niedziela, 25 września 2011

Rozdział piąty

Rozdział piąty
Byliśmy ciągle jeszcze w środku seansu. Katarzyna skończyła wypoczywać i zaczęła mówić o zielonych posągach przed świątynią. Wyrwałem się z moich roz­myślań i zacząłem słuchać. Była w bardzo odległych czasach, gdzieś w Azji, a ja nadal z Mistrzami. To nie do wiary — pomyślałem — mówi o poprzednich wciele­niach, o reinkarnacji, a jednak w porównaniu z przesłaniami Mistrzów wydaje się to czymś tak krań­cowo różnym, wręcz błahym. Jednak już wtedy uświa­domiłem sobie, że musi przejść przez jakieś wcielenie, nim opuści ciało i znajdzie się w stanie przejściowym. Nie mogła osiągnąć tego stanu bezpośrednio. A tylko tam mogła nawiązać kontakt z Mistrzami.
— Przed wielką świątynią stoją zielone posągi — sze­ptała cicho. — Na świątyni są ostro zakończone ozdoby i brązowe kule, prowadzi do niej siedemnaście stopni, w środku jest sala, pali się tu kadzidło. Obecni tu ludzie są bosi. Głowy mają ogolone, okrągłe twarze i ciemne oczy, są ciemnoskórzy. Jestem w środku. Zraniłam nogę i przyszłam tu, szukając pomocy. Moja stopa jest spuch­nięta, nie mogę na niej stanąć. Coś w niej tkwi, przyło­żyli do niej jakieś liście... dziwne liście... Zawierające taninę? [Tanina, albo taninowy kwas, który w stanie naturalnym występuje w korzeniach, drzewie, korze, liściach i owocach wielu roślin, od starożytnych czasów była używana w medycynie z powodu swoich właściwo­ści tamowania krwi i ściągających.] Najpierw moja sto­pa została oczyszczona. Taki jest rytuał przed bogami. Kolano mam spuchnięte. Na całej nodze widzę ciemne pasy [zakażenie krwi?]. W mojej nodze jest jakaś truciz­na. Nadepnęłam na coś. Zrobili dziurę w stopie i włożyli tam coś bardzo gorącego.
Katarzyna wiła się teraz z bólu. Krztusiła się też, ponieważ dano jej jakiś okropnie gorzki płyn do wypi­cia. Był zrobiony z żółtych liści. Wyleczyła się z rany, ale stopa i noga nigdy nie były w pełni sprawne. Poleci­łem jej, by przesunęła się w przyszłość. Ujrzała swoje smutne ubogie życie. Mieszkała wraz z rodziną w małej jednoizbowej chacie, gdzie nie było nawet stołu. Jedli jakąś odmianę ryżu, jakby płatki, ale zawsze byli głodni. Szybko się zestarzała, do końca życia cierpiąc biedę i głód. Czekałem, co dalej, ale widziałem, że Katarzyna jest bardzo wyczerpana. Nim jednak ją obudziłem, po­wiedziała mi, że Robert Jarrod potrzebuje mojej po­mocy. Nie miałem pojęcia, o kogo chodzi, ani jak mógł­bym pomóc temu człowiekowi. Ale niczego więcej się nie dowiedziałem.
Po przebudzeniu z transu Katarzyna znów pamiętała wiele szczegółów z dawnego wcielenia. Ale zapomniała wszystko to, co było zaraz po śmierci i w stanie przej­ściowym. Nie pamiętała też Mistrzów ani tego, co mówili.
— Katarzyno, co znaczy dla ciebie termin „Mistrzowie"? — spytałem ją.  — Myślała,  że chodzi mi o mistrzów w turnieju golfowym!
Stan jej szybko się teraz poprawiał, lecz nadal miała trudności z przyswojeniem sobie koncepcji reinkarnacji i włączeniem jej do prawd swej wiary. Dlatego po­stanowiłem  nie  mówić jej jeszcze o Mistrzach. Nie bardzo też wiedziałem czy i komu powiedzieć o tym, jak niezwykle utalentowanym medium jest Katarzyna, i o tym, że potrafi nawiązać kontakt z Mistrzami i
przekazać ich wspaniałą transcendentalną wiedzę.
Po namyśle zdecydowałem poprosić moją żonę Carole, żeby jako świadek wzięła udział w następnym sean­sie. A Katarzyna wyraziła na to zgodę. Carole jest z wykształcenia bardzo uzdolnioną asystentką socjalną, ze specjalizacją w psychiatrii. Chciałem więc usłyszeć jej opinię na temat tych niezwykłych zjawisk, jakich byłem świadkiem. Kiedy jej opowiedziałem, co Katarzyna mó­wiła o moim ojcu i naszym synku, Adamie, wyraziła chęć pomocy. Bez trudu notowałem relacje Katarzyny z jej różnych wcieleń, ponieważ mówiła bardzo wolno, ale kiedy głos zabierali Mistrzowie, mówiła znacznie szybciej, dlatego postanowiłem wszystko nagrywać na magnetofon.
W tydzień później Katarzyna znów przyszła na seans. Wyraźnie się poprawiła, znacznie mniej się bała. Ale ja nadal nie wiedziałem, czemu to zawdzięczać. Pamiętała, że utonęła jako Aronda, że poderżnięto jej gardło jako Johannowi, że jako Luiza padła ofiarą epidemii, której przyczyną była woda, pamiętała też inne okropne wyda­rzenia. Przeżywała w swych wcieleniach biedę i niewolnictwo, we własnej rodzinie też była ofiarą codziennych prześladowań, tych miniurazów, które tak głęboko za­padają w naszą psychikę. Może te właśnie wspomnienia spowodowały poprawę jej stanu. Istniała jednak inna możliwość. Czy duchowe przeżycie może być powodem wyleczenia? Czy przekonanie o tym, że śmierć nie jest taka, jak ją sobie wyobrażamy, może przyczynić się do lepszego samopoczucia, do zmniejszenia lęku? Czy cały proces, a nie tylko same wspomnienia, może być częścią kuracji?
Ponadzmysłowe talenty Katarzyny rozwijały się stale, przejawiała też coraz większą intuicję. Nadal miała problemy ze Stuartem, ale też potrafiła lepiej sobie z nim dawać radę. Oczy jej błyszczały, cera była zaróżo­wiona. Powiedziała mi, że miała ostatnio dziwny sen, ale pamiętała tylko jego fragment. Śniło jej się, że czerwona płetwa ryby wbiła się jej w rękę.
W przeciągu kilku minut osiągnęła stan głębokiej hipnozy.
Widzę jakieś skały, stoję na skale, patrzę w dół. Powinnam wypatrywać statków, to jest moim zada­niem... Noszę coś granatowego, jakieś granatowe jakby spodnie... krótkie spodnie i dziwne buty... czarne buty z klamrami, bardzo zabawne buty... Widzę, że na hory­zoncie nie ma statków — szeptała cicho Katarzyna. Poleciłem jej przesunąć się naprzód w czasie, do następ­
nego znaczącego wydarzenia w jej życiu.
Pijemy piwo, mocne piwo. Jest bardzo ciemno. Kufle są grube, stare, w metalowych uchwytach. Bardzo brzydko pachnie w tym miejscu i jest wielu ludzi. Panuje duży hałas. Wszyscy rozmawiają bardzo głośno.
Spytałem, czy może usłyszeć, jak się do niej zwracają.
Christian...  Mam na imię Christian. — Znowu była mężczyzną. — Jemy jakieś mięso i pijemy piwo. Jest ciemne i bardzo gorzkie. Dodają do niego soli.
Nie wiedziała, jaki jest rok. — Mówią o wojnie, o statkach blokujących różne porty! Ale nie mogę usły­szeć, jakie porty. Gdyby było cicho, usłyszałabym, ale wszyscy naraz rozmawiają, hałasują.
Spytałem ją, gdzie jest. —W Hamstead... Hamstead. To port w Walii. Mówią po angielsku. — Przesunęła się w czasy, kiedy Christian zaciągnął się na statek. - Czuję, że coś się pali. To straszny zapach. Palącego się drzewa, ale także czegoś innego. Aż piecze w nosie... Coś w oddali pali się, jakiś statek, żaglowiec. Coś ładujemy! Ładujemy coś prochem strzelniczym. — Ka­tarzyna była coraz bardziej ożywiona. - To coś z pro­chem strzelniczym, jest bardzo czarne. Przylepia się do rąk. Trzeba się szybko ruszać. Statek ma zieloną flagę. Flaga jest ciemnozielona... To zielono-żółta flaga. Wi­dzę też jakby koronę i trzy punkty nad nią.
Nagle twarz Katarzyny wykrzywił grymas bólu. Cier­piała.
Och — jęknęła — boli mnie ręka, strasznie boli mnie ręka! W ręku trzymam jakiś gorący metal. Pali mnie! Och, och!
Przypomniałem sobie fragment jej snu i zrozumiałem teraz, co znaczyła czerwona płetwa wbita w dłoń. Za­blokowałem jej cierpienie, ale nadal jęczała.
Te  odłamki  są  metalowe...   Statek,  na  którym znajdowaliśmy się, został zniszczony... z prawej burty.
Opanowali ogień. Wielu ludzi zginęło... wielu mężczyzn. Ja przeżyłam... tylko ręka mnie boli, ale z czasem się zagoi. - Przesunąłem ją znowu w czasie, pozwalając, by wybrała następne ważne wydarzenie.
- Widzę jakby drukarnię, drukują tu drewnianymi klockami i atramentem. Drukują i oprawiają książki... Książki mają okładki ze skóry i są wiązane paskami, skórzanymi paskami. Widzę czerwoną książkę... Doty­czy chyba historii. Nie mogę zobaczyć jej tytułu... jesz­cze nie skończyli drukować. Te książki są wspaniałe. Okładki mają z gładkiej, pięknej skóry... To cudowne książki, one uczą ludzi.
Najwidoczniej Christian cieszył się z widoku książek, z tego, że może ich dotykać, i niejasno zdawał sobie sprawę, że dzięki nim można zdobywać wiedzę. Jednak on sam był całkiem niewykształcony. Przesunąłem Christiana do ostatniego dnia jego życia.
- Widzę most nad rzeką. Jestem starym człowie­kiem... bardzo starym. Trudno mi chodzić. Idę przez most... na drugą stronę... Czuję ból w piersi, ucisk, straszny ucisk... ból w piersi! Och! — Katarzyna krztusi­ła się, najwidoczniej przeżywając atak serca, jaki miał na moście Christian. Jej oddech był szybki i płytki, twarz i szyję pokrywał pot. Zaczęła kaszleć, chwytać powietrze ustami. Przestraszyłem się. Czy ponowne przeżywanie ataku serca z dawnego wcielenia było niebezpieczne? Oto była nowa granica, a nikt nie znał odpowiedzi. Wreszcie Christian umarł. Katarzyna leżała teraz spokojnie na kanapie, oddychając głęboko, równo.
Ulżyło mi.
Czuję się wolna... wolna — wyszeptała. — Unoszę się w ciemności... po prostu się unoszę. Wokoło jest światło... i duchy, inni ludzie.
Spytałem, czy coś sobie przypomina z życia, które się właśnie skończyło, jej życia jako Christiana.
Powinnam była wybaczać, ale nie umiałam. Nie zapominałam krzywd, jakie ludzie mi wyrządzili, a po­winnam była wybaczać. Nie zapominałam zła ludziom, ja zatrzymywałam je wewnątrz siebie i przechowywałam tam przez wiele lat... Widzę oczy... oczy.
Oczy? — powtórzyłem, czując, że nawiązuję kon­takt. — Czyje oczy?
Oczy Mistrzów Duchowych — wyszeptała Kata­rzyna — ale muszę zaczekać. Muszę przemyśleć pewne rzeczy. -- Minuty mijały w pełnej napięcia ciszy.
Jak się dowiesz, że już są gotowi? – spytałem przerywając długie milczenie.
Wezwą mnie — odparła wreszcie. Znowu mijały minuty. Potem nagle jej głowa zaczęła się kiwać na boki, a jej głos stał się ochrypły i stanowczy.
Jest wiele dusz w tym wymiarze, ja nie jestem jedyna. Musimy być cierpliwi. Tego też nigdy się nie nauczyłam... Jest wiele wymiarów.
Spytałem ją, czy była tam kiedyś przedtem, czy wielo­krotnie przeżywała reinkarnację.
Byłam w różnych czasach, na różnych płaszczyz­nach. Każda jest stopniem wyższej świadomości. Taką płaszczyznę osiągniemy, jakie zrobiliśmy postępy... - Znowu zamilkła. Spytałem ją, czego musiała się nau­czyć, żeby zrobić postępy. Odpowiedziała mi natych­
miast:
- Tego, że naszą wiedzą musimy się dzielić z innymi ludźmi. Że wszyscy mamy znacznie większe możliwości, lecz ich nie wykorzystujemy. Niektórzy z nas przekonu­ją się o tym wcześniej niż inni. Że trzeba uświadomić sobie własne winy, nim dojdzie się do tego punktu. Jeśli tego nie zrobisz, przeniesiesz je w następne życie. Tylko my sami możemy się pozbyć... złych nawyków, jakich nabieramy, kiedy jesteśmy w fizycznej postaci. Mist­rzowie nie mogą tego za nas zrobić. Jeśli nadal chcesz im ulegać i nie zamierzasz się ich pozbyć, wtedy prze­nosisz je w następne życie. Dopiero kiedy podejmiesz decyzję, że jesteś na tyle mocny, żeby panować nad zewnętrznymi problemami, wtedy nie będziesz ich mieć w następnym życiu. Musimy nauczyć się nie tylko zbliżyć do tych ludzi, których wibracje duchowe są takie same jak nasze. To normalne, że pociąga nas ktoś, kto jest na tym samym poziomie co my. Ale taka postawa jest zła. Trzeba się także zbliżać do ludzi, których wibracje są niewłaściwe, odmienne od naszych. To bardzo ważne... żeby poma­gać... tym właśnie ludziom.
Zostaliśmy obdarowani intuicyjnymi siłami, którymi powinniśmy się kierować, a nie opierać się im. Tym, którzy się opierają, grozi niebezpieczeństwo. Nie z każ­dego wymiaru jesteśmy odsyłani z tymi samymi moż­liwościami. Niektórzy z nas posiadają siły większe niż inni. Ludzie bowiem nie zostali stworzeni równi. Lecz w końcu osiągniemy punkt, kiedy wszyscy będziemy równi.
Katarzyna przestała mówić. Wiedziała, że te myśli nie są jej. Nie miała żadnego przygotowania w dziedzinie fizyki i metafizyki, nie wiedziała nic o płaszczyznach, wymiarach i wibracjach. Poza tym piękno tych słów i myśli, filozoficzna głębia wypowiedzi przekraczały jej możliwości. Nigdy nie mówiła w tak zwięzły, poetycki sposób. Czułem, że inne ważne siły posługują się jej umysłem i głosem, żeby przełożyć te myśli na słowa, tak bym mógł je zrozumieć. Nie, to nie była wypowiedź Katarzyny.
Jej głos był przytłumiony. — Ludzie, którzy zostali uśpieni... znajdują się w stanie zawieszenia. Nie są gotowi jeszcze do przejścia na inną płaszczyznę... do­póki nie zdecydują, czy chcą przejść czy nie. Tylko oni mogą o tym decydować. Jeśli uważają, że nie muszą się dalej uczyć... w fizycznym stanie... wtedy wolno im przejść dalej. Jeśli jednak potrzebują więcej doświad­czeń, muszą się cofnąć, nawet jeśli tego nie chcą. To zawieszenie jest dla nich okresem wypoczynku, czasem, kiedy ich siły umysłowe mogą wypocząć.
Jeśli są przekonani, że niczego więcej nie muszą się już uczyć, mimo zdobyczy współczesnej medycyny mogą przejść wprost do stanu duchowego. Ta informacja zgadzała się całkowicie z badaniami opublikowanymi na temat stanów bliskich śmierci i wyjaśniała, dlaczego niektórzy ludzie postanowili powrócić. Innym nie dano wyboru, musieli wrócić, ponieważ musieli się więcej nauczyć. Oczywiście wszyscy ludzie, z którymi rozma­wiano na temat ich przeżyć u progu śmierci, powrócili do swych ciał. W ich opowiadaniach jest uderzająca zbieżność. Oderwali się od swych ciał i „obserwowali" próby reanimacji z jakiegoś punktu ponad ciałem. Na­stępnie widzieli światło albo w pewnej odległości świet­listą „duchową" istotę, czasem na końcu tunelu. Nie czuli bólu. Kiedy uświadomili sobie, że ich zadanie na ziemi nie zostało ukończone i że muszą wrócić do swego ciała, natychmiast znajdowali się w nim, znowu do­znając bólu oraz innych fizycznych sensacji.
Miałem kilkoro pacjentów, którzy przeżyli stany blis­kie śmierci. Najciekawszym przypadkiem był zamożny południowoamerykański businessman, imieniem Jakub, który był u mnie na kilku seansach psychoterapii kon­wencjonalnej w jakieś dwa lata po zakończeniu kuracji Katarzyny. Jakub, który został potrącony przez moto­cykl w Holandii w 1975, stracił przytomność, miał wtedy trzydzieści kilka lat. Pamięta, jak unosił się nad swym ciałem i oglądał scenę wypadku, widział karetkę pogotowia, lekarza, który badał jego obrażenia i ros­nący tłum gapiów. W pewnym momencie ujrzał w dali złociste światło, a kiedy się do niego zbliżył, zobaczył zakonnika w brunatnym habicie. Zakonnik powiedział Jakubowi, że jeszcze nie nadszedł czas i że musi wrócić do swego ciała. Z zakonnika emanowała mądrość i moc, przepowiedział mu też kilka wydarzeń w następnych latach jego życia, które istotnie miały miejsce. Jakub znalazł się ponownie w swoim ciele, a kiedy odzyskał przytomność, leżał w szpitalnym łóżku i po raz pierwszy odczuł okropny ból.
W 1980 Jakub, który był Żydem, pojechał do Izraela, tutaj zwiedził Jaskinię Patriarchów w Hebronie, która jest miejscem świętym zarówno dla Żydów, jak i muzułmanów. Po wypadku w Holandii stał się bardziej religij­ny i częściej się modlił. Kiedy spostrzegł w sąsiedztwie meczet, usiadł tam, żeby się pomodlić razem z muzuł­manami. Po chwili wstał, chcąc wyjść. Jakiś stary czło­wiek podszedł do niego i powiedział:
— Jesteś całkiem inny. Twoi bardzo rzadko przy­chodzą tu, żeby się razem z nami modlić... - - Urwał i spojrzał uważnie na Jakuba, nim zaczął mówić dalej: - Spotkałeś zakonnika. Nie zapomnij tego, co ci po­wiedział.
W pięć lat po wypadku, o tysiące kilometrów od miejsca, gdzie się wydarzył, ten stary człowiek wiedział o spotkaniu z zakonnikiem, które miało miejsce, gdy Jakub był nieprzytomny.
Któregoś dnia siedziałem w swoim gabinecie i rozmyś­lałem nad ostatnimi rewelacjami Katarzyny, zastana­wiając się, o co chodziło Mistrzom Duchowym, kiedy stwierdzili, że istoty ludzkie nie są równe. Ludzie rodzą się z talentami, umiejętnościami i energią pochodzącą z innych wcieleń. „Lecz w końcu osiągniemy punkt, kiedy wszyscy będziemy równi." Obawiam się, że ten punkt był mi odległy o wiele, wiele wcieleń.
Pomyślałem o młodym Mozarcie i jego niezwykłych talentach, które objawiły się już we wczesnym dziecińst­wie. Czy to był również przypadek przekazania daw­nych umiejętności? Najwidoczniej przenosimy zarówno nasze umiejętności, jak i zobowiązania.
Pomyślałem też o tym, że ludzie mają skłonności do tworzenia ściśle zamkniętych grup, nie tylko unikając, ale wręcz obawiając się outsiderów. To jest źródłem przesądów i zbiorowej wrogości. „Musimy także nau­czyć się zbliżać nie tylko do ludzi, których wibracje są takie same jak nasze." Trzeba pomagać tym innym ludziom. Jakąż duchową mądrością były przeniknięte słowa Katarzyny.
Muszę wracać — stwierdziła. — Muszę wracać. - Ale ja chciałem usłyszeć jeszcze coś więcej. Spytałem i ją, kto to jest Robert Jarrod. Podczas ostatniego seansu wymieniła jego nazwisko, twierdząc, że potrzebuje mojej pomocy.
Nie wiem... Może jest na innej płaszczyźnie, nie na tej. — Najwyraźniej nie mogła go znaleźć. — Tylko wtedy kiedy sam zechce,  kiedy będzie chciał przyjść - szeptała - zawiadomi mnie. On potrzebuje twojej pomocy.
Nadal nie rozumiem, w jaki sposób mógłbym mu pomóc.
Nie wiem — powtórzyła Katarzyna. — Ale to ciebie będą uczyć, nie mnie.
Bardzo to było interesujące. Czyżby nowy ciekawy dla mnie materiał? Albo może będę mógł pomóc Rober­towi Jarrodowi przez to, że zostanę czegoś nauczony. Nigdy o nim nie słyszeliśmy ani ja, ani Katarzyna.
Muszę wracać — powiedziała znowu. — Najpierw muszę się dostać do światła. — Nagle zaniepokoiła się.
Och, zbyt długo zwlekałam... Ponieważ zwlekałam, muszę znowu czekać. — Kiedy czekała, spytałem, co widzi i czuje.
Tylko inne duchy, inne dusze. One także czekają.
- Spytałem ją, czy moglibyśmy się czegoś nauczyć w trakcie tego jej czekania.
Nie ma ich tutaj, żeby mi powiedzieli — odparła.
Zdumiewające. Jeśli nie było przy niej Mistrzów, jeśli ich nie słyszała, nie mogła samodzielnie przekazywać ich nauk.
Jestem teraz bardzo niespokojna. Chcę odejść... Kiedy będzie właściwa pora, odejdę. — Znowu w ciszy mijały minuty. Wreszcie przyszła właściwa pora. Znowu znalazła się w innym wcieleniu.
Widzę jabłonie... i dom. Mieszkam w tym domu. Jabłka są zepsute... robaczywe... nie nadają się do jedze­nia. Jest tu huśtawka, na jednym z drzew jest huśtawka.
- Poprosiłem, żeby spojrzała na siebie.
- Mam jasne włosy, jestem blondynką, mam pięć lat. Na imię mi Katarzyna. — Zdumiałem się. A więc znalazła się w swym obecnym życiu, była pięcioletnią Katarzyną. Ale musiało się to stać dla jakiejś konkret­nej przyczyny.
Czy tam się coś dzieje, Katarzyno?
Ojciec gniewa się na nas... ponieważ nie powinniś­my być na dworze. On... on bije mnie kijem, bardzo ciężkim, to boli... boję się. — Chlipała, mówiąc jak małe dziecko. - Nie przestanie, dopóki nas nie będzie po­rządnie bolało. Dlaczego on nam to robi? Dlaczego jest taki niedobry? — Poprosiłem, żeby spojrzała na swoje życie z wyższej perspektywy i odpowiedziała na własne
pytania. Ostatnio czytałem o ludziach, którzy potrafią to robić. Niektórzy autorzy nazywają to perspektywą „wyższego ja" albo „większego ja". Ciekaw byłem, czy Katarzyna może osiągnąć ten stan, jeśli on w ogóle istnieje. Gdyby mogła, byłaby to znakomita terapeuty­czna metoda, prowadząca bezpośrednio do zrozumienia siebie.
- On nas nigdy nie chciał - - wyszeptała bardzo cicho. — On uważa nas za intruzów w swoim życiu... On nas nie chce.
— Twego brata także nie? — spytałem.
- Na brata jest jeszcze bardziej zły. Oni nigdy nie chcieli mieć mojego brata. Nie byli małżeństwem, kie­dy... on został poczęty. — Okazało się to zaskakującą dla Katarzyny informacją. Nie miała pojęcia, że mat­ka przed ślubem była w ciąży. Później matka potwier­
dziła to.
W trakcie wspominania różnych faktów ze swego obecnego życia Katarzyna przejawiała mądrość i dys­tans, co przedtem ograniczało się wyłącznie do stanu przejściowego albo duchowego. Najwyraźniej do głosu doszła „wyższa" sfera jej umysłu, rodzaj nadświadomości. Może to właśnie było owo „wyższe ja", o którym pisano. Mimo że nie miała teraz kontaktu z Mistrzami oraz ich niezwykłą wiedzą, w swym nadświadomym stanie odznaczała się wielką intuicją i posiadała za­skakujące informacje, chociażby tę dotyczącą poczęcia jej brata. Katarzyna w pełni świadomości, po obudzeniu się z hipnozy była o wiele bardziej bojaźliwa, ograniczona, całkiem zwyczajna, właściwie powierzchowna. Nie pasowała do tego nadświadomego stanu. Ciekaw byłem czy prorocy i mędrcy wschodnich i zachodnich religii, tak zwani  „aktualiści",  potrafili  wykorzystywać ten
nadświadomy stan, żeby wzbogacić swoją wiedzę i mąd­rość. Jeśli tak, to my wszyscy też możemy to czynić, ponieważ wszyscy musimy mieć tę nadświadomość. Słynny psychoanalityk Carl Jung mówił o różnych po­ziomach świadomości. Pisał o zbiorowej nieświadomo­ści, stanie podobnym do nadświadomości Katarzyny.
Coraz bardziej martwiłem się przepaścią między świa­domym rozbudzonym intelektem Katarzyny, a jej nad­świadomym umysłem podczas transu. Kiedy była zahip­notyzowana, na poziomie nadświadomości mogłem z nią prowadzić niezwykle ciekawe rozmowy dotyczące filozofii. Kiedy się jednak obudziła, nie interesowała się ani filozofią, ani tematami pokrewnymi. Żyła codzien­nością, pochłonięta drobiazgami, nie pamiętając o swych genialnych zdolnościach.
Tymczasem ojciec ją bił i dręczył, a powód tego był oczywisty.
On musi się wiele nauczyć — stwierdziłem, wypy­tując ją.
Tak, musi...
Spytałem ją, czy wie, czego się musi nauczyć.
Tego mi nie przekazano — odparła z roztarg­nieniem, jakaś daleka. — Przekazano mi, co jest dla mnie ważne, co dotyczy mnie. Każdy człowiek musi się zająć sobą, tym co go dotyczy... co stanowi o nim jako całości. Wiele musimy się nauczyć, wiele mieć lekcji... każdy z nas. Tylko jednej rzeczy naraz... kolejno. Do­piero wtedy dowiemy się, czego potrzebuje nasz bliźni
albo czego mu brak, a to sprawi, że będziemy harmonij­ną całością. — Mówiła cicho, z wielkim przekonaniem.
Kiedy Katarzyna się odezwała, znowu była dzieckiem:
- On mnie zmusza do tego, żebym wymiotowała! Każe mi jeść to, czego nie chcę. Nienawidzę  sałaty i cebuli... Zmusza mnie do jedzenia, choć dobrze wie, że zwymiotuję. Ale jego to nic nie obchodzi! – Katarzyna zaczęła  wydawać  takie  odgłosy, jakby  wymiotowała, z trudem chwytając oddech. Znowu poleciłem jej, żeby spojrzała z wyższej perspektywy, by mogła zrozumieć, dlaczego jej ojciec tak postępuje.
To musi wypełnić jakąś pustkę w nim -- powie­działa szeptem. -- Nienawidzi mnie, z powodu tego, co zrobił, i siebie też nienawidzi. — Prawie już zapomniałem o lubieżnym zachowaniu ojca,  kiedy miała  trzy lata.
- Dlatego ciągle mnie karze... Musiałam coś zrobić, co sprawiło, że jest taki dla mnie. — Miała wtedy zaledwie trzy lata, a jej ojciec był pijany. Mimo to od tej pory poczucie winy drzemało w niej głęboko ukryte. Wyjaś­niłem jej mechanizm całej sprawy.
Byłaś malutkim dzieckiem. Musisz się wyzbyć po­czucia winy, Ty nie zrobiłaś nic złego. Co mogło zrobić trzyletnie dziecko? Nie ty byłaś winna, lecz twój ojciec.
No, to wtedy także musiał mnie nienawidzić — wyszeptała. — Znałam go przedtem, ale teraz nie mogę się na tym oprzeć.  Muszę wrócić do tamtego czasu.
- Choć minęło już kilka godzin, chciałem, żeby cofnę­ła się do ich dawnych związków. Udzieliłem jej szczegó­łowych informacji.
Jesteś w stanie głębokiej hipnozy. Za chwilę poli­czę wstecz od trzech do jednego. Zejdziesz jeszcze głębiej i będziesz się czuć całkowicie bezpieczna. Twój umysł będzie mógł znowu  swobodnie cofnąć się  w  czasie, wrócić do tego okresu, kiedy zaczął się twój kontakt z ojcem w obecnym życiu, do czasu, który miał najwięk­sze znaczenie i wpływ na to, co się stało w twoim dzieciństwie między nim a tobą. Kiedy powiem „jeden", wrócisz do tego właśnie okresu i przypomnisz go sobie. To bardzo ważne dla twojej kuracji. Możesz to zrobić. Trzy... dwa... jeden... -- Nastąpiła długa chwila ciszy. - Nie widzę go... ale widzę zabijanych ludzi! — Mówiła głośno chrypliwie. — Nie wolno nikogo gwał­townie pozbawiać życia, nim nie przeżył swej karmy. A my to robimy. Nie mamy do tego prawa. Ci, którzy zabijają innych ludzi, po śmierci przejdą do innego wymiaru i będą tam cierpieć, będą pozbawieni spokoju. Odesłani tu z powrotem będą mieli bardzo ciężkie życie. I będą musieli zadośćuczynić tym ludziom, których niesprawiedliwie skrzywdzili. Ci, którzy przerywają ży­cie innych ludzi, nie mają do tego prawa. Tylko Bóg może ich ukarać, nie my. — Minęła długa chwila ciszy. — Odeszli — szepnęła. — Mistrzowie Duchowi przeka­zali nam dziś jeszcze jedno przesłanie, mocne i wyraźne: pod żadnym pozorem nie wolno nam zabijać. Tylko Bóg może karać.
Katarzyna była wyczerpana, postanowiłem więc od­łożyć na później dociekania tyczące dawnych związków z ojcem i wyprowadziłem ją z transu. Nie pamiętała nic, z wyjątkiem swego wcielenia jako Christian i jako mała Katarzyna. Była zmęczona, ale bardzo spokojna i od­prężona, jakby pozbyła się wielkiego ciężaru. Spojrzeliś­my na siebie z Carole. My także byliśmy wyczerpani. Drżeliśmy i pociliśmy się, chłonąc każde słowo Katarzy­ny. Przeżyliśmy wspólnie coś niezwykłego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz