niedziela, 2 października 2011

Niedoszłe lądowanie w bazie Edwards

Niedoszłe lądowanie w bazie Edwards

Jeśli chodzi o sprawy związane z UFO, to zarówno NASA, jak i NSA należą do najbardziej dyskretnych instytucji amerykańskich, a to pobudza wyobraźnię. Na temat obserwacji UFO przez astronautów w kosmosie lub na Księżycu krąży wiele pogłosek, ale sami zainteresowani je dementują. Czy oznacza to, że niczego nie widzieli? Niektórzy z nich przyznają, że widzieli UFO jeszcze przed swoją kamerą kosmiczną, kiedy byli pilotami samolotów. Należy do nich pułkownik Gordon Cooper, który znajdował się wśród siedmiu pierwszych, starannie wyselekcjonowanych kosmonautów. Znany ze swej nieco nonszalancko demonstrowanej odwagi Cooper uczestniczył w ostatnim locie pierwszej kapsuły orbitalnej Mercury w maju 1963 roku, która I wykonała 22 okrążenia Ziemi. Dziś, już na emeryturze, kieruje niewielką firmą lotniczą. Cooper zaczął wypowiadać się publicznie w 1978 roku podczas debaty zorganizowanej przez Organizację Narodów Zjednoczonych. W wywiadzie dla "UFO Magazine" opowiada o niedoszłym lądowaniu talerza w 1957 roku na terenie poligonu Edwards, na wyschniętym jeziorze Rogers na pustyni Mojave w Kalifornii, gdzie był wówczas szefem zespołu sprawdzającego wiele
prototypów. Owego dnia przebywała na tamtym terenie ekipa operatorów Sił Powietrznych z trzema kamerami w celu sfilmowania prób precyzyjnego lądowania. Cooper opowiada, że nagle do jego biura wpadli bardzo podekscytowani ludzie z wiadomością, iż operatorzy sfilmowali właśnie jakiś pojazd w kształcie talerza mającego podwozie wyposażone w trójnóg. Pojazd wylądował im niemal przed nosem, w odległości 50 m, wprost przed gotowymi do filmowania kamerami. Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce na lądowanie? Oto jeszcze jeden piękny przykład inscenizacji! Kiedy ekipa zbliżyła się, UFO wzbiło się w powietrze i umknęło z dużą prędkością. Zgodnie z regulaminem w sprawie obserwacji UFO Cooper połączył się z Kwaterą Główną Sił Powietrznych. Jakiś pułkownik poinformował go, że wydano już dowodzącemu bazą pułkownikowi dyspozycję dostarczenia filmu do Waszyngtonu natychmiast po wywołaniu. "Nie sporządzajcie żadnej kopii" -dodał. Cooper wykonał polecenie, jednak przed wysłaniem obejrzał oryginał filmu i opisuje to, co widział: "Był to typowy talerz wykonany z dwóch odwróconych soczewek (o..). Jego podwozie opierało się na trzech nogach. ('0') Ekipa sfilmowała obiekt na ziemi i w momencie startu. Jego powierzchnia sprawiała wrażenie metalowej. Był wystarczająco duży, żeby pomieścić załogę składającą się z istot normalnego wzrostu (full-sized)". Zdaniem Coopera nie był to z pewnością żaden tajny prototyp, a ma on podstawy, żeby wypowiadać się na ten temat. Operatorzy byli niewątpliwie profesjonalistami. Zdumiewające, że Cooper nie otrzymał rozkazu zachowania milczenia w tej sprawie.
Cooper sporządził również raport dla komisji "Błękitna Księga ", ale nie doczekał się żadnej reakcji z jej strony. Jeden z najbardziej zagorzałych sceptyków amerykańskich, negujący wszelkie relacje na temat UFO, James Oberg, robił wszystko, aby podać w wątpliwość relacje Coopera. Twierdził, że są one "pośrednie, przestarzałe o kilka dziesiątków lat i niesłychanie niespójne". Oberg zapewnia, że zapoznał się z dokumentacją komisji "Błękitna Księga". W dokumentacji wspomina się tylko o jednym lecącym UFO. Ponieważ materiały te są obecnie dostępne na mikrofilmach, informacja została sprawdzona przez "Ufo Magazine". Na liście przypadków udało się znaleźć zaledwie jedną ogólnikową wzmiankę popartą kilkoma niewyraźnymi zdjęciami lecącego UFO. Jednak wszyscy, którzy zapoznawali się z dokumentacją komisji "Błękitna Księga", poczynając od Hyneka, stwierdzali brak w niej "najbardziej gorących" przypadków. Przypomnijmy sobie notatkę generała Bolendera z 1969 roku, zalecającą personelowi wojskowemu dalsze meldowanie o takich przypadkach, ale poza obiegiem "Błękitnej Księgi". Oczywiście Oberg nie mógł o tym nie wiedzieć; i jak tu nie doszukiwać się złych intencji? Idzie on jeszcze dalej i twierdzi, że spotkał się z osobą odpowiedzialną za komisję oraz z operatorami, odmawia jednak podania ich nazwisk .
W kontekście materiałów, które zniknęły z dokumentacji "Błękitnej Księgi", doradca naukowy komisji, Hynek, informuje o analogicznym przypadku. Donald Slayton, inny kosmonauta z pierwszej załogi statku orbitalnego Mercury, również jest niebagatelnym świadkiem. Przez kilka lat kierował zespołem kosmonautów w NASA, prowadził statek Apollo na pierwsze spotkanie z radzieckim Sojuzem w kosmosie, odpowiadał za próby lądowania promu kosmicznego w bazie Edwards, co było zadaniem szczególnie poważnym. Hynek zadaje pytanie, dlaczego "znaczna część naprawdę niepokojących obserwacji UFO dokonanych i przez osoby odpowiedzialne, zarówno cywilne, jak i wojskowe (obserwacji, o których dowiedział się z innych źródeł), nie figuruje w dokumentach «Błękitnej Księgi»?". Jako przykład przytacza przypadek Slaytona:
Raport o UFO sporządzony przez kosmonautę Slaytona, kiedy był jeszcze pilotem doświadczalnym, nie figuruje w dokumentach "Błękitnej Księgi", a tymczasem w osobistym liście potwierdził mi on zarówno samo zdarzenie, jak również fakt napisania raportu i przekazania go kanałami oficjalnymi.
W zamieszczonym w książce Hyneka liście Slayton pisze o tym, jak w czasie lotu zbliżył się do obiektu w kształcie dysku, który znalazł się 150 m pod jego samolotem, i jak obiekt ten przyśpieszył i wzniósł się po krzywej, omijając go ! z lewej strony .
Fakt, że takie relacje budzą wątpliwości sceptyków, skłaniać nas będzie do podejrzewania czegoś gorszego, kiedy przejdziemy do bardziej szokujących tematów, jak na przykład relacje o katastrofach UFO czy tajnych kontaktach z tajemniczymi ufonautami. Tym bardziej że nasilają się nie kontrolowane pogłoski, których znaczna część sprawia wrażenie dezinformacji. Klasyczna metoda to rozpowszechnianie nieprawdopodobnych historii po to, żeby "upupić" autentyczne. Jeden z ufologów rozpowszechniających takie fałszywe pogłoski, William Moore, przyznał zresztą publicznie, że robił to dla służb wywiadowczych Sił Powietrznych w celu ośmieszenia prowadzonych w tej dziedzinie badań. Wreszcie jesteśmy w domu!

Katastrofy UFO: żarty i przypadki wątpliwe

Wróćmy do książki dziennikarza amerykańskiego Franka Scully'ego Behind the F/ying Saucers. "Ujawnił" on w 1950 roku przejęcie przez armię amerykańską tylko na terenie Stanów Zjednoczonych co najmniej czterech latających talerzy. Dwa lata później tygodnik "True" podał do wiadomości, że informatorzy Scully'ego byli oszustami. "Sprawa Scully'ego" stała się wstydliwym tematem, o którym żaden ufolog nie chciał więcej słyszeć. Ale jeśli przyjąć, że została ona zainscenizowana w tym właśnie celu, to trzeba przyznać, iż zakończyła się pełnym sukcesem. Jak już wiemy, taka sama wątpliwość dotyczy rzekomych zwłok z Roswell. Przypomnijmy sobie jednak wypowiedź profesora Sarbachera, który w rozmowie z kanadyjskim inżynierem Wilbertern Smithem stwierdził, że książka Scully'ego, jest jak najbardziej wiarygodna (patrz rozdział 3 str. 57). W tej niejasnej materii niełatwo o prawdę!
Trzeba było czekać do końca lat siedemdziesiątych, żeby ufolodzy zaczęli na nowo poważnie traktować tę problematykę, mimo że kilka interesujących relacji pojawiło się już w latach sześćdziesiątych. Ale jak twierdzi najlepszy badacz sprawy Roswell, Kevin Randle, wszystkie te historie same strzegą swej tajemnicy, gdyż większość świadków woli milczeć, a gdy już mówią, chcą zachować anonimowość (Roswell jest wyjątkiem). Dotyczy to wielu relacji, które zebrał i opublikował sukcesywnie Leonard Stringfield na temat crashesJretrievals, czyli katastrof, po których znaleziono szczątki UFO i zwłoki.
Podane przez Scully'ego dwa najbardziej znane fałszywe przypadki katastrof to wypadek w Paradise Valley w Kalifornii (październik 1947 roku) i w Aztec w N owym Meksyku (1948 rok). Ten ostatni jest wymieniony w osławionym dokumencie wątpliwego pochodzenia Majestic 12, który ukazał się w latach osiemdziesiątych i w którym dokłada się wielkich starań, żeby zbagatelizować dochodzenia dotyczące szeregu tajnych materiałów. Mówi się w nim o przypadkach nie opartych na poważnych dowodach lub też stanowiących jawne oszustwo, jak na przykład Spitzbergen (1952), wyspa Heligoland na północnym wybrzeżu Niemiec (1952), góra Sołowaja w ZSRR (1983) czy pustynia Kalahari (1989). Znani ufolodzy zadali sobie trud zweryfikowania tych przypadków. Chodzi konkretnie o Jerome'a CIarka z CUFOS, autora znakomitej encyklopedii UFO w trzech tomach (The UFO Encyklopedia), i Kevina Randle'a, autora A History oj UFO Crashes ("Historia katastrof UFO"). Są to dwa bardzo miarodajne źródła w dziedzinie, gdzie na każdym kroku czyhają zasadzki .
Zatrzymajmy się też przez chwilę nad przypadkiem w Laredo w Teksasie (lipiec 1948 rok). Krążyło wtedy zdjęcie martwej istoty pozaziemskiej nazwanej "człowieko-pomidorem" z powodu jej ogromnej i okrągłej głowy. Niestety, na zdjęciu można było dostrzec okulary. W rzeczywistości chodziło o lotnika spalonego podczas awarii samolotu. Przypadek w Del Rio również zdarzył się w rejonie Laredo, lecz w grudniu 1950 roku. Nie było to wyraźne oszustwo, ale relacje nie wydają się na tyle wystarczające, by go w pełni uwiarygodnić.
Warto, być może, porównać to z innym przypadkiem opisanym w kontrowersyjnym dokumencie Majestic 12. Zdarzył się on rzekomo 6 grudnia 1950 roku, w tym samym miesiącu co w Del Rio, ale w odległości około 100 mil na południe, obok wiosek El Indio w Teksasie i Guerrero w Meksyku. Zbyt dużo tych przypadków w tym samym niemal czasie i miejscu. Eksperci z MUFON, Dennis Stacy i Tom Deuley (były funkcjonariusz NSA!), odwiedzili ten region kilkakrotnie, nie znajdując najmniej szych śladów katastrofy. Zresztą cała sprawa jest podejrzana choćby dlatego, że figuruje w tym kontrowersyjnym dokumencie, o którym będziemy jeszcze mówić .

Bardziej wiarygodne przypadki katastrof

Zdarzenie, które miało jakoby miejsce w 1953 roku w Kingman w stanie Arizona, wygląda na bardziej prawdopodobne. Ufolog Raymond Fowler rozpoczął dochodzenie w tej sprawie w 1973 roku, a w roku 1976 podał do wiadomości zebrane przez siebie materiały .Głównym świadkiem był Fritz Werner (pseudonim), kompetentny inżynier cieszący się dobrą opinią w swoim środowisku. Jego relacja zmieniała się jednak w kilku kolejnych zeznaniach. Przyznał się nawet, że zdarzało mu się fantazjować pod wpływem alkoholu. Czy należy więc odrzucić jego świadectwo? Nie, ponieważ częściowo potwierdzają je inni świadkowie.
W rozmowie z Fowlerem Werner opowiada, że zawieziono go wraz z kilkoma innymi osobami na pustynię Arizona, w pobliże miasta Phoenix. Okna w autobusie były zasłonięte, aby pasażerowie nie mogli dokładnie zorientować się, gdzie się znajdują. Po przybyciu na miejsce jakiś oficer sprawdził listę obecności. W opinii Randle'a, byłego oficera wywiadu, jest to mało prawdopodobne, ponieważ uchybia podstawowym normom bezpieczeństwa. Zadanie polegało na zbadaniu na miejscu uszkodzonego UFO w kształcie "dwóch zlepionych talerzy". Średnica talerza wynosiła około 10 m (30 stóp) i był on opasany ciemną wstęgą. Powierzchnia była wyblakła, podobna do skorodowanego aluminium. Werner przypuszcza, że obiekt mógł ważyć około pięciu ton. Chodziło o określenie prędkości pojazdu i siły uderzenia, które, sądząc po głębokości wyrwy w piasku, musiało być bardzo potężne. Werner dostrzegł również zwłoki humanoida pod namiotem strzeżonym przez żandarmerię wojskową. Jego wzrost wynosił około 120 cm (4 stopy). Był w srebrzystym stroju. Odsłonięta twarz miała kolor ciemnobrązowy, co mogło być skutkiem wypadku. Po powrocie do autobusu wszyscy musieli złożyć przysięgę, że dochowają tajemnicy.
Leonard Stringfield spotkał się z inną relacją, która częściowo pokrywa się z zeznaniami Wernera. Pewien "major Daly" (pseudonim) opowiedział badaczowi z Cincinnati, Charlesowi Wilhelmowi, że w kwietniu 1953 roku jego ojciec został wywieziony na pustynię w celu dokonania oględzin rozbitego latającego talerza. Relacja jest dość zbieżna z wersją Wernera, ale jest relacją z drugiej ręki, a więc nie do sprawdzenia. Inne pośrednie informacje pochodzą z bazy Wright-Patterson. Kobieta pracująca w sekcji spadochronów słyszała, jak pewien sierżant opowiadał w biurze, że właśnie brał udział w przejęciu rozbitego UFO. Nie przypomina ona sobie dokładnej daty, ale nie mogło chodzić o Roswell, ponieważ w bazie była zatrudniona dopiero od 1950 roku. Po godzinie w ich biurze zjawił się dowódca bazy, pułkownik Pratt Brown (późniejszy generał), informując, że opowiedziana przez sierżanta historia była zmyślona. Polecił wszystkim pracownikom podpisać dokument, który zabraniał im mówić na ten temat pod groźbą kary 20000 dolarów lub 20 lat więzienia.
Inny przypadek katastrofy UFO, mimo jego dziwnych okoliczności, uważany jest przez Kevina Randle'a za autentyczny, ponieważ znajduje potwierdzenie w zeznaniach licznych świadków. Chodzi o wydarzenie, które miało miejsce w Las Vegas 18 kwietnia 1962 roku. Jerome Clark również uważa ten przypadek za wiarygodny: "Jest to ponad wszelką wątpliwość zdarzenie prawdziwe. Liczni świadkowie, a potwierdziła to także kontrola radarowa, zeznali, że widzieli przelot niezwykłego obiektu latającego". Komisja "Błękitna Księga" w swej oficjalnej wersji twierdzi, iż był to bolid, ale Clark uważa, że pewne aspekty sprawy obalają tę koncepcję. Wszystko zaczęło się od tego, że nad Oneidą w stanie Nowy Jork zaobserwowano lecący na zachód błyszczący czerwony obiekt. Pierwsi świadkowie widzieli go zaledwie przez kilka sekund, co pozwoliłoby przyjąć hipotezę o meteorze. Jednak w czasie lotu nad środkowymi i południowo-zachodnimi stanami USA obiekt był obserwowany za pomocą radaru. Dowództwo Sił Powietrznych powiadomiło bazy znajdujące się na trasie jego przelotu. Co najmniej jedna z nich, a mianowicie baza w Luke w pobliżu Phoenix, wysłała w pogoń myśliwiec. Kiedy obiekt -czy możemy nazwać go UFO? -przelatywał nad Nephi w stanie Utah, świadkowie słyszeli huk silników myśliwców, które wyruszyły za nim w pościg. W Eurece w stanie Utah świadkowie widzieli, jak obiekt ląduje -i niech mi będzie wolno nazwać go już teraz UFO! Jeden ze świadków opisuje go jako błyszczący pomarańczowy owal emitujący głuchy warkot. W tym momencie nastąpiła awaria w pobliskiej elektrowni. UFO wystartowało w kierunku Nevady i zniknęło z ekranów radarów na wschód od tego stanu. Jak podaje "Las Vegas Sun" z 19 kwietnia, świadkowie opowiadali, że obiekt podobny do "przerażającego miecza ognistego" -opis godny średniowiecznych wyobrażeń -zniknął po eksplozji na trasie do Mesquite w Nevadzie. Dokumenty "Błękitnej Księgi" potwierdzają zapis radarowy wykonany przez bazę w Nellis na północ od Las Vegas, w którym odnotowano zmianę prędkości (speed of object varied) -szczegół sam w sobie wystarczający, aby wykluczyć hipotezę o meteorze. Co więcej, rzecznik bazy tłumaczy, że w przypadku meteoru radar zarejestrowałby jedynie pozostawiony w atmosferze obszar jonizacji, a nie określony punkt, jak miało to miejsce w tym przypadku. Pilot Sił Powietrznych, kapitan Shields, wykonujący w Utah nocny lot na pokładzie C-119 (dwusilnikowy samolot transportowy) na wysokości 8500 stóp (2800 m) przy prędkości blisko 300 km/godz., widział, jak jego kabinę stopniowo wypełnia od góry światło. Jego natężenie było tak wielkie, że oświetlało ziemię w promieniu 15 km, a następnie dość gwałtownie się zmniejszało. W tym momencie pilot dostrzegł UFO w kształcie wydłużonego błyszczącego obiektu. Tylna jego część była intensywnie biała, podobna do światła spalanego magnezu, przednia zaś wyraźnie żółta. Nie możemy przytoczyć wszystkich zamieszczonych w książkach CIarka i Randle'a relacji świadków . W sumie UFO to było widziane przez 32 minuty nad trzema czwartymi terytorium Stanów Zjednoczonych, zdecydowanie zbyt długo jak na meteor!
Zestawienie zeznań świadczy o tym, że UFO zmieniało kierunek lotu. Cywilny samolot transportowy lecący na wysokości 12000 stóp (3700 m) widział go nad sobą. Szeryf hrabstwa Clark w Nevadzie odebrał wiele telefonów i podjął poszukiwania w terenie, które nie przyniosły jednak rezultatów. Wszystko to skłania Randle'a do takiego oto podsumowania tego niezwykłego przypadku:
18 kwietnia 1962 roku w nocy wydarzyło się coś niespotykanego. Siły Powietrzne podają serię wyjaśnień, które w obliczu faktów nie mają sensu. Ale świadkowie znają prawdę. Widzieli coś, co przybyło z kosmosu, i to coś to nie był meteor. Był to pojazd z innego świata .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz