niedziela, 25 września 2011

POZA CZAS I NIEŚMIERTELNOŚĆ


POZA CZAS I NIEŚMIERTELNOŚĆ

Rozdział pierwszy
Kiedy pierwszy raz ujrzałem Katarzynę, ubrana była w czerwoną sukienkę i przerzucała kartki jakiegoś ma­gazynu w mojej poczekalni. Wyraźnie z trudem od­dychała. Przedtem ze dwadzieścia minut nerwowo prze­mierzała korytarz przed wejściem na oddział psychiatrii, walcząc z chęcią ucieczki.
Powitałem ją, wymieniając uścisk ręki. Zauważyłem, że jej dłonie są zimne i wilgotne, co świadczyło o silnym zdenerwowaniu. Przez dwa miesiące nie odważyła się przyjść do mnie, mimo że usilnie namawiało ją na to dwóch lekarzy, którym całkowicie wierzyła. Wreszcie przyszła.
Katarzyna jest niezwykle atrakcyjną kobietą, blon­dynką o dość długich włosach i brązowych oczach. W tym czasie pracowała jako laborantka w szpitalu, w któ­rym byłem ordynatorem oddziału psychiatrycznego, po­za tym dodatkowo zarabiała jako modelka reklamująca kostiumy kąpielowe.
Wprowadziłem ją do mego gabinetu, gdzie znajdowa­ła się leżanka i wielki skórzany fotel. Usiedliśmy na­przeciw siebie, rozdzieleni tylko blatem biurka. Katarzy­na milcząc oparła się w fotelu, nie wiedząc jak zacząć. Czekałem, gdyż wolałem, żeby to ona pierwsza się odezwała, ale wreszcie zacząłem wypytywać ją o jej prze­szłość, o to, kim jest i dlaczego do mnie przyszła.
Z odpowiedzi poznałem historię życia Katarzyny. Była jednym z trojga dzieci w katolickiej rodzinie, w małym miasteczku w stanie Massachusetts. Jej brat, starszy o trzy lata, był bardzo wysportowany i cieszył się swobodą, na jaką jej nigdy nie pozwalano. Młodsza siostra była ulubienicą obojga rodziców.
Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o jej dolegliwościach, wyraźnie stała się spięta i nerwowa. Mówiła szybko i pochylała się w przód, opierając łokciami o biurko. Całe życie była przytłoczona strachem. Tak bardzo bała się udusić, że nie mogła przełknąć żadnej pigułki, bała się wody, samolotów, ciemności, przerażała ją śmierć. Często spała w garderobie na ubranie. Ostatnio te stany lękowe nasiliły się. Mijały zwykle dwie, trzy godziny, nim mogła zasnąć. A kiedy już spała, spała bardzo lekko, często się budząc. Koszmary i wędrówki we śnie, które były plagą jej dzieciństwa, znowu powróciły. Po­nieważ te lęki oraz inne objawy paraliżowały ją, po­grążała się w coraz głębszej depresji.
Kiedy Katarzyna wszystko to opowiadała mi, widzia­łem, jak bardzo cierpi. Podczas mej praktyki pomogłem wielu ludziom takim jak ona, byłem więc pewien, że i tym razem mi się to uda. Postanowiłem, że przede wszystkim sięgniemy do jej dzieciństwa, szukając tam źródła wszystkich problemów. Zwykle tego rodzaju ana­liza pomaga usunąć lęk. Gdyby to było konieczne i gdy­by mogła łykać tabletki na poprawę samopoczucia, zapisałbym jakieś łagodne leki przeciwlękowe. Na podstawie symptomów Katarzyny byłaby to typowa kura­cja podręcznikowa, a ja nigdy nie wahałem się stosować środków uspokajających lub nawet antydepresyjnych, lecząc chroniczne, poważne stany lękowe. Obecnie uży­wam tych leków o wiele rzadziej i tylko przejściowo, jeśli w ogóle ich używam. Żadne lekarstwo nie może sięgnąć do prawdziwych przyczyn tych objawów. Do­wiodło tego moje doświadczenie z Katarzyną oraz po­dobnymi do niej innymi pacjentami. Teraz wiem, że trzeba stosować odpowiednią kurację, a nie tylko usu­wać lub tłumić objawy.
W czasie pierwszej wizyty starałem się delikatnie ją skłonić,- żeby się cofnęła do dzieciństwa. Ponieważ Ka­tarzyna pamiętała zdumiewająco małą ilość wydarzeń z pierwszych lat swego życia, pomyślałem, że być może należałoby zastosować terapię hipnozą jako środek, żeby opanować to zahamowanie. Nie mogła sobie przy­pomnieć żadnych konkretnych bolesnych momentów w dzieciństwie, które wyjaśniałyby późniejsze napady lęku.
Kiedy z wysiłkiem starała się ożywić dawne wspo­mnienia, zaczęły się pojawiać poszczególne fragmenty. W wieku pięciu lat wpadła w panikę, ponieważ ktoś ją zrzucił z trampoliny do basenu. Powiedziała mi, że jednak nawet przed tym zdarzeniem nigdy nie czuła się bezpiecznie w wodzie. Kiedy Katarzyna miała jedenaś­cie lat, jej matka zapadła na ciężką depresję i wyłączyła się z życia rodzinnego co spowodowało, że musiała się leczyć u psychiatry, który przepisał jej elektrowstrząsy. Kuracja ta fatalnie wpłynęła na pamięć matki, co bar­dzo przeraziło Katarzynę, ale kiedy matce się polepszyło i znowu stała się „sobą", Katarzyna powiedziała mi, że jej lęk ustąpił. Ojciec przez długie lata nadużywał al­koholu, tak że brat Katarzyny często musiał go zabierać pijanego z lokalnego baru. Nasilający się nałóg był przyczyną wielu kłótni z matką, która potem była bardzo smutna i milcząca. Dla Katarzyny było to jed­nak zjawisko oczywiste w życiu rodzinnym.
Poza domem życie jej układało się lepiej. W szkole średniej miała randki i łatwo zawierała przyjaźnie, któ­rych większość trwała wiele lat. Mimo to była raczej nieufna wobec ludzi, zwłaszcza tych spoza swego małe­go kręgu przyjaciół.
Przekonania religijne miała proste i nie podlegające wątpliwościom. Od dzieciństwa wychowywana była tak, że wierzyła bez reszty w dogmaty katolickie i prze­strzegała praktyk religijnych. W rezultacie nigdy nie wątpiła w zasady swojej wiary. Była głęboko przekona­na, że jeśli człowiek jest dobrym katolikiem i żyje zgodnie z wszelkimi kanonami, zostanie nagrodzony i pójdzie do nieba, jeśli nie, będzie skazany na czyściec lub piekło. To Bóg Ojciec i Jego Syn podejmowali tę ostateczną decyzję. Później dowiedziałem się, że Kata­rzyna nie wierzyła w reinkarnację, w rzeczywistości bardzo niewiele o tym wiedziała, choć coś tam czytała na temat hinduizmu. Reinkarnacja była ideą całkowicie sprzeczną z jej wychowaniem i poglądami. Nigdy nie czytała żadnej literatury metafizycznej czy okultystycz­nej, ponieważ ją to nie interesowało. Słowem, była nie­złomna w swojej wierze. 
Po szkole średniej Katarzyna skończyła dwuletni kurs dla techników laboratoryjnych. Zdobywszy zawód i za­chęcona tym, że jej brat przeniósł się do Tampa, Kata­rzyna postarała się o pracę w klinice uniwersyteckiej wydziału medycznego w Miami. Do Miami przeniosła się wiosną 1974, mając dwadzieścia jeden lat.
Życie w Miami okazało się dla niej trudniejsze niż w małym miasteczku, ale mimo to była zadowolona, że uciekła od rodzinnych problemów.
W czasie pierwszego roku pobytu w Miami, Katarzy­na spotkała Stuarta, Żyda, człowieka żonatego, ojca dwojga dzieci. Różnił się on całkowicie od chłopców, z którymi chodziła na randki. Był to wzięty lekarz, o mocnym charakterze, agresywny. Czuli do siebie wielki pociąg fizyczny, ale ich romans był burzliwy, pełen konfliktów. Miała wrażenie jakby ją zaczarował. W okresie, kiedy Katarzyna zaczęła kurację, jej związek ze Stuartem trwał szósty rok i był bardzo silny, mimo że nie zawsze działo się dobrze. Katarzyna nie potrafiła się oprzeć Stuartowi, choć czasem traktował ją bardzo źle, gniewało ją to, że ją okłamuje, nie dotrzymuje słowa i jest wobec niej dwulicowy.
Kilka miesięcy przed przyjściem do mnie Katarzyna musiała się poddać zabiegowi usunięcia łagodnego guz­ka na strunie głosowej. Bała się zabiegu, ale była wręcz przerażona, kiedy się po nim obudziła. Wiele godzin trwało, nim personel medyczny ją uspokoił. Po tym zdarzeniu udała się do doktora Edwarda Poole'a. Ed z zawodu był pediatrą, człowiekiem bardzo sympatycz­nym, Katarzyna poznała go podczas pracy w szpitalu. Oboje poczuli do siebie sympatię i nawiązała się między nimi bliska przyjaźń. Katarzyna szczerze opowiedziała Edowi o swych lękach, o związku ze Stuartem i o tym, że czuje, jak traci kontrolę nad swoim życiem. Ed poradził jej, żeby się ze mną, i tylko ze mną, umówiła, nie z żadnym z moich asystentów. Kiedy Ed do mnie wpadł i opowiedział o niej, stwierdził, że jego zdaniem tylko ja mogę naprawdę zrozumieć Katarzynę, mimo że inni psychiatrzy też mają znakomite kwalifikacje i są zdolnymi  terapeutami.  Jednak  wtedy  Katarzyna  nie zgłosiła się.
Minęło osiem tygodni. W wirze spraw związanych z faktem, że byłem kierownikiem oddziału psychiatrycz­nego, zapomniałem o wizycie Eda. A lęki i fobie Ka­tarzyny narastały. Doktor Frank Acker, szef chirurgii znał Katarzynę od kilku lat, często żartowali ze sobą, kiedy wpadał do laboratorium, w którym pracowała. Zauważył więc jej zły nastrój i napięcie, w jakim żyła. Kilkakrotnie chciał coś powiedzieć na ten temat, ale się nie odważył. Pewnego popołudnia Frank jechał samo­chodem do małego szpitala poza miastem, żeby wygłosić tam wykład. W drodze zauważył jadącą do domu Ka­tarzynę, która mieszkała w pobliżu tego właśnie szpita­la, wychylił się przez okno i pomachał do niej ręką, wołając przy tym:
- Chcę, żebyś jak najszybciej zobaczyła się z dok­torem Weissem. Nie zwlekaj!
Choć chirurdzy muszą często działać pod wpływem impulsu, sam Frank był zdziwiony tym co zrobił.
U Katarzyny ataki lęku i paniki stawały się coraz częstsze i coraz dłuższe. Zaczęła mieć powtarzające się koszmarne sny. W jednym z nich zawalił się most, przez który jechała samochodem. Jej wóz wpadł do wody, a ona uwięziona w nim, utonęła. W drugim śnie zam-knięta była w ciemnym jak smoła pokoju i potykając się wpadając na meble, nie mogła znaleźć wyjścia. W konsekwencji postanowiła się ze mną zobaczyć.
Podczas pierwszego spotkania z Katarzyną nie miałem pojęcia, że wkrótce moje całe życie wywróci się do góry nogami, że ta przerażona, pozbawiona równowagi siedząca naprzeciw mnie młoda kobieta będzie katalizatorem niezwykłych zmian i że ja sam nigdy więcej nie będę taki jak przedtem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz