niedziela, 25 września 2011

Rozdział szósty

Rozdział szósty
Teraz przesunąłem seanse z Katarzyną na koniec dnia, ponieważ trwały zwykle kilka godzin. Kiedy przyszła w następnym tygodniu, była spokojna, uśmiechnięta. Rozmawiała z ojcem przez telefon. Nie podając mu szczegółów, wybaczyła mu. Była pogodna jak nigdy dotąd. Poprawa stanu jej zdrowia zdumiała mnie. Rzad­ko się zdarzało, żeby pacjent cierpiący na chroniczne, głęboko zakorzenione fobie i lęki poprawił się tak szyb­ko. Ale oczywiście Katarzyna nie była zwykłą pacjent­ką, a tok jej kuracji z pewnością był unikalny.
Widzę porcelanową lalkę siedzącą na półce nad kominkiem. — Szybko zapadła w głęboki trans. — Po obu stronach kominka są książki. To pokój w jakimś domu, obok lalki stoją świeczniki. Nad kominkiem wisi obraz... twarz mężczyzny. To on... — Zaczęła uważnie
oglądać pokój. Spytałem ją, co widzi.
Coś leży na podłodze. Jest puszyste... tak, to jest skóra zwierzęca. Po prawej stronie są szklane drzwi... które wychodzą na werandę. Na froncie domu są kolu­mny, cztery schody prowadzą do ścieżki. Wokół rosną wielkie drzewa. Na dworze stoją konie, przywiązane do
słupów przed domem.
Czy wiesz, gdzie to jest? — spytałem. — Katarzy­na głęboko westchnęła.
Nie widzę nazwy — szepnęła — ale gdzieś musi być wyryty rok. To osiemnasty wiek, ale ja nie... dużo drzew i żółtych kwiatów, bardzo ładnych żółtych kwia­tów. - Te kwiaty rozproszyły jej uwagę. - Pięknie pachną, bardzo słodko, są mi nieznane... bardzo duże... żółte z czarnymi środkami. — Urwała, zajęta kwiatami. Przypomniało mi się pole słoneczników na południu
Francji. Spytałem, jaki jest klimat.
Bardzo łagodny, nie ma wiatru, ani gorąco, ani zimno. — Nie udało nam się zidentyfikować tego miejs­ca.  Skierowałem ją  znowu do  domu,  zabierając  od fascynujących ją żółtych kwiatów i spytałem, czyj por­tret wisi nad kominkiem.
Nie  mogę...   słyszę  imię  Aaron...   na  imię  ma Aaron. -- Spytałem, czy to on jest właścicielem domu.
Nie on, ale jego syn. Ja tu pracuję. — Znowu była służącą. Nigdy dotąd nie była kimś w rodzaju Kleopatry czy Napoleona. Ci, którzy wątpią w reinkarnację, łącz­nie ze mną samym, który jeszcze dwa miesiące temu miał tyle naukowych zastrzeżeń, często podkreślają, że jest bardzo wiele wcieleń w słynnych ludzi. Teraz znalaz­łem się w nad wyraz trudnej sytuacji, ponieważ reinkar­
nacja została potwierdzona naukowo w moim gabinecie na oddziale psychiatrii. A przy tym odkryłem znacznie więcej, nie tylko reinkarnację.
Moja noga jest bardzo ciężka... — mówiła dalej Katarzyna.  Coś się z nią stało.  Mam takie uczucie, jakby jej nie było... Noga mnie boli. Kopnął mnie koń.
Poleciłem, żeby się sobie przyjrzała.
Mam kręcące się brązowe włosy, na głowie noszę coś w rodzaju czepka, białego czepka... granatową suknię i biały fartuch... Jestem młoda, ale nie jestem już dzieckiem. Noga mnie boli. To się stało niedawno. Okropny ból. -- Najwyraźniej bardzo cierpiała. — Pod­kowa... podkowa. Kopnął mnie podkową. To bardzo złośliwy koń. — Głos jej ścichł, kiedy ból wreszcie ustąpił. — Czuję zapach siana, paszy w stodole. W sto­dole pracują także inni ludzie. — Spytałem ją, jakie są jej obowiązki.
- Najpierw służyłam... służyłam w wielkim domu. Potem miałam tam coś do czynienia z dojeniem krów.
- Chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o właścicie­lach.
Żona jest dość pulchna, niemodnie ubrana. Ma dwie córki... Nie znam ich — powiedziała uprzedzając moje następne pytanie, czy nie pojawiły się w jej obec­nym życiu. Spytałem ją, jaka jest jej osiemnastowieczna rodzina.
- Nie wiem, nie widzę ich. Nikogo nie widzę koło siebie. — Spytałem,  czy ona tam  mieszka. - Tak, mieszkałam tam, ale nie w głównym domu. Dla nas jest bardzo mały domek. Mamy kury. Zbieramy jajka. Brą­zowe jajka. Mój domek jest bardzo mały... pomalowa­ny na biało... tylko jedna izba. Widzę mężczyznę, żyję z nim. Ma bardzo kędzierzawe włosy i niebieskie oczy.
Spytałem ją, czy są małżeństwem.
Nie tak jak oni pojmują małżeństwo. — Czy ona się tam urodziła? — Nie, bardzo młodo zostałam spro­wadzona do majątku. Moja rodzina była bardzo biedna.
Ówczesnego towarzysza życia nie spotkała w obecnym wcieleniu. Poleciłem, żeby się przeniosła w czas następnego ważnego wydarzenia.
- Widzę coś białego... z dużą ilością wstążek. To chyba kapelusz.  Rodzaj  czepka z piórami  i  białymi wstążkami.
Kto nosi ten kapelusz? Czy to...
Przerwała mi gwałtownie: — Pani domu oczywiście.
Poczułem się głupio.  — To ślub jednej z córek. Wszyscy z całego majątku biorą udział w uroczystości.
Spytałem ją, czy w gazetach były jakieś wzmianki o ślubie. Jeśli tak, poprosiłbym ją, żeby spojrzała na datę.
Oni tu chyba nie mają gazet.  Nic takiego nie widzę. — Zdobycie istotnych szczegółów okazało się w tym wcieleniu Katarzyny dość trudne.
Nie widzisz siebie na ślubie? — spytałem. Odparła natychmiast głośnym szeptem:
My nie bierzemy udziału w takich  uroczystoś­ciach. Tylko przyglądamy się, jak goście przyjeżdżają i odjeżdżają. Służbie tego nie wolno.
Co czujesz?
Nienawiść.
Dlaczego? Czy źle was traktują?
Ponieważ jesteśmy biedni i całkowicie od  nich zależni, tak mało mamy w porównaniu z nimi.
Czy kiedykolwiek opuściłaś majątek? Czy przeby­wałaś tam przez całe życie?
Spędziłam tu całe życie - powiedziała ze smut­kiem. Doprawdy życie miała trudne, beznadziejne. Pole­ciłem Katarzynie przenieść się w dzień jej śmierci.
Widzę dom. Leżę na łóżku. Dają mi coś do picia, coś ciepłego. Pachnie miętą. Czuję ciężar na piersiach. Trudno mi oddychać. Tak boli, że trudno mi mówić.
- Oddychała ciężko, płytko, wyraźnie ją bolało. Po kilku minutach cierpienia twarz jej wypogodziła się, ciało odprężyło. Zaczęła normalnie oddychać. — Opuś­ciłam swoje ciało. — Głos jej stał się donośny i ochrypły. — Widzę cudowne światło... Podchodzą do mnie ludzie. Cudowni ludzie. Nie boję się... Przyszli, żeby mi po­móc... Czuję się bardzo lekka... — Nastąpiła długa przerwa.
- Czy myślisz o tym życiu, które właśnie zakoń­czyłaś?
To przyjdzie później. Teraz czuję tylko spokój. To czas wypoczynku. Dusza... tutaj dusza znajduje spokój. Zostawiłam za  sobą wszystkie cielesne dolegliwości. Dusza jest spokojna, radosna. To cudowne uczucie... cudowne, jakby słońce zawsze tu świeciło. To światło jest tak  promienne!  Wszystko pochodzi od  światła. Energia też pochodzi od tego światła. Dusza ludzka od razu tam idzie. Jakby nas przyciągała magnetyczna siła. To źródło siły jest cudowne. Ono potrafi uzdrawiać.
Czy ma jakiś kolor?
Ma  wiele  kolorów.  —  Urwała,   odpoczywając w tym świetle.
Co teraz przeżywasz? — zaryzykowałem pytanie.
Nic... po prostu spokój. Jestem wśród przyjaciół. Oni wszyscy tu są. Widzę wielu ludzi. Niektórzy są mi bliscy, inni nie. Ale tutaj czekamy. — Nadal czekała,
a minuty wolno upływały.
Postanowiłem przyspieszyć tempo naszej rozmowy.
Chciałbym zadać ci pytanie.
- Kogo dotyczące? - spytała Katarzyna.
- Ciebie albo Mistrzów — powiedziałem ogólniko­wo. — Moje pytanie brzmi następująco: Czy wybieramy czas naszych narodzin i naszej śmierci? Czy możemy wybrać  sobie  naszą  sytuację  życiową?  Czy  możemy wybrać czas naszego przejścia w nową powłokę cielesną? Sądzę, że zrozumienie tego uspokoi wiele twoich lęków. Czy jest tam ktoś,  kto mógłby odpowiedzieć na  to pytanie? — Nagle w pokoju zrobiło się zimno. Kiedy Katarzyna znowu przemówiła, jej głos był niższy i bar­dziej dźwięczny. Nigdy takiego głosu u niej nie słysza­łem. To był głos poety.
Tak, wybieramy czas, kiedy chcemy przejść w stan fizyczny i kiedy go opuścimy. Wiemy, kiedy dokonaliś­my tego, po co nas tu wysłano. Wiemy, kiedy nadszedł czas, że trzeba umrzeć. Wtedy, gdy nie można już nic więcej osiągnąć w danym wcieleniu. A kiedy upłynął odpowiedni czas, kiedy się już wypoczęło i naładowało ponownie duszę  energią,  wolno  znów  wejść w  stan
fizyczny. Ci, którzy się wahają, którzy nie są pewni, czy chcą tu wrócić, mogą utracić szansę, która im została dana, szansę, by wypełnić to, co muszą, kiedy są w stanie fizycznym.
Od razu wiedziałem, że to nie Katarzyna mówi.
 Kto do mnie mówi? — spytałem. — Kto przema­wia?
 Nie wiem — odpowiedziała Katarzyna swoim tak dobrze mi znanym szeptem. — To głos kogoś bardzo...kogoś, kto kontroluje rzeczy, ale ja nie wiem, kto to jest. Słyszę tylko jego głos i staram się przekazać, co mówi.
Ona także wiedziała, że te słowa nie pochodzą od niej, ani z jej podświadomości, ani nieświadomości. Nawet nie z jej nadświadomego ja. W jakiś sposób słuchała tego, przekazując słowa albo myśli kogoś niezwykłego, kogoś, kto „kontroluje rzeczy". Tak więc pojawił się następny Mistrz, zupełnie inny niż tamten albo ci inni, od których pochodziły poprzednie, pełne mądrości prze­słania. To był nowy duch, z charakterystycznym głosem i stylem, poetyczny, radosny. To był Mistrz, który choć o śmierci mówił bez wahania, jego słowa i myśli przepo­jone były miłością. Miłością prawdziwą, gorącą, a jednak niezawisłą i uniwersalną, pełną szczęścia, nie zachłanną, nie płytką i emocjonalną czy zaborczą, a przy tym taką jakąś swojską.
Szept Katarzyny stał się głośniejszy. — Ja nie wierzę w nich.
- W kogo nie wierzysz? — spytałem.
W Mistrzów.
Nie wierzysz?
Nie, brak mi wiary. Dlatego moje życie było takie trudne. W nic nie wierzyłam w tym wcieleniu. - Spo­kojnie dokonywała oceny swego osiemnastowiecznego życia. Spytałem ją, czego się nauczyła w tym wcieleniu.
Nauczyłam się gniewu i pretensji do ludzi. Nau­czyłam się również tego, że nie mam kontroli nad swoim życiem.  Pragnęłam nim  kierować, ale nie udało  się. Muszę wierzyć w Mistrzów. Oni mnie przeprowadzą przez wszystkie etapy. Ale ja nie miałam wiary. Od początku czułam, że jestem potępiona. Nigdy nie pat­rzyłam na życie radośnie. My musimy mieć wiarę... musimy. A ja wątpiłam. Zdecydowałam, żeby wątpić, a nie wierzyć. — Urwała.
— Co powinnaś zrobić i ja też, żeby nam było lepiej? Czy nasze ścieżki są takie same? — spytałem. Odpo­wiedź otrzymałem od Mistrza, który w zeszłym tygod­niu mówił o intuicyjnych siłach i o powrocie ze stanu śpiączki. Głos, styl, ton były całkiem inne niż Katarzyny i Mistrza-poety, który mówił chwilę przedtem.
Ścieżka każdego jest zasadniczo taka sama. My wszyscy musimy nauczyć się pewnych postaw, kiedy jesteśmy w stanie fizycznym. Niektórzy szybciej to poj­mują niż inni. Miłosierdzie, nadzieja, wiara, miłość... wszyscy musimy je znać, i to dobrze znać. Nie istnieje tylko jedna wiara i jedna miłość... tyle różnych czyn­ników składa się na każdą z nich. Jest tyle sposobów, żeby je okazywać. A my czerpiemy tylko po trochu z każdej z tych cnót.
Zakonnicy osiągnęli więcej niż ktokolwiek z nas, ponieważ złożyli śluby czystości i posłuszeństwa. Wyrze­kli się tak wielu rzeczy, nie prosząc o nic w zamian. Wszyscy inni stale domagają się nagród i usprawieliwień swego postępowania... kiedy nie ma nagród, nagród których sig żąda. Nagroda jest w działaniu, i tylko w działaniu, które niczego nie oczekuje... w działaniu bezinteresownym.
— Ja tego się nie nauczyłam — dodała Katarzyna swoim cichym szeptem. Przez chwilę byłem zmieszany słowem „czystość", ale zrozumiałem, że jego źródłem jest przymiotnik „czysty", nawiązujący do całkiem innego stanu niż po prostu abstynencja płciowa.
... — Nie należy zbytnio sobie dogadzać — ciągnęła dalej... Nigdy nie przesadzać... nigdy nic w nadmia­rze... Zrozum to. Naprawdę musisz zrozumieć. -Znowu urwała.
Staram się — odparłem i postanowiłem skoncenrować się na Katarzynie. Może Mistrzowie jeszcze nie odeszli. - Co mogę uczynić, żeby naprawdę pomóc Katarzynie w pokonaniu strachów i lęku? Czego jeszcze musi się nauczyć? Czy to, co teraz robię, jest najlepszym sposobem, czy powinienem coś zmienić? Zająć się spec­jalną dziedziną? Jak mogę jej pomóc najlepiej?
Odpowiedź została udzielona głębokim głosem Mist­rza-poety, pochyliłem się w przód w moim fotelu.
Robisz to, co właściwe, ale to jest dla ciebie, a nie dla niej. — Raz jeszcze przesłanie było raczej dla mojego dobra niż Katarzyny.
Dla mnie?
Tak. To, co mówimy, jest dla ciebie. — Nie tylko nawiązywał do Katarzyny w trzeciej osobie, ale powie­dział „my". A więc istotnie obecnych było kilku Mist­rzów Duchowych.
Czy mogę poznać wasze  imiona? — spytałem natychmiast, ulegając ziemskiej ciekawości. - - Potrze­buję przewodnictwa. Tyle muszę się dowiedzieć.
Odpowiedź przypominała poemat o moim życiu i śmierci. Głos był łagodny, a ja czułem kochającą obecność przyjaznego ducha. Słuchałem pełen podziwu i szacunku.
W odpowiednim czasie będziesz miał przewodnict­wo, będziesz prowadzony... we właściwym czasie. Kiedy dokonasz tego, co masz dokonać, wtedy twoje życie się skończy. Ale nie przedtem. Masz jeszcze dużo czasu przed sobą... dużo czasu.
Poczułem najpierw lęk, ale zaraz potem ulgę. Jak to dobrze, że nie wdawał się w szczegóły. Wyraźnie zanie­pokojona Katarzyna odezwała się szeptem.
Spadam, spadam... próbuję znaleźć moje życie... spadam. — Westchnęła, ja również. Mistrzowie odeszli. Wzruszony byłem skierowanymi do mnie cudownymi przesłaniami, nawiązaniem kontaktu z duchową sferą. Aluzje, szczegóły były zdumiewające. Światło po śmierci i
życie po śmierci, nasz wybór, kiedy się mamy urodzić i kiedy umrzeć, pewne, bezbłędne przewodnictwo Mist­rzów,  życie mierzone  lekcjami,  których człowiek  się uczy, i wypełnione zadaniami, a nie latami, miłosierdzie, wiara, nadzieja, miłość, a wszystko czynione bezintere­
sownie bez oczekiwania na nagrodę — ta wiedza została mi przekazana. Ale w jakim celu? Dlaczego zostałem tu wysłany? Czego mam dokonać?
Te dramatyczne przesłania i zdarzenia, które przeżyłem w moim lekarskim gabinecie wywołały poważne zmiany w osobistym i rodzinnym życiu. Stopniowo zaczęło się zmieniać moje usposobienie. Kiedyś na przykład jecha­łem wraz z synem na mecz baseballowy i ugrzęźliśmy w wielkim korku. Zawsze mnie to okropnie denerwowa­ło, a do tego groziło nam spóźnienie na pierwszą część gry, a może nawet i drugą. I nagle uświadomiłem sobie, że wcale się tym nie przejmuję. Nie zwalałem winy na jakiegoś kiepskiego kierowcę. Byłem zrelaksowany. Nie wyładowałem irytacji na moim synu, po prostu zaczęliś­my spokojnie rozmawiać. Uświadomiłem sobie, że chcę spędzić miłe popołudnie z Jordanem, przy okazji oglą­dając mecz, który nas obu bardzo interesował. Gdybym się przejmował i denerwował, cała ta nasza wyprawa poszłaby na marne.
Patrzyłem na moje dzieci i żonę, i zastanawiałem się, czy przedtem zawsze byliśmy razem. Czy wspólnie prze­żywaliśmy doświadczenia i tragedie doczesnego życia? Poczułem do nich wielką tkliwą miłość. Uświadomiłem sobie, że ich wady i słabostki są błahe. Właściwie całkiem nieistotne. Najważniejsza jest miłość.
Z tego samego powodu nawet zacząłem patrzeć przez palce na własne wady. Czy muszę być doskonały i kont­rolować się przez cały czas? Na każdym robić dobre wrażenie?
Byłem bardzo szczęśliwy, że te wszystkie przeżycia mogłem dzielić razem z Carole. Po kolacji często roz­mawialiśmy o moich uczuciach i reakcjach podczas spotkań z Katarzyną. Carole ma umysł bardzo analitycz­ny i mocno stoi na ziemi. Wiedziała, że od początku eksperyment z Katarzyną prowadziłem bardzo ostroż­nie, w sposób naukowy, i odgrywała rolę „adwokata diabła", po to, bym mógł bardziej obiektywnie spojrzeć na przebieg seansów. Kiedy jednak coraz więcej obiek­tywnych faktów przemawiało za tym, że Katarzyna naprawdę odkryła wielkie prawdy, Carole wraz ze mną dzieliła moje obawy i radości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz