niedziela, 25 września 2011

Rozdział trzeci

Rozdział trzeci
Tydzień później Katarzyna przyszła do mnie na następ­ny seans. Wyglądała prześlicznie i była w świetnym nastroju. Na wstępie z radością stwierdziła, że zniknął strach przed utonięciem, który prześladował ją całe życie. Zmniejszyła się też obawa uduszenia. Już nie budziła się w nocy z koszmaru, że zawala się pod nią most. Chociaż pamiętała szczegóły swych dawnych wcieleń, nie przyswoiła w pełni całego materiału.
Wiara w dawne wcielenia, w reinkarnację, była nie­zgodna z jej światopoglądem, a mimo to jej wpomnienia były tak żywe, obrazy, dźwięki i zapachy tak wyraźne, przekonanie, że naprawdę tam była, tak mocne i bez­pośrednie, iż czuła, że musiało tak kiedyś być. I dla­tego nie wątpiła w te przeżycia, były one zbyt wyraźne. Nadal jednak martwiła się, jak to pogodzić z wiarą, w której została wychowana, z jej zasadami.
Podczas minionego tygodnia przejrzałem mój pod­ręcznik z wykładów religioznawstwa porównawczego, jakie miałem podczas drugiego roku studiów na Uni­wersytecie Columbia. W Starym i Nowym Testamencie były jednak wzmianki o reinkarnacji. Ale w Roku Pańskim 325 rzymski cesarz Konstantyn Wielki wraz ze swą matką Heleną usunął je z Nowego Testamentu.
Drugi Sobór w Konstantynopolu, w 553 roku, wyraził na to zgodę i ogłosił wiarę w reinkarnację za herezję. Najwidoczniej obawiano się, iż może ona osłabić ros­nącą potęgę Kościoła, dając ludziom zbyt wiele czasu na poszukiwanie zbawienia. Jednak istniały fakty: wczesny Kościół przyjął pojęcie reinkarnacji. Wcześni gnostycy z Aleksandrii, Orygenes, święty Jeremiasz i wielu innych wierzyło w to, że przedtem żyli i żyć będą ponownie.
Jednak ja nigdy nie wierzyłem w reinkarnację, nawet nie zaprzątałem sobie tym głowy. Chociaż moje wczesne religijne wychowanie nauczyło mnie, że istnieje jakaś nieokreślona „dusza" po śmierci, nie bardzo w to wie­rzyłem.
Bylem najstarszy z czworga rodzeństwa. Należeliśmy do konserwatywnej żydowskiej synagogi w miejscowości Red Bank, małym miasteczku w stanie New Jersey, leżącym niedaleko Atlantyku. W rodzinie naszej byłem dyplomatą i rozjemcą. Mój ojciec najbardziej z nas wszystkich przestrzegał nakazów religijnych i traktował to bardzo poważnie, jak zresztą wszystko w życiu. Bardzo łatwo przejmował się konfliktami rodzinnymi, a wtedy usuwał się na bok, mnie zostawiając przy­wrócenie zgody. Chociaż okazało się to świetnym tre­ningiem dla obranego przeze mnie zawodu psychiatry, tak jak teraz na to patrzę, dzieciństwo moje było trud­ne, obarczone nadmierną odpowiedzialnością. W wy­niku tego stałem się bardzo poważnym młodzieńcem, który przywykł brać na swoje barki zbyt wielkie ciężary.
Matka zawsze była bardzo spontaniczna w okazywa­niu swych uczuć. Bardziej prostoduszna niż mój ojciec, impulsywnie dzieliła ze swymi dziećmi ich przeżycia: winę, cierpienie, zakłopotanie, przy tym była bardzo pogodna i zawsze mogliśmy liczyć na jej miłość i pomoc.
Ojciec pracował jako fotograf przemysłowy i choć nigdy nie brakowało u nas dobrego jedzenia, z pienię­dzmi było krucho. Mój najmłodszy brat Piotr urodził się, kiedy miałem dziewięć lat. Musieliśmy się pomieścić w sześcioro w naszym małym mieszkaniu na parterze z dwoma sypialniami.
Życie w nim było nerwowe i hałaśliwe, a ja szukałem ucieczki w książkach. Czytałem mnóstwo, kiedy nie grałem w baseball i koszykówkę, które w dzieciństwie również były moją życiową pasją. Wiedziałem, że wy­kształcenie jest jedyną drogą, która wyprowadzi mnie z tego małego bez perspektyw, choć nawet miłego mias­teczka, i dlatego zawsze w mojej klasie byłem pierwszym albo drugim uczniem.
W okresie, kiedy otrzymałem stypendium Uniwer­sytetu Columbia, byłem poważnym i bardzo pracowi­tym młodzieńcem. Na wyższej uczelni również powiodło mi się. Specjalizowałem się w chemii i skończyłem studia z wyróżnieniem. Postanowiłem wybrać psychiatrię, po­nieważ ta dziedzina łączyła moje zainteresowanie nauką z fascynacją działaniem ludzkiego umysłu. Poza tym dzięki medycynie mogłem wyrazić moje współczucie i troskę dla innych ludzi. W tym też czasie spotkałem Carole podczas letnich wakacji w górach Catskill, gdzie w hotelu pracowałem jako pomocnik kelnera, a ona była tam gościem. Od pierwszego wejrzenia poczuliśmy do siebie wielką sympatię, byliśmy sobie bliscy. Naj­pierw zaczęliśmy korespondować, potem spotykać się, wreszcie zakochaliśmy się i kiedy byłem w Columbii na drugim roku, nastąpiły zaręczyny. Carole była inteligen­tna i piękna. Wszystko zdawało się układać wspaniale. Rzadko kiedy młodzi ludzie interesują się życiem i śmier­cią albo życiem po śmierci, i ja nie byłem tu wyjątkiem. Obrałem drogę kariery naukowej i nauczyłem się ro­zumować w logiczny, pozbawiony uczuć, empiryczny sposób.
Studia medyczne i praca adiunkta na Uniwersytecie Yale jeszcze bardziej utwierdziły mnie w tym stylu myślenia. Pracę dyplomową pisałem na temat chemii mózgu i roli neurotransmiterów, które są chemicznymi przenośnikami w tkance mózgowej.
Dołączyłem do nowej grupy psychiatrów-biologów, którzy łączyli tradycyjne techniki i teorie psychiatryczne z nową wiedzą o chemii mózgowej. Napisałem wiele prac naukowych, miałem wykłady na miejscowych i ogólnoamerykańskich sympozjach i stałem się w tej dziedzinie specjalistą dużej klasy. Byłem przy tym nieco jednotorowy, nazbyt gorliwy i nieustępliwy, ale można to poczytać jako zalety lekarza. Sądziłem, że jestem w pełni przygotowany, żeby leczyć każdego pacjenta, który przyjdzie po poradę do mego gabinetu.
I oto nagle Katarzyna stała się Arondą, dziewczyną, która żyła w roku 1863 przed Chrystusem. A może było jakieś inne wytłumaczenie? I oto zjawiła się u mnie znowu, wesoła jak nigdy przedtem.
Moje obawy, że nie zechce dalej stosować dotych­czasowej terapii, od razu się rozwiały, była gotowa poddać się hipnozie i szybko zapadła w trans.
Rzucam wianki z kwiatów na wodę. To wielka uroczystość. Włosy mam blond, splecione w warkocz. Noszę brązową suknię wyszywaną złotą nitką i sandały. Ktoś umarł, ktoś należący do rodziny królewskiej... matka. Jestem służącą w rodzinie królewskiej i zajmuję się jedzeniem... Kładziemy ciała do solanki na trzydzieści dni, kiedy wyschną, usuwamy wewnętrzne organy.
Czuję zapach tych ciał. Spontanicznie wcieliła się znowu w Arondę, ale tym razem na innym etapie, kiedy obo­wiązkiem jej było przygotowywanie ciał po śmierci. - Widzę ciała w oddzielnie stojącym budynku — mówiła dalej Katarzyna. — Owijamy je. Dusza przechodzi do innego świata. Każdy zmarły zabiera ze sobą to, co do niego należało, żeby być przygotowanym do następ­nego, lepszego życia. — To, co mówiła, przypominało egipską koncepcję śmierci i życia po niej, całkiem różną od naszych wierzeń. Wedle tej religii zmarły mógł zabrać na tamten świat swoją własność.
Urwała, żeby odpocząć. Trwało to kilka minut, nim cofnęła się w bardzo odległe czasy.
Widzę lód, wiszący w jaskini... skały... — Niezbyt dokładnie opisała ciemne i nędzne schronienie i wyraź­nie była zmieszana. Potem opisała, jak widzi siebie: — Jestem brzydka, brudna, śmierdzę. — I może dla­tego przeniosła się w inne czasy. — Widzę jakieś budow­le i wóz z kamiennymi kołami, mam ciemne włosy czymś przykryte. Wieziemy słomę. Jestem wesoła. Siedzę obok ojca... Przytula mnie. To jest... to jest Edward [pediatra, który tak nalegał, żeby Katarzyna przyszła do mnie]. To on jest moim o j c e m. Mieszkamy w doli­nie, gdzie rosną drzewa. To oliwki i figowce. Ludzie piszą na papierze. Stawiają na nim śmieszne znaczki, podobne do liter. Ludzie piszą całymi dniami, powstaje biblioteka. Jest rok 1536 przed Chrystusem. Ziemia tu jest nieurodzajna. Mój ojciec nazywa się Perseusz.
Rok się nie zgadzał, ale byłem pewien, że jest w tym samym wcieleniu, o którym opowiadała podczas seansu tydzień temu. Powiedziałem, żeby poszła naprzód w czasie, pozostając jednak w tym samym wcieleniu.
- Mój ojciec cię zna [ma na myśli Diogenesa]. Obaj rozmawiacie o zbiorach, prawie i rządzie. On mówi, że ty jesteś bardzo mądry i że ja powinnam ciebie słuchać. — Jeszcze bardziej kazałem jej posunąć się naprzód w czasie. — On [ojciec] leży w ciemnym pokoju. Jest stary i chory. Bardzo mi zimno... Jestem całkiem pusta wewnętrznie. — I przeszła do własnej śmierci. — Teraz jestem stara i bardzo słaba. Przy moim łóżku czuwa córka. Mój mąż już umarł. Są też moje wnuki i zięć. Dużo w tej izbie obecnych jest ludzi.
Tym razem śmierć miała spokojną. Po chwili uniosła się w powietrze. To mi przypomniało relacje dr. Raymonda Moody'ego o ludziach, którzy byli na progu śmierci. Jego pacjenci także mówili o unoszeniu się i o tym, że następnie zostali „wciągnięci" do swego ciała. Kilka lat temu czytałem jego książkę i teraz postanowiłem do niej wrócić. Ciekaw byłem, czy Kata­rzyna pamięta coś więcej o tym, co działo się tuż po jej śmierci, ale ona powiedziała tylko: „Po prostu unoszę się". Obudziłem ją i tak skończył się ten seans.
Postanowiłem zaspokoić swój głód naukowy na temat reinkarnacji i zacząłem grzebać w medycznych biblio­tekach. Przestudiowałem prace dr. medycyny lana Stevensona, cenionego profesora psychiatrii na Uniwersy­tecie Wirginia, który opublikował bardzo wiele prac z dziedziny literatury psychiatrycznej. Dr Stevenson zebrał ponad dwa tysiące przypadków dzieci pamiętają­cych zdarzenia i przeżycia z innego wcielenia. Wiele z nich w transie hipnotycznym przejawiało znajomość obcych języków, których w ogóle nie znało. Jego opisy poszczególnych przypadków są bardzo dokładnie nau­kowo opracowane i godne uwagi.
Przeczytałem również świetne opracowanie Edgara Mitchella. Z wielkim zainteresowaniem przejrzałem pu­blikacje Uniwersytetu Duke i prace prof. C. J. Ducasse z Uniwersytetu Brown, jak również z uwagą przeczyta­łem prace, które opublikowali: dr Martin Ebon, Helen Wambach, dr Gertrudę Schmeidler, dr Frederick Lenz i dr Edith Fiore. A im więcej czytałem, tym więcej chciałem czytać. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że choć uważałem siebie za człowieka dobrze wykształconego w każdej dziedzinie dotyczącej naszego umysłu, moja wiedza była bardzo ograniczona. W bibliotekach mnóst­wo jest prac badawczych i literatury, o czym wie mało osób. Wiele tych badań było prowadzonych, weryfiko­wanych i powtarzanych przez znanych klinicystów i naukowców. Czyżby wszyscy oni mylili się albo zostali oszukani? Dowodów było mnóstwo, i to bardzo przekonujących, ale ja nadal wątpiłem. Przekonujące czy nie, trudno mi było w nie uwierzyć. Oboje z Katarzyną, każde na swój sposób, byliśmy pod głębokim wrażeniem tych seansów. Stan emocjonalny Katarzyny poprawiał się, a ja rozszerzałem swoje horyzonty umysłowe. Kata­rzyna, która wiele lat cierpiała na stany lękowe, naresz­cie częściowo się od nich uwolniła. Wszystko jedno, czy były to prawdziwe wspomnienia, czy tylko wytwór jej bujnej fantazji, znalazłem sposób, żeby jej pomóc, i nie zamierzałem na tym etapie się zatrzymać.
Myślałem o tym wszystkim przez krótki moment, kiedy Katarzyna zapadała w trans na początku następ­nego seansu. Podczas wstępnej rozmowy opowiedziała mi o śnie, w którym bawiła się w jakąś grę na starych kamiennych schodach, gdzie znajdowała się szachow­nica z otworami. Sen był niezwykle wyrazisty. Powie­działem jej, żeby cofnęła się poza normalne granice czasu i przestrzeni i sprawdziła, czy sen miał swe źródło w jakimś jej poprzednim wcieleniu.
— Widzę schody prowadzące do wieży... znajdującej się ponad górami, ale widzę także morze. Jestem chłop­cem... Mam jasne włosy... dziwne włosy. Moim ubra­niem są zszyte brązowe i białe skóry zwierzęce. Na szczycie wieży znajduje się kilku mężczyzn, obserwują... to są strażnicy. Są brudni. Grają w jakąś grę podobną do szachów, ale to nie są szachy. Deska jest okrągła, a nie kwadratowa. Grają ostrymi jak sztylety pionkami, które pasują do otworów. Te pionki zakończone są zwierzęcymi głowami. Ta kraina to Kirustan [wymowa fonetyczna] w Niderlandach, około roku 1473.
Spytałem ją o nazwę miejscowości, w której żyła, i czy może zobaczyć albo usłyszeć rok.
— Jestem teraz w nadmorskim porcie. Widzę tu fortecę... i wodę. Widzę też chatę... moja matka gotuje w glinianym garnku. Nazywam się Johan.
W swej relacji zbliżała się do śmierci. W tej fazie naszych seansów nadal starałem się znaleźć jakieś boles­ne wydarzenia, które albo spowodowały, albo wyjaś­niłyby jej obecne symptomy. Jeśli nawet te niezwykle wyraźne obrazy były wytworem jej fantazji, a wcale nie byłem tego taki pewien, wszystko, w co wierzyła, albo co uważała za prawdę, nadal mogło być przyczyną jej dolegliwości. Niektórzy ludzie nie pamiętają, czy ból przeżyty w dzieciństwie naprawdę wtedy się wydarzył, czy tylko we śnie, jednak wspomnienie urazu nęka ich nawet w dorosłym życiu.
Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie w pełni sprawy, jak wielkie znaczenie mają codziennie powtarzające się zjawiska, na przykład ustawiczna krytyka rodzicielska, które mogą zadać większe rany psychiczne niż jeden dotkliwy uraz. Tego rodzaju wpływy trudniej jest naj­pierw przypomnieć sobie, a potem wymazać z pamięci, ponieważ są wpisane w codzienne tło naszego życia. Stale krytykowane dziecko może tak samo utracić wia­rę w siebie i poczucie własnej wartości, jak to, które pamięta jedno straszne upokorzenie, przeżyte konkret­nego dnia. Dziecko z bardzo biednej rodziny, które codziennie jest niedożywione, może cierpieć na te same psychologiczne problemy jak to, które tylko raz było bliskie śmierci głodowej. Wkrótce zrozumiałem, że codzienne regularne występowanie negatywnych wpływów trzeba traktować i rozwiązywać z taką samą troską, jaką się poświęca jednemu niezwykle bolesnemu zda­rzeniu.
Katarzyna znowu zaczęła mówić:
Widzę łodzie, podobne do kanu, kolorowo poma­lowane. Jesteśmy uzbrojeni we włócznie, proce, łuki i strzały. Na łodziach ludzie mają dziwne duże wiosła... wszyscy muszą wiosłować. Możemy zginąć, ściemnia się. Nie ma świateł. Boję się. Są też inne łodzie. [Najwidocz­niej szykował się napad.] Boję się zwierząt. Śpimy na brudnych, śmierdzących skórach zwierzęcych. Jesteśmy zawszeni. Mam śmieszne buty, wyglądają jak worki... związane w kostkach... ze skór zwierzęcych. [Długa przerwa.] Moja twarz jest gorąca od ognia. Nasi ludzie zabijają tych innych, ale ja nie. Ja nie chcę zabijać. W ręku trzymam nóż.
Nagle zaczęła bełkotać, z trudem chwytać oddech. Powiedziała, że nieprzyjacielski wojownik chwycił ją z tyłu za kark i poderżnął jej gardło nożem. Przed śmiercią zobaczyła twarz swego zabójcy. To był Stuart. Wtedy wyglądał inaczej, ale ona wiedziała, że to on. Johan zmarł w wieku dwudziestu jeden lat.
W chwilę później unosiła się nad swoim ciałem, bar­dzo przejęta obserwując to, co działo się w dole. A na­stępnie odpłynęła w stronę chmur. Nagle poczuła, że została wciągnięta w „małą ciepłą" przestrzeń. Wkrótce miała się urodzić.
— Ktoś mnie trzyma -- wyszeptała powoli i jakby sennie — ktoś, kto pomagał przy moich narodzinach. Ona ma na sobie zieloną suknię i biały fartuch, ma bia­łe nakrycie głowy zagięte na rogach. W pokoju są śmieszne okna... z wielu części. Dom zbudowany jest z kamienia. Moja matka ma długie ciemne włosy. Chce mnie wziąć na ręce, jest w śmiesznej długiej nocnej koszuli, która mnie drapie. Jak miło jest znowu być w słońcu i cieple... To... to ta sama matka, jaką mam teraz!
Podczas poprzedniego seansu prosiłem Katarzynę, żeby w swoich wcieleniach starannie przyglądała się ważniejszym ludziom, po to, by mogła zidentyfikować ich jako osoby istotne w jej obecnym życiu. Zdaniem wielu autorów dusze tworzące grupy starają się wielo­krotnie razem wcielać, współdziałając w ten sposób dla swojej karmy1, żeby spłacić dług zaciągnięty wobec innych ludzi i samych siebie lub żeby zdobyć nową wiedzę duchową w trakcie licznych reinkarnacji.

1 Karma — w buddyzmie i hinduizmie suma etycznych skutków dobrych albo złych myśli, słów i uczynków człowieka, wyznaczająca jego los w nowej reinkarnacji, a potem kolejno w dalszych, do czasu osiągnięcia pełnego wyzwolenia. (W. Kopaliński, Słownik mitów i tra­dycji kultury. Warszawa 1985, s. 466)

Kiedy starałem się zrozumieć ten dziwny, tak spek­takularny dramat, który odgrywał się na moich oczach, niedostępny dla reszty świata, w moim spokojnym, słabo oświetlonym gabinecie lekarskim, postanowiłem sprawdzić tę informację. Pragnąłem zastosować tę sa­mą naukową metodę, której tak rygorystycznie prze­strzegałem w trakcie moich badań podczas minionych piętnastu lat, po to, by ocenić ten niezwykły materiał przekazywany mi ustami Katarzyny.
A Katarzyna między seansami zaczęła przejawiać coraz większą wrażliwość, coraz większą intuicję wobec ludzi i zdarzeń. W trakcie hipnozy często zdarzało się, że uprzedzała moje pytania. Wiele z jej snów miało cechy przepowiedni lub przeczuć.
Któregoś dnia, kiedy przyjechali do niej z wizytą rodzice, ojciec wyraził wątpliwości co do jej nowo od­krytych uzdolnień. Żeby mu dowieść, że mówi prawdę, Katarzyna wzięła go na wyścigi. Tutaj na jego oczach w każdej gonitwie wskazywała konia, który zwyciężał. Ojciec był całkowicie tym oszołomiony. Kiedy zaś do­wiodła swych możliwości, wszystkie pieniądze, jakie wygrała w tym dniu, oddała pierwszemu biedakowi, jakiego spotkała po drodze. Intuicyjnie czuła, że ta nowa siła duchowa nie może służyć jej korzyściom materialnym. Dla niej miało to o wiele większe znacze­nie. Opowiedziała mi później, że sukces, jaki wtedy odniosła, przestraszył ją, ale że była tak szczęśliwa z powodu postępów, jakie zrobiła, iż zamierzała w dal­szym ciągu wracać w przeszłość. Byłem jednocześnie zdumiony i zafascynowany jej niezwykłymi uzdolnie­niami, zwłaszcza tymi, które objawiła na wyścigach konnych. To był namacalny dowód. Wygrała w każdej gonitwie. To nie był zbieg okoliczności. Coś niezwyk­łego wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku tygodni, a ja za wszelką cenę starałem się zachować właściwą per­spektywę. W każdym razie nie mogłem temu zaprzeczyć. A jeśli jej  uzdolnienia były prawdziwe i dostarczały namacalnych dowodów, to czyż wspomnienia z po­przednich wcieleń również nie mogły być prawdziwe?
Teraz wróciła do wcielenia, w którym się właśnie urodziła. Było ono znacznie bliższe naszym czasom, ale nie potrafiła sprecyzować roku. Na imię miała Elżbieta.
— Jestem teraz starsza, mam brata i dwie siostry. Siedzimy przy stole... Obecny jest mój ojciec... to Ed­ward [pediatra, który raz jeszcze objawia się jako jej ojciec]. Moja matka i ojciec znowu się kłócą. Na stole stoi fasola i ziemniaki. Ojciec się gniewa, bo jedzenie jest zimne. Bardzo głośno się kłócą. Ojciec stale pije... Uderza matkę. [Katarzyna mówi to z przerażeniem, wyraźnie trzęsie się.] Odtrąca dzieci. Nie jest taki jak dawniej, to nie ten sam człowiek. Nie lubię go. Chciała­bym, żeby sobie poszedł. — Mówiła to jak dziecko.
Pytania, jakie jej zadawałem podczas tych seansów, różniły się całkiem od tych, które zadawałem podczas konwencjonalnej psychoterapii. Dla Katarzyny byłem raczej przewodnikiem i próbowałem w ciągu tej godziny czy dwóch, dokonać przeglądu jednego jej życia, szuka­jąc bolesnych przeżyć i dotkliwych zdarzeń, mogących wyjaśnić obecne dolegliwości. Terapia konwencjonalna prowadzona jest znacznie wolniej i bardziej szczegóło­wo. Każde słowo, jakie powie pacjent, trzeba przeanali­zować pod kątem niuansów i ukrytych znaczeń. Każdy grymas twarzy, każdy gest, każdą zmianę intonacji w głosie trzeba zauważyć i zinterpretować, każdą reak­cję uczuciową dokładnie zbadać, a wzorce zachowań złożyć w całość. Jednak u Katarzyny lata mijały w ciągu paru minut.  Seanse z nią przypominały prowadzenie wyścigowego wozu z maksymalną szybkością... i jedno­czesnym szukaniem czyjejś twarzy w tłumie.
Skierowałem znów moją uwagę na Katarzynę i po­prosiłem, żeby przesunęła się naprzód w czasie.
- Jestem teraz mężatką. W naszym domu jest jeden bardzo duży pokój. Mój mąż ma jasne włosy. Nie znam go. [To znaczy, że nie występował w obecnym życiu Katarzyny.] Dotąd nie mamy dzieci... Jest dla mnie bardzo dobry. Bardzo się kochamy i jesteśmy szczęśliwi.
Najwyraźniej udało jej się oderwać od prześladowań w rodzinnym domu. Spytałem, czy może zidentyfiko­wać miejsce, w którym mieszkała.
- Brennington? — szepnęła Katarzyna z wahaniem. — Widzę książki w śmiesznych starych okładkach. Jed­na, największa zamyka się na rzemień. — I w tym miejscu wypowiedziała kilka słów, których nie zrozumiałem. Czy były w języku gaelickim, czy nie, nie mam
pojęcia.
— Mieszkamy w głębi lądu, niezbyt blisko morza. Hrabstwo... Brennington? Widzę farmę, są tu świnie i jagnięta. To nasza farma. — Poszła w przód w czasie.
Mamy dwóch synów... Starszy ma się żenić. Widzę dzwonnicę kościelną... bardzo starą kamienną budowlę.
Nagle Katarzyna poczuła ból głowy i dotknęła ręką lewej skroni. Powiedziała mi, że upadła na kamiennych schodach, ale nic się jej nie stało. Umarła jako staruszka w swoim łóżku, otoczona przez rodzinę.
Znowu opuściła swoje ciało po śmierci, ale tym razem nie była tym zdumiona ani zaniepokojona.
- Widzę jasne światło, jest wspaniałe, czerpię energię tego światła. — Odpoczywała po śmierci pomiędzy dwoma wcieleniami. W ciszy mijały minuty. Nagle ode­zwała się, ale nie powoli, szeptem, jak zawsze dotąd. Jej głos był teraz ochrypły i głośny, mówiła bez wahania:
— Naszym zadaniem jest uczyć się, stać się podob­nymi do Boga poprzez wiedzę. Wiemy tak mało. Dzięki wiedzy zbliżamy się do Boga i wtedy możemy odpocząć. Potem znowu wracamy, by uczyć innych i pomagać im.
Zaniemówiłem. Oto była lekcja po jej śmierci, w sta­nie między wcieleniami. Jakie było źródło tego mate­riału? To oświadczenie było całkiem nie w stylu Kata­rzyny. Nigdy tak nie mówiła, nie używała takich słów, takiej frazeologii. Nawet ton jej głosu był całkiem inny. W tym momencie nie zdawałem sobie sprawy, że choć Katarzyna wypowiedziała te słowa, nie były to jej myśli. Ona powtarzała to, co zostało jej powiedziane. Później jako źródło podała Mistrzów, wysoko ewoluowane du­sze pozbawione ciała, które przez nią mogły przema­wiać do mnie. Katarzyna nie tylko potrafiła cofać się w czasie do swych poprzednich wcieleń, ale teraz stała się przekaźnikiem wiedzy zza świata. Cudowna wiedza. Z trudem próbowałem zachować obiektywizm.
Zostały wprowadzone nowe wymiary. Katarzyna ni­gdy nie czytała książek ani dr Kubler-Ross, ani dr. Raymonda Moody'ego, którzy pisali o przeżyciach na progu śmierci. Nigdy nie czytała Tybetańskiej Księgi Umarłych, a mimo to mówiła o przeżyciach opisanych w tych książkach. Był to swego rodzaju dowód. Gdyby tylko było więcej faktów, namacalnych dowodów, które mógłbym  zweryfikować.   Mój  sceptycyzm  osłabł,  ale jeszcze istniał. Może o badaniach dotyczących stanów na progu śmierci czytała w jakimś magazynie albo widziała w telewizji audycję temu poświęconą. Choć z całą stanowczością twierdziła, że świadomie nic takie­go nie pamięta, szczegóły mogła jednak zachować w podświadomości. Ale ona teraz poszła dalej niż wspo­mniane prace i przekazała przesłanie ze stanu między wcieleniami. O, gdybym tylko miał więcej faktów!
Po przebudzeniu Katarzyna, jak zawsze, pamiętała szczegóły swych dawnych wcieleń. Jednak nie mogła sobie przypomnieć niczego, co się zdarzyło po jej śmierci jako Elżbiety. W przyszłości też nigdy nie pamiętała żadnych szczegółów ze stanów pośrednich między wcie­leniami.
„Dzięki wiedzy zbliżamy się do Boga." I my kro­czyliśmy tą drogą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz