niedziela, 25 września 2011

Rozdział czwarty

Rozdział czwarty
— Widzę kwadratowy biały dom, a przed nim piasz­czystą drogę, po której jeżdżą ciągle mężczyźni na koniach. — Katarzyna mówiła to swoim zwykłym sen­nym szeptem. — Rosną tu drzewa... to plantacja, wielki dom jest otoczony mniejszymi domkami, chyba niewol­ników. To Południe... Wirginia? — Wydawało się jej, że jest rok 1873. Była dzieckiem.
Konie i wielkie zbiory... kukurydzy, tytoniu. — Wraz z resztą służby pracuje w kuchni. Jest Murzynką i na imię ma Abby. Zesztywniała nagle, miała przeczu­cie, że w wielkim domu wybuchnie pożar, potem widzia­ła, jak się spalił. Był już rok 1888, przesunęła się wprzód
o piętnaście lat.
Noszę starą suknię, czyszczę lustro na pierwszym piętrze domu, domu z cegły, z oknami... które mają mnóstwo szybek. To lustro nie jest proste, jest sfalowa­ne i ma gałki na końcach. Właściciel domu nazywa się James Manson. Nosi śmieszny płaszcz z trzema guzika­mi i wielki czarny kołnierz, nosi brodę... nie rozpoznaję go [jako kogoś z obecnego życia Katarzyny]. Traktuje mnie dobrze. Mieszkam w głównym domu, sprzątam pokoje. Jest tu szkoła, ale mnie nie wolno chodzić do szkoły. Robię także masło!

Katarzyna szeptała wolno, używając prostych słów i przywiązując bardzo wielką wagę do szczegółów. W ciągu następnych pięciu minut dowiedziałem się, jak się robi masło. Wiedza Abby na temat robienia masła była również czymś nowym dla Katarzyny. Poleciłem jej przesunąć się w czasie.
— Jestem z kimś, ale chyba nie pobraliśmy się. Śpimy razem... ale nie zawsze razem mieszkamy. Lubię z nim być, ale to nic specjalnego. Nie widzę żadnych dzieci. Rosną tu jabłonie, są kaczki.
W oddali widzę innych ludzi. Ja zbieram jabłka. Nie wiem dlaczego oczy mnie pieką. — Katarzyna wykrzy­wia twarz w grymasie. Zacisnęła oczy. — To dym. Wiatr wieje w moją stronę... dym palącego się drzewa. — Za­częła kaszleć. — Dzieje się teraz dużo, oni wypalają te beczki w środku... smołują je... żeby były wodoodporne.
Po tym ostatnim, tak bulwersującym seansie, chcia­łem wrócić do etapu pośredniego. Mieliśmy już za sobą dziewięćdziesiąt minut, kiedy poznawaliśmy jej życie jako służącej. Po relacji o słaniu łóżek, o wyrobie masła i wypalaniu beczek pragnąłem czegoś bardziej duchowe­go. Ale uzbroiłem się w cierpliwość i naprowadziłem Katarzynę na jej śmierć.
- Z trudem oddycham, tak bardzo mnie boli w piersiach. — Łapała powietrze, wyraźnie cierpiąc. — Serce też mnie boli, szybko bije. Jest mi bardzo zimno... cała się trzęsę. — Zaczęła drżeć. — Przy mnie są ludzie, dają coś do picia z liśćmi [herbatę]. Śmiesznie pachnie. Jakiś płyn wcierają mi w piersi. Gorączka... ale jest mi bardzo zimno. — Umarła spokojnie. Unosząc się pod sufitem widziała siebie leżącą na łóżku, była drobną skurczoną szescdziesięcioparoletnią kobietą. Po prostu unosiła się w powietrzu, czekając, żeby ktoś przyszedł i jej pomógł. Nale ujrzała światło, które ją pociągało jak magnes. Światło stawało się coraz mocniejsze, coraz bardziej jasne. Czekaliśmy w milczeniu, minuty wolno upływały. Nagle znalazła się w innym wcieleniu, odleg­łym o tysiące lat od epoki, w której żyła Abby.
Katarzyna cicho szeptała: — Widzę dużo czosnku wiszącego w otwartej izbie. Czuję go. Ten czosnek ma oczyścić krew z tego, co w niej złe, a także ciało. Czosnek rośnie także na zewnątrz, w ogrodzie na samej górze, zioła także tam rosną... I figi, daktyle. Te rośliny pomagają człowiekowi. Moja matka kupuje czosnek oraz inne zioła. Ktoś w domu jest chory. I jeszcze są takie dziwne korzenie. Czasem się je wkłada w usta albo w uszy, albo inne otwory ciała. One działają wewnętrznie.
Widzę starego człowieka z brodą. To uzdrowiciel w wiosce. Mówi, co trzeba robić. Panuje zaraza... zabija ludzi. Nikogo się nie balsamuje, bo wszyscy boją się zarazić. Umarłych po prostu się grzebie. Ludzie bardzo cierpią z tego powodu. Uważają, że wskutek tego dusza nie może odejść [jest to niezgodne z innymi relacjami Katarzyny, o tym co się dzieje po śmierci]. Bardzo dużo ludzi umarło. Bydło także pada. Woda... powódź... ludzie chorują na skutek powodzi. [Najwyraźniej zro­zumiała, co jest przyczyną epidemii.] Ja także choruję z powodu wody. Boli mnie brzuch. Tracę tyle wody z organizmu. Jestem nad wodą, mam jej przynieść do domu. Widzę moją matkę i braci. Ojciec już umarł. Bracia są ciężko chorzy.
Zatrzymałem się, nim poleciłem jej pójść naprzód w czasie. Byłem zdumiony tym, jak koncepcja śmierci i życia po niej, zmieniała się wraz z każdym wcieleniem Katarzyny. A mimo to samą śmierć przeżywała za każdym razem tak samo. Świadoma cząstka jej istoty opuszczała ciało w momencie śmierci, unosząc się nad nim, a potem była przyciągana do cudownego, będące­go źródłem energii światła. Wtedy czekała na kogoś, kto powinien był przyjść, żeby jej pomóc. Dusza odchodziła automatycznie. Balsamowanie, uroczystości pogrzebo­we czy jakieś inne obrzędy po śmierci nie miały z tym nic wspólnego. To było automatyczne, nie wymagało żadnych przygotowań, przypominało po prostu prze­kroczenie otwartych drzwi.
Ziemia wokoło jest naga, wysuszona... Nie widzę żadnych  gór w pobliżu,  po  prostu równina,  płaska i sucha. Jeden z moich braci umarł. Ja czuję się lepiej, ale ciągle mnie boli. — Niestety jednak nie żyła wiele dłużej. — Leżę na sienniku czymś przykryta. — Ciężko
zachorowała i ani czosnek, ani zioła nie uratowały jej od śmierci.  Wkrótce unosiła się nad swoim ciałem, przyciągana dobrze znanym światłem i czekała cierp­liwie na przybycie kogoś.
Nagle głowa jej zaczęła powoli ruszać się z boku na bok, jak gdyby śledziła jakąś scenę. Głos jej znowu był donośny, zachrypnięty.
Oni mówią mi, że wielu jest bogów, ponieważ Bóg jest w każdym z nas.
Rozpoznałem ten głos ze stanu między wcieleniami po tej ochrypłości, jak również po zdecydowanie innym natchnionym tonie tej wypowiedzi.
— Twój ojciec jest tu i twój syn, który jest maleńkim dzieckiem. Twój ojciec mówi, że go poznasz, ponieważ na imię ma Avrom, a twoja córka ma imię po nim. Umarł na serce. Serce twego syna także było ważne, gdyż było niedorozwinięte, tak jak u kurczaka. Powodo­wany miłością uczynił dla ciebie wielkie poświęcenie. Jego dusza jest na bardzo wysokim etapie... Jego śmierć zadośćuczyniła za winy rodziców. Chciał także ci do­wieść, że medycyna nie mogła uczynić nic więcej, że jej możliwości są bardzo ograniczone.
Katarzyna przestała mówić, a ja siedziałem oszoło­miony w milczeniu, próbując zebrać myśli. Było mi bardzo zimno.
Katarzyna właściwie nic nie wiedziała o moim życiu osobistym. Na moim biurku stało zdjęcie mojej córki jako bardzo małej dziewczynki, uśmiechała się radośnie pokazując dwa dolne mleczne ząbki, obok było zdjęcie mego syna. Poza tym Katarzyna dosłownie nic nie wiedziała o historii mojej rodziny. Ściśle przestrzegałem zasad psychoterapii. Terapeuta powinien być tabula rasa, pustą kartą, na której pacjent może zapisywać swoje myśli, uczucia i postawy, które następnie są anali­zowane przez terapeutę w ten sposób, by rozszerzały horyzonty umysłu pacjenta. Cały czas zachowywałem wobec Katarzyny ów terapeutyczny dystans. Znała mnie wyłącznie jako psychiatrę, nie wiedząc nic o mojej przeszłości ani o życiu rodzinnym.
Największą dla mnie tragedią była nieoczekiwana śmierć pierworodnego syna, Adama, który zmarł na początku 1971 roku, przeżywszy zaledwie dwadzieścia trzy dni. W dziesięć dni po przywiezieniu go ze szpitala zaczął mieć trudności z oddychaniem i wymiotować. Bardzo było trudno postawić diagnozę. „Całkowita anomalia naczyń płucnych z wadą przegrody przedsion­kowej" — powiedziano nam. — „To się zdarza w przy­bliżeniu raz na dziesięć milionów urodzeń." Żyły płucne, które miały dostarczać utlenioną krew z powrotem do serca, były źle umiejscowione, wchodząc do serca z nie­właściwej strony. To tak jak gdyby jego serce było obrócone do tyłu. Niezwykle rzadki przypadek.
Nad wyraz ryzykowna operacja na otwartym sercu nie mogła uratować Adama, który zmarł w parę dni później. Przez wiele miesięcy opłakiwaliśmy śmierć tego dziecka, nasze utracone nadzieje i marzenia. W rok później urodził się syn Jordan, który ukoił naszą roz­pacz.
W okresie choroby Adama zastanawiałem się, czy słusznie zdecydowałem wybierając psychiatrię. Podczas stażu interna dawała mi wiele satysfakcji i nawet pro­ponowano mi specjalizację w tej dziedzinie. Po śmierci synka zdecydowałem jednak, że będę się specjalizować w psychiatrii.
Mój ojciec cieszył się doskonałym zdrowiem, aż do ciężkiego ataku serca w roku 1979, kiedy miał sześć­dziesiąt jeden lat. Pierwszy atak przeżył, ale ściana serca była nieodwracalnie uszkodzona i zmarł w trzy lata później. Było to na blisko dziewięć miesięcy przed pierwszą wizytą Katarzyny w moim gabinecie.
Ojciec był człowiekiem religijnym, bardziej przywiąza­nym do obrzędów niż do treści duchowych. Wolał swoje hebrajskie imię Avrom niż angielskie Alvin. W cztery miesiące po jego śmierci urodziła się nam córeczka Amy, której nadaliśmy jego imię.
I oto w 1982 w moim cichym zaciemnionym gabinecie usłyszałem głośno wypowiadane fakty z mego życia, znane tylko mnie. Zanurzyłem się w morzu ponadzmysłowych zjawisk. To było cudowne. Zadrżałem. Kata­rzyna nie mogła o tym wiedzieć, bo i gdzie, i od kogo? Skąd mogła wiedzieć, że mój ojciec nosił hebrajskie imię, że miałem synka, który zmarł w niemowlęctwie na niezwykle rzadką wadę serca, że wahałem się na temat wyboru specjalizacji, że nadałem mojej córeczce imię zmarłego ojca. Zbyt wiele było tych prawdziwych co do joty informacji, których stała się przekazicielką. A jeśli potrafiła ujawnić takie fakty, mogłem się spodziewać dalszych rewelacji. I przyznam się, że bardzo tego prag­nąłem.
Kto jest tutaj? — wybąkałem. — Kto ci to wszyst­ko mówi?
Mistrzowie — szepnęła — przewodnicy duchowi. To oni powiedzieli mi, że w formie fizycznej żyłam osiemdziesiąt sześć razy.
Oddech Katarzyny uspokoił się, głowa przestała się kiwać z boku na bok. Odpoczywała. Chciałem dalej kontynuować seans, ale to wszystko, co powiedziała, nadal nie dawało mi spokoju. Czy naprawdę przeżyła osiemdziesiąt sześć wcieleń? A co z „Mistrzami"? Czy to możliwe? Czy nasze życie może być kierowane przez pozbawione fizycznych ciał duchy, które posiadają ogromną wiedzę? Czy są one stopniami drogi prowadzą­cej do Boga? Czy tak jest naprawdę? Wobec tego, co mi oświadczyła, trudno było wątpić, a jednak nadal nie bardzo wierzyłem. Miałem przecież za sobą lata całe krytycznych naukowych badań. Ale intuicja, serce i ro­zum mówiły mi, że Katarzyna odkryła prawdę.
A co z moim ojcem i synem? W jakimś sensie oni nadal żyli, nigdy naprawdę nie umarli. Przemówili do mnie wiele lat po swej śmierci i dowiedli tego, przekazu­jąc bardzo szczegółowe, osobiste informacje. A jeśli to wszystko było prawdą, czy mój syn był tak bardzo wysoko rozwinięty duchowo, jak powiedziała Katarzy­na? Czy naprawdę zgodził się urodzić nam i potem umrzeć po dwudziestu trzech dniach, żeby pomóc zma­zać przewiny naszej karmy, a przy tym nauczyć mnie nowego spojrzenia na medycynę i ludzkość, żeby mnie pchnąć w kierunku psychiatrii? Myśli te bardzo pod­niosły mnie na duchu. Mimo wewnętrznego chłodu ogar­nęło mnie uczucie wielkiej miłości, silnego związku i zjed­noczenia z niebem i ziemią. Jakże rad byłem usłyszeć o synu i ojcu, których stratę tak boleśnie przeżyłem.
Moje życie już nigdy nie będzie takie jak uprzednio. Jakaś ręka zmieniła nieodwołalnie jego tok.  Rzetelna i sceptyczna interpretacja zjawisk, jakich byłem świad­kiem, okazała się słuszna. Wspomnienia Katarzyny i jej przesłania były prawdziwe. Nie myliłem się w swoich intuicyjnych przypuszczeniach. Oto miałem fakty, dowody.
Ale mimo to w tej chwili radosnego uniesienia i zro­zumienia, nawet w tej chwili mistycznego przeżycia tak dobrze mi znana logiczna część mego rozumu zgłosiła sprzeciw. A może to tylko złudzenie albo przejaw jakiejś psychicznej anomalii. Załóżmy, że to jest anomalia, lecz wcale nie dowodzi istnienia reinkarnacji i Mistrzów Duchowych. Ponadto tym razem wiedziałem lepiej. Przypomniałem sobie tysiące, odnotowanych w nauko­wej literaturze przypadków, zwłaszcza te o dzieciach mówiących obcymi językami, z którymi nigdy nie miały kontaktu, albo o tych, które miały wrodzone znamiona w miejscach, gdzie kiedyś zadano im śmiertelne rany, o tych dzieciach, które wiedziały, gdzie były ukryte albo zakopane pewne przedmioty w miejscach odległych o ty­siące mil, dziesiątki lub setki lat temu. Znałem charakter Katarzyny i jej umysłowość. Wiem, jaka była i jaka być nie mogła. Nie, tym razem nie mogłem się mylić. Do­wody były niepodważalne, oczywiste. To była prawda. Ona potwierdzi to w następnych seansach.
W czasie kolejnych tygodni zapominałem nieraz o pełnym napięcia i niespodzianek klimacie tego seansu. Wpadłem znowu w zwykły kierat życiowy, troszcząc się jak dawniej o zwykłe codzienne sprawy. Wracały wąt­pliwości. Miałem wrażenie, że kiedy nie byłem skoncen­trowany tak jak podczas seansu, wracałem do starych nawyków myślowych, przekonań i sceptycyzmu. Ale wtedy natychmiast przypominałem sobie: to naprawdę się wydarzyło! Przekonałem się, jak ciężko jest uwierzyć w takie rzeczy, nie mając osobistych doświadczeń. Do­świadczenie jest konieczne, gdyż intelektualne zrozumienie wspiera ładunkiem emocjonalnego przeżycia, które niestety z czasem słabnie.
Najpierw nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego tak bardzo się zmieniłem. Wiedziałem, że jestem bardziej spokojny i cierpliwy, a znajomi mówili mi, że wyglądam na wypoczętego i zadowolonego z życia. Wreszcie do­szedłem do wniosku, że przestałem się bać śmierci. Nie bałem się już śmierci ani swego nieistnienia. Mniej też bałem się utracić moich najbliższych, choć oczywiście bardzo bym cierpiał nad tym. Jakże potężny jest strach przed śmiercią. W obawie przed nią z ludźmi dzieje się tyle dziwnych rzeczy: zawierają związki z młodszymi znacznie partnerami, w wieku średnim przeżywają częs­to głęboki kryzys, przeprowadzają operacje kosmetycz­ne, mają obsesje na punkcie sprawności fizycznej, gro­madzenia dóbr materialnych, prokreacji, żeby nie zagi­nęło rodowe nazwisko, dążą do tego, by coraz młodziej wyglądać i tak dalej, i tak dalej. Okropnie boimy się własnej śmierci, tak bardzo nawet, że zapominamy o prawdziwym celu naszego życia.
Stałem się też mniej obsesyjny. Nie musiałem już stale siebie kontrolować. Chociaż usiłowałem być mniej po­ważny, przemiana w tej materii była dla mnie trudna. Jeszcze wiele musiałem się nauczyć.
Byłem skłonny uznać rewelacje Katarzyny za praw­dopodobne, a nawet prawdziwe. Niezwykłych faktów dotyczących mego ojca i syna nie mogła poznać za pomocą pięciu zmysłów. Jej zasób wiedzy i umiejętności świadczył o nadwrażliwości psychicznej. Miałem pod­stawy, żeby jej wierzyć, lecz nadal pozostałem ostrożny i sceptyczny wobec tego, co czytałem w popularnej literaturze. Kim są ci ludzie piszący referaty o różnych nadnaturalnych zjawiskach, o życiu po śmierci oraz innych paranormalnych wydarzeniach? Czy są wdrożeni w naukową metodę obserwacji i wartościowania? Mimo tych zadziwiających wspaniałych seansów, jakie odby­łem z Katarzyną, wiedziałem, że mój z natury krytycz­ny umysł nadal będzie badać każdy nowy fakt, każdą nową informację. Będę sprawdzać, czy pasuje do kon­strukcji nośnej rosnącej wraz z każdym seansem. Wie­działem, że wszystko będę sprawdzać z każdego punktu widzenia, z dokładnością naukowca. Ale mimo to nie mogłem dłużej zaprzeczać, że ta konstrukcja już istnieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz