenia prowadzonych w tej dziedzinie badań. Wreszcie jesteśmy w domu!
Katastrofy UFO: żarty i przypadki wątpliwe
Wróćmy do książki dziennikarza amerykańskiego Franka Scully'ego Behind the F/ying Saucers. "Ujawnił" on w 1950 roku przejęcie przez armię amerykańską tylko na terenie Stanów Zjednoczonych co najmniej czterech latających talerzy. Dwa lata później tygodnik "True" podał do wiadomości, że informatorzy Scully'ego byli oszustami. "Sprawa Scully'ego" stała się wstydliwym tematem, o którym żaden ufolog nie chciał więcej słyszeć. Ale jeśli przyjąć, że została ona zainscenizowana w tym właśnie celu, to trzeba przyznać, iż zakończyła się pełnym sukcesem. Jak już wiemy, taka sama wątpliwość dotyczy rzekomych zwłok z Roswell. Przypomnijmy sobie jednak wypowiedź profesora Sarbachera, który w rozmowie z kanadyjskim inżynierem Wilbertern Smithem stwierdził, że książka Scully'ego, jest jak najbardziej wiarygodna (patrz rozdział 3 str. 57). W tej niejasnej materii niełatwo o prawdę!
Trzeba było czekać do końca lat siedemdziesiątych, żeby ufolodzy zaczęli na nowo poważnie traktować tę problematykę, mimo że kilka interesujących relacji pojawiło się już w latach sześćdziesiątych. Ale jak twierdzi najlepszy badacz sprawy Roswell, Kevin Randle, wszystkie te historie same strzegą swej tajemnicy, gdyż większość świadków woli milczeć, a gdy już mówią, chcą zachować anonimowość (Roswell jest wyjątkiem). Dotyczy to wielu relacji, które zebrał i opublikował sukcesywnie Leonard Stringfield na temat crashesJretrievals, czyli katastrof, po których znaleziono szczątki UFO i zwłoki.
Podane przez Scully'ego dwa najbardziej znane fałszywe przypadki katastrof to wypadek w Paradise Valley w Kalifornii (październik 1947 roku) i w Aztec w N owym Meksyku (1948 rok). Ten ostatni jest wymieniony w osławionym dokumencie wątpliwego pochodzenia Majestic 12, który ukazał się w latach osiemdziesiątych i w którym dokłada się wielkich starań, żeby zbagatelizować dochodzenia dotyczące szeregu tajnych materiałów. Mówi się w nim o przypadkach nie opartych na poważnych dowodach lub też stanowiących jawne oszustwo, jak na przykład Spitzbergen (1952), wyspa Heligoland na północnym wybrzeżu Niemiec (1952), góra Sołowaja w ZSRR (1983) czy pustynia Kalahari (1989). Znani ufolodzy zadali sobie trud zweryfikowania tych przypadków. Chodzi konkretnie o Jerome'a CIarka z CUFOS, autora znakomitej encyklopedii UFO w trzech tomach (The UFO Encyklopedia), i Kevina Randle'a, autora A History oj UFO Crashes ("Historia katastrof UFO"). Są to dwa bardzo miarodajne źródła w dziedzinie, gdzie na każdym kroku czyhają zasadzki .
Zatrzymajmy się też przez chwilę nad przypadkiem w Laredo w Teksasie (lipiec 1948 rok). Krążyło wtedy zdjęcie martwej istoty pozaziemskiej nazwanej "człowieko-pomidorem" z powodu jej ogromnej i okrągłej głowy. Niestety, na zdjęciu można było dostrzec okulary. W rzeczywistości chodziło o lotnika spalonego podczas awarii samolotu. Przypadek w Del Rio również zdarzył się w rejonie Laredo, lecz w grudniu 1950 roku. Nie było to wyraźne oszustwo, ale relacje nie wydają się na tyle wystarczające, by go w pełni uwiarygodnić.
Warto, być może, porównać to z innym przypadkiem opisanym w kontrowersyjnym dokumencie Majestic 12. Zdarzył się on rzekomo 6 grudnia 1950 roku, w tym samym miesiącu co w Del Rio, ale w odległości około 100 mil na południe, obok wiosek El Indio w Teksasie i Guerrero w Meksyku. Zbyt dużo tych przypadków w tym samym niemal czasie i miejscu. Eksperci z MUFON, Dennis Stacy i Tom Deuley (były funkcjonariusz NSA!), odwiedzili ten region kilkakrotnie, nie znajdując najmniej szych śladów katastrofy. Zresztą cała sprawa jest podejrzana choćby dlatego, że figuruje w tym kontrowersyjnym dokumencie, o którym będziemy jeszcze mówić .
Bardziej wiarygodne przypadki katastrof
Zdarzenie, które miało jakoby miejsce w 1953 roku w Kingman w stanie Arizona, wygląda na bardziej prawdopodobne. Ufolog Raymond Fowler rozpoczął dochodzenie w tej sprawie w 1973 roku, a w roku 1976 podał do wiadomości zebrane przez siebie materiały .Głównym świadkiem był Fritz Werner (pseudonim), kompetentny inżynier cieszący się dobrą opinią w swoim środowisku. Jego relacja zmieniała się jednak w kilku kolejnych zeznaniach. Przyznał się nawet, że zdarzało mu się fantazjować pod wpływem alkoholu. Czy należy więc odrzucić jego świadectwo? Nie, ponieważ częściowo potwierdzają je inni świadkowie.
W rozmowie z Fowlerem Werner opowiada, że zawieziono go wraz z kilkoma innymi osobami na pustynię Arizona, w pobliże miasta Phoenix. Okna w autobusie były zasłonięte, aby pasażerowie nie mogli dokładnie zorientować się, gdzie się znajdują. Po przybyciu na miejsce jakiś oficer sprawdził listę obecności. W opinii Randle'a, byłego oficera wywiadu, jest to mało prawdopodobne, ponieważ uchybia podstawowym normom bezpieczeństwa. Zadanie polegało na zbadaniu na miejscu uszkodzonego UFO w kształcie "dwóch zlepionych talerzy". Średnica talerza wynosiła około 10 m (30 stóp) i był on opasany ciemną wstęgą. Powierzchnia była wyblakła, podobna do skorodowanego aluminium. Werner przypuszcza, że obiekt mógł ważyć około pięciu ton. Chodziło o określenie prędkości pojazdu i siły uderzenia, które, sądząc po głębokości wyrwy w piasku, musiało być bardzo potężne. Werner dostrzegł również zwłoki humanoida pod namiotem strzeżonym przez żandarmerię wojskową. Jego wzrost wynosił około 120 cm (4 stopy). Był w srebrzystym stroju. Odsłonięta twarz miała kolor ciemnobrązowy, co mogło być skutkiem wypadku. Po powrocie do autobusu wszyscy musieli złożyć przysięgę, że dochowają tajemnicy.
Leonard Stringfield spotkał się z inną relacją, która częściowo pokrywa się z zeznaniami Wernera. Pewien "major Daly" (pseudonim) opowiedział badaczowi z Cincinnati, Charlesowi Wilhelmowi, że w kwietniu 1953 roku jego ojciec został wywieziony na pustynię w celu dokonania oględzin rozbitego latającego talerza. Relacja jest dość zbieżna z wersją Wernera, ale jest relacją z drugiej ręki, a więc nie do sprawdzenia. Inne pośrednie informacje pochodzą z bazy Wright-Patterson. Kobieta pracująca w sekcji spadochronów słyszała, jak pewien sierżant opowiadał w biurze, że właśnie brał udział w przejęciu rozbitego UFO. Nie przypomina ona sobie dokładnej daty, ale nie mogło chodzić o Roswell, ponieważ w bazie była zatrudniona dopiero od 1950 roku. Po godzinie w ich biurze zjawił się dowódca bazy, pułkownik Pratt Brown (późniejszy generał), informując, że opowiedziana przez sierżanta historia była zmyślona. Polecił wszystkim pracownikom podpisać dokument, który zabraniał im mówić na ten temat pod groźbą kary 20000 dolarów lub 20 lat więzienia.
Inny przypadek katastrofy UFO, mimo jego dziwnych okoliczności, uważany jest przez Kevina Randle'a za autentyczny, ponieważ znajduje potwierdzenie w zeznaniach licznych świadków. Chodzi o wydarzenie, które miało miejsce w Las Vegas 18 kwietnia 1962 roku. Jerome Clark również uważa ten przypadek za wiarygodny: "Jest to ponad wszelką wątpliwość zdarzenie prawdziwe. Liczni świadkowie, a potwierdziła to także kontrola radarowa, zeznali, że widzieli przelot niezwykłego obiektu latającego". Komisja "Błękitna Księga" w swej oficjalnej wersji twierdzi, iż był to bolid, ale Clark uważa, że pewne aspekty sprawy obalają tę koncepcję. Wszystko zaczęło się od tego, że nad Oneidą w stanie Nowy Jork zaobserwowano lecący na zachód błyszczący czerwony obiekt. Pierwsi świadkowie widzieli go zaledwie przez kilka sekund, co pozwoliłoby przyjąć hipotezę o meteorze. Jednak w czasie lotu nad środkowymi i południowo-zachodnimi stanami USA obiekt był obserwowany za pomocą radaru. Dowództwo Sił Powietrznych powiadomiło bazy znajdujące się na trasie jego przelotu. Co najmniej jedna z nich, a mianowicie baza w Luke w pobliżu Phoenix, wysłała w pogoń myśliwiec. Kiedy obiekt -czy możemy nazwać go UFO? -przelatywał nad Nephi w stanie Utah, świadkowie słyszeli huk silników myśliwców, które wyruszyły za nim w pościg. W Eurece w stanie Utah świadkowie widzieli, jak obiekt ląduje -i niech mi będzie wolno nazwać go już teraz UFO! Jeden ze świadków opisuje go jako błyszczący pomarańczowy owal emitujący głuchy warkot. W tym momencie nastąpiła awaria w pobliskiej elektrowni. UFO wystartowało w kierunku Nevady i zniknęło z ekranów radarów na wschód od tego stanu. Jak podaje "Las Vegas Sun" z 19 kwietnia, świadkowie opowiadali, że obiekt podobny do "przerażającego miecza ognistego" -opis godny średniowiecznych wyobrażeń -zniknął po eksplozji na trasie do Mesquite w Nevadzie. Dokumenty "Błękitnej Księgi" potwierdzają zapis radarowy wykonany przez bazę w Nellis na północ od Las Vegas, w którym odnotowano zmianę prędkości (speed of object varied) -szczegół sam w sobie wystarczający, aby wykluczyć hipotezę o meteorze. Co więcej, rzecznik bazy tłumaczy, że w przypadku meteoru radar zarejestrowałby jedynie pozostawiony w atmosferze obszar jonizacji, a nie określony punkt, jak miało to miejsce w tym przypadku. Pilot Sił Powietrznych, kapitan Shields, wykonujący w Utah nocny lot na pokładzie C-119 (dwusilnikowy samolot transportowy) na wysokości 8500 stóp (2800 m) przy prędkości blisko 300 km/godz., widział, jak jego kabinę stopniowo wypełnia od góry światło. Jego natężenie było tak wielkie, że oświetlało ziemię w promieniu 15 km, a następnie dość gwałtownie się zmniejszało. W tym momencie pilot dostrzegł UFO w kształcie wydłużonego błyszczącego obiektu. Tylna jego część była intensywnie biała, podobna do światła spalanego magnezu, przednia zaś wyraźnie żółta. Nie możemy przytoczyć wszystkich zamieszczonych w książkach CIarka i Randle'a relacji świadków . W sumie UFO to było widziane przez 32 minuty nad trzema czwartymi terytorium Stanów Zjednoczonych, zdecydowanie zbyt długo jak na meteor!
Zestawienie zeznań świadczy o tym, że UFO zmieniało kierunek lotu. Cywilny samolot transportowy lecący na wysokości 12000 stóp (3700 m) widział go nad sobą. Szeryf hrabstwa Clark w Nevadzie odebrał wiele telefonów i podjął poszukiwania w terenie, które nie przyniosły jednak rezultatów. Wszystko to skłania Randle'a do takiego oto podsumowania tego niezwykłego przypadku:
18 kwietnia 1962 roku w nocy wydarzyło się coś niespotykanego. Siły Powietrzne podają serię wyjaśnień, które w obliczu faktów nie mają sensu. Ale świadkowie znają prawdę. Widzieli coś, co przybyło z kosmosu, i to coś to nie był meteor. Był to pojazd z innego świata .
Subskrybuj:
Posty (Atom)