niedziela, 25 września 2011

Rozdział drugi

Rozdział drugi
Minęło osiemnaście miesięcy intensywnej terapii, kiedy Katarzyna przychodziła do mego gabinetu lekarskiego raz lub dwa razy w tygodniu. Była ona pacjentką dobrą, komunikatywną, obdarzoną intuicją i bardzo pragnęła wyzdrowieć.
Podczas tego okresu badaliśmy jej uczucia, myśli i sny. Zrozumiała własne powtarzające się wzorce za­chowania. Przypominała sobie coraz więcej ważnych szczegółów z dawnych lat, takich na przykład jak długie okresy nieobecności ojca, marynarza floty handlowej, i jego awanturowanie się po nadmiernym pijaństwie. Coraz lepiej zaczęła rozumieć swój gwałtowny związek ze Stuartem i w sposób coraz bardziej właściwy wyraża­ła swój gniew. Wiedziałem, że teraz powinna nastąpić znaczna poprawa. Pacjentom zwykle wtedy się polepsza, kiedy przypominają sobie przykre fakty z przeszłości, kiedy uczą się rozpoznawać i poprawiać złe wzorce swego zachowania, kiedy z dalszej, bardziej oderwanej perspektywy wnikliwie patrzą na swoje problemy. Ale stan Katarzyny nie poprawiał się.
Nadal dręczyły ją ataki panicznego lęku, nadal się pojawiały bardzo wyraziste koszmary senne, nadal też bała się ciemności, wody i zamknięcia. Sen jej ciągle był urywany i nie przynosił odpoczynku. Miewała przy­spieszone bicie serca. Nie chciała brać żadnych lekarstw w obawie, że zakrztusi się pastylkami. Miałem takie uczucie, jakbym natrafił na mur, i żebym nie wiem co robił, ten mur pozostawał tak wysoki, iż żadne z nas nie było w stanie go pokonać. Ale choć bardzo się martwiłem tą sytuacją, postanowiłem, że w jakiś sposób muszę pomóc Katarzynie.
I wtedy zdarzyła się dziwna rzecz. Choć tak bardzo bała się latać samolotem, że w czasie lotu musiała dodawać sobie odwagi kilkoma drinkami, wiosną 1982 poleciała ze Stuartem do Chicago. Podczas pobytu tam namówiła go, żeby poszli do muzeum sztuki i zwiedzili wystawę zabytków starożytnego Egiptu. W muzeum przyłączyli się do grupy oprowadzanej przez przewod­nika.
Katarzyna zawsze interesowała się starożytnym Egip­tem i fotografiami zabytków z tego okresu. Nie była specjalistką w tej dziedzinie i nigdy nie studiowała tego właśnie okresu historii, ale jakoś bardzo ją pociągał.
Kiedy zaś przewodnik zaczął omawiać pewne przed­mioty z owych czasów, nagle zaczęła go poprawiać... i miała rację! Przewodnik był tym zdumiony, Katarzyna zaskoczona. Skąd wiedziała to wszystko? Dlaczego ży­wiła tak silne przekonanie, że ma rację i publicznie po­prawiała przewodnika? Może były to jakieś szczegóły, które zapomniała w dzieciństwie?
Podczas naszego następnego spotkania opowiedziała mi, co zaszło. Kilka tygodni przedtem proponowałem Katarzynie hipnozę, ale ona bała się tego i odmówiła.
Teraz, po wydarzeniu na wystawie sztuki staroegipskiej, choć opornie, ale zgodziła się.
Hipnoza jest znakomitą metodą, by pomóc pacjen­towi przypomnieć dawno zapomniane zdarzenia. Nie ma w tym nic tajemniczego. Chodzi po prostu o wywo­łanie stanu wielkiej koncentracji. Pod wpływem wskazó­wek doświadczonego hipnotyzera ciało pacjenta rozluź­nia się, a pamięć nabiera ostrości. Hipnotyzowałem setki pacjentów i przekonałem się, że dzięki tej metodzie można opanować stany lękowe, wyeliminować fobie, zmienić złe przyzwyczajenia i przywołać odsuwane w głąb niepamięci zdarzenia. Udawało mi się cofnąć pac­jentów do ich wczesnego dzieciństwa, kiedy mieli dwa, trzy lata, w ten sposób ukazując dawno zapomniane urazy, które miały fatalny wpływ na ich życie. Dlatego byłem przekonany, że hipnoza pomoże Katarzynie.
Poleciłem jej położyć się na kanapce, z głową na małej poduszce i lekko przymknąć oczy. Najpierw zajęliśmy się jej oddechem. Z każdym wydechem usuwała na­gromadzone napięcie i lęk, z każdym wdechem jeszcze bardziej rozluźniała się. Po kilku minutach ćwiczeń oddechowych poleciłem jej, żeby wyobraziła sobie, iż kolejno rozluźniają się jej mięśnie, począwszy od mięśni twarzy, potem szyi i ramion, rąk, mięśni brzucha i ple­ców, i wreszcie nóg, aż poczuje, że jej ciało zanurza się coraz głębiej i głębiej w leżankę.
Następnie poleciłem, żeby sobie wyobraziła jasne bia­łe światło na czubku swej głowy, wewnątrz ciała. I po­tem kiedy to światło sprowadzałem coraz niżej, ono całkowicie odprężało każdy mięsień, nerw, każdy narząd — całe jej ciało — wprowadzając ją w stan coraz głębszego relaksu i spokoju. Czuła się coraz bardziej śpiąca, coraz bardziej uspokojona. Wreszcie na moje polecenie światło wypełniło ją całą i otoczyło.
Powoli zacząłem liczyć od dziesięciu do jednego. Przy każdej cyfrze osiągała coraz głębszą fazę odprężenia. Była w stanie skoncentrować się na moim głosie i wy­kluczyć wszystkie dźwięki tła. Przy cyfrze jeden była już w średnio głębokim stanie hipnozy. Cały ten proces trwał około dwudziestu minut.
Potem zaczął się etap powrotu do przeszłości, po­prosiłem ją, żeby przypomniała sobie stopniowo, to co pamięta z wczesnych lat swego życia. Mimo że była pogrążona w głębokim śnie hipnotycznym, mogła mó­wić i odpowiadać na moje pytania. Pamiętała bolesną wizytę u dentysty, kiedy miała sześć lat. Bardzo wyraź­nie pamiętała swój wielki strach, kiedy mając pięć lat została zepchnięta z trampoliny do basenu. Zakrztusiła się wtedy połykając wodę, i teraz kiedy mówiła o tym w moim gabinecie, zaczęła się okropnie krztusić. Powie­działem jej, że już jest po wszystkim, że nie jest w wo­dzie. Krztuszenie natychmiast ustąpiło, zaczęła normal­nie oddychać. Ciągle była w głębokim transie.
Kiedy miała trzy lata wydarzyła się jej najgorsza przygoda. Obudziła się wtedy w swoim ciemnym pokoju i wiedziała, że jest w nim pijany ojciec. Śmierdział alkoholem, a ona teraz nawet czuła ten zapach. Dotykał ją i głaskał, nawet „tam, nisko". Przerażona rozpłakała się, usta więc zakrył jej szorstką dłonią. Nie mogła oddychać. W moim gabinecie, na leżance w dwadzieścia pięć lat później Katarzyna zaczęła łkać. Wiedziałem, że mamy teraz informację, klucz do tajemnicy. Byłem pewien, że odtąd niepokojące objawy szybko ustąpią. Cichym głosem powiedziałem, że to wszystko dawno minęło, że nie jest w swoim dziecinnym pokoju, lecz spokojnie leży pogrążona nadal w transie. Przestała płakać. Teraz wprowadziłem ją w teraźniejszość, a na­stępnie obudziłem, przedtem wydając polecenie, żeby zapamiętała wszystko, co mi opowiedziała. Resztę czasu poświęciliśmy na rozmowę o tym bardzo żywym i boles­nym incydencie z ojcem. Starałem się pomóc, żeby zaakceptowała i przyjęła tę „nową" wiedzę. Dopiero teraz zrozumiała swój stosunek do ojca, jego postępo­wanie wobec niej, jego wyniosłość i własny lęk. Kiedy wychodziła z mego gabinetu, jeszcze się trzęsła, ale ja byłem pewien, że to, czego się dowiedziała, warte było tego chwilowego szoku.
Podczas trudnych chwil odkrywania jej bolesnych głęboko ukrytych wspomnień, całkiem zapomniałem o tym, żeby szukać w jej dzieciństwie jakichś związków ze starożytnym Egiptem. Teraz, kiedy przypomniała sobie te przerażające wydarzenia, spodziewałem się, że nastąpi znaczna poprawa w stanie jej zdrowia.
Mimo to, jak mi powiedziała tydzień później, sym­ptomy nadal były takie same, równie dotkliwe jak poprzednio. Byłem zdumiony. Nie wiedziałem, gdzie się krył błąd. Czy mogło się wydarzyć coś, nim ukończyła trzeci rok życia? Odkryliśmy całkiem wystarczające po­wody, czemu bała się uduszenia w wodzie, ciemności i zamknięcia, a mimo to dokuczliwy lęk i ataki nieopanowanego strachu nadal trapiły ją, gdy się budziła. Również koszmary senne były tak samo okropne jak przedtem. Postanowiłem więc, że będę ją wprowadzać w dalszą jeszcze przeszłość.
Podczas hipnozy moja pacjentka mówiła szeptem powoli i z namysłem. Dzięki temu mogłem dosłownie zapisywać każde jej słowo, a następnie cytować Kata­rzynie wszystko  co powiedziała.
Powoli wprowadziłem ją w czasy, kiedy ukończyła dwa lata", ale nie miała żadnych istotnych wspomnień z tego okresu. Wydałem jej więc stanowcze i wyraźne polecenie:
Cofnij się do tego okresu, który był przyczyną twoich objawów. — Jednak całkowicie byłem nie przy­gotowany na to, co usłyszałem.
Widzę białe stopnie prowadzące do wielkiego bu­dynku z kolumnami, otwartego z przodu, nie ma tam drzwi wejściowych. Mam na sobie długą suknię... worek z jakiegoś surowego materiału. Mam długie blond wło­sy, splecione w warkocz.
Byłem całkiem zaskoczony, nie wiedziałem, co się dzieje, spytałem wiec, który to jest rok i jak ma na imię. Odparła:
- Aronda... mam osiemnaście lat. Przed tym budyn­kiem widzę targowisko. Wiele koszy... są noszone na plecach.  Mieszkamy w dolinie...  Tam  nie ma wody. Jest rok 1863 przed Chrystusem. Okolica jest pustynna, piaszczysta, jest gorąco.  Nie ma  rzeki,  mamy  tylko
jedną studnię. Woda spływa z gór w doliny.
Kiedy mi jeszcze podała kilka dalszych szczegółów topograficznych, poleciłem, żeby się przeniosła o kilka lat w przód i powiedziała, co widzi.
- Drzewa i kamienną drogę. Coś się gotuje w ogniu. Mam blond włosy. Noszę długą, szorstką brązową suk­nię i sandały. Mam dwadzieścia pięć lat. Mam córeczkę, której na imię jest Kleastra... To Rachel. [Rachel jest bratanicą Katarzyny, są bardzo ze sobą zżyte]. Jest bardzo gorąco.
Byłem zdumiony. Poczułem dziwny ucisk w żołądku, zrobiło mi się zimno. To, co opisywała, jej wspomnienia, były bardzo wyraźne. Wcale nie były naciągane. Imiona, daty, opisy ubrania, drzewa - wszystko widziała bar­dzo wyraźnie! Co się działo? Jak to dziecko mogło być teraz jej bratanicą? Byłem całkowicie zagubiony. Jako psychiatra zbadałem tysiące pacjentów, wielu z nich pod działaniem hipnozy, ale nigdy dotąd nie napotkałem na coś tak fantastycznego, nawet w opisywanych mi snach. Poleciłem jej, żeby przesunęła się w czasie i opowiedziała o swej śmierci. Nie bardzo wiedziałem, jak przeprowa­dzać wywiad z kimś, kto znajdował się najwyraźniej w świecie fantazji albo wspomnień, ale musiałem do­trzeć do tych jej bolesnych przeżyć, które mogły być przyczyną stanów lękowych oraz innych symptomów. A zdarzenia związane z okolicznościami jej śmierci mog­ły być bardzo bolesne, ponieważ powódź a może fala przypływu, zniszczyła wieś.
— Wielkie fale wyrywają drzewa, nie ma gdzie ucie­kać. Jest zimno, woda jest zimna. Chcę ratować swoje dziecko, ale nie mogę... mogę tylko mocno tulić je do siebie. Tonę, dusi mnie woda. Nie mogę oddychać, nie mogę przełknąć... woda jest słona. Woda wyrywa mi dziecko z objęć. — Katarzyna opowiadając to, co wi­dzi, ledwie łapała powietrze, miała trudności z oddycha­niem. Nagle jej ciało całkowicie się odprężyło, oddech stał się głęboki, równy. — Widzę chmury... Jest ze mną moje dziecko oraz inni mieszkańcy wioski. Widzę swe­go brata.
Odpoczywała, jej życie się skończyło. Nadal była w głębokim transie. Byłem zaskoczony! Poprzednie wciele­nie? Reinkarnacja? Mój kliniczny umysł mówił mi, że ona nie fantazjuje, że nie wymyśliła tej opowieści. Jej myśli,  często  zmieniający   się  wyraz   twarzy,   troska o szczegóły, wszystko to było całkiem inne niż wtedy, kiedy była w pełni świadomości, ale ani stan jej psychiki, ani struktura charakterologiczna nie tłumaczyły tych rewelacji. Schizofrenia? Nie, nigdy nie miała żadnych zaburzeń świadomości ani urojeń. Kiedy była przytom­na, nigdy nie miała halucynacji słuchowych ani wzroko­wych, w ogóle żadnych objawów psychotycznych. Nie miała przywidzeń, nigdy też nie traciła kontaktu z rze­czywistością. Nie miała wielorakiej czy rozszczepionej osobowości. Była tylko jedna Katarzyna i jej świadomy umysł w pełni zdawał sobie z tego sprawę. Nie miała tendencji socjopatycznych. Nie była aktorką. Nie zaży­wała narkotyków ani nie przyjmowała substancji halu­cynogennych.   Alkoholu  piła  minimalnie.   Nie  miała schorzeń ani neurologicznych, ani psychicznych, które mogłyby wyjaśnić to niezwykle żywe, bezpośrednie prze­życie w stanie hipnozy.
Były to swego rodzaju wspomnienia, ale skąd sięwzięły? Miałem wewnętrzne przekonanie, że natrafiłem na coś, o czym bardzo niewiele wiedziałem, a mianowi­cie na reinkarnację i wspomnienia z poprzedniego wcie­lenia. Ale to niemożliwe, mówiłem sobie, a utwierdzał mnie w tym mój umysł naukowca. Ale to coś działo się na moich oczach. Nie mogłem ani tego wyjaśnić, ani zaprzeczyć realności zjawiska.
- Proszę, mów dalej — powiedziałem nieco zde­nerwowany, ale też zafascynowany tym, czego byłem świadkiem. — Czy pamiętasz coś jeszcze?
Pamiętała fragmenty swoich dwóch innych wcieleń.
— Mam na sobie suknię z czarną koronką i czarną koronkę na głowie, mam ciemne, nieco posiwiałe włosy. Jest rok 1756 [po Chrystusie]. Jestem Hiszpanką. Na imię mi Luiza, mam pięćdziesiąt sześć lat. Właśnie tańczę, inni wokół też tańczą. [Długa przerwa]. Jestem chora. Mam gorączkę, zimne poty... Wiele osób choru­je, umiera... Lekarze nie wiedzą, że to jest z wody. - Poleciłem jej przenieść się w przyszłość. — Odzys­kałam zdrowie, ale ciągle boli mnie głowa, bolą oczy... ciągle boli mnie głowa z powodu gorączki, wody... Wiele osób umiera.
Potem wyznała, że w tym wcieleniu była prostytutką, ale nie podała mi tej informacji, gdyż się wstydziła. Najwidoczniej podczas hipnozy Katarzyna potrafiła ce­nzurować niektóre przekazywane wspomnienia.
Ponieważ rozpoznawała swoją bratanicę w starożyt­nym Egipcie, impulsywnie spytałem, czy byłem obecny w którymś z jej wcieleń? Ciekawiło mnie, jaka była w nich moja rola (jeśli była). Odpowiedziała szybko, w przeciwieństwie do poprzednich bardzo powolnych i z namysłem relacjonowanych wspomnień:
— Jesteś moim nauczycielem, siedzisz na występie skalnym. Uczysz nas z książek. Jesteś stary, całkiem siwy. Nosisz białą suknię, togę ze złotą lamówką. Na­zywasz się Diogenes. Uczysz nas symboli, o trójkątach. Jesteś bardzo mądry,- ale ja tego nie rozumiem. To się dzieje w roku 1565 przed Chrystusem. (Działo się to mniej więcej dwieście lat przed słynnym greckim cyni­kiem, filozofem Diogenesem. Imię to było wówczas dość powszechne.)
Pierwszy tego rodzaju seans skończył się. Następne miały być jeszcze bardziej zdumiewające.
Po wyjściu Katarzyny i przez następne kilka dni za­stanawiałem się nad szczegółami jej hipnotycznej wę­drówki w przeszłość. To było naturalne z mojej strony. Nawet po „normalnej" terapii niewiele uchodziło mojej obsesyjnej analizie, a ten seans w żadnym razie nie był „normalny". W dodatku byłem bardzo sceptycznie na­stawiony  do  życia  po  śmierci,  reinkarnacji,  przeżyć „spoza ciała" i zjawisk pokrewnych. Ostatecznie — roz­ważała logiczna część mego umysłu — mogła to sobie wymyśleć. Nie byłem przecież w stanie sprawdzić żad­nego z jej stwierdzeń ani opisów. Ale nurtowała mnie także inna myśl.  Miej  otwarty umysł — mówił mi rozsądek, prawdziwa nauka opiera się na obserwacji. „Wspomnienia"   Katarzyny  mogą  nie   być  wytwo­rem imaginacji. Może się w tym kryć coś więcej, niż widzi oko, czy postrzega któryś inny zmysł. Pilnie wszy­stko obserwuj. Zbierz więcej danych.
I jeszcze jedna myśl dręczyła mnie. Czy Katarzyna tak łatwo ulegająca strachom i lękom, zdecyduje się raz jeszcze poddać hipnozie? Postanowiłem, że nie będę do niej dzwonił. Niech ona także przetrawi to doświadczenie. Zaczekam do przyszłego tygodnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz