niedziela, 25 września 2011

Rozdział siódmy

Rozdział siódmy
Kiedy tydzień później Katarzyna znowu przyszła, cze­kała na nią taśma z niezwykłym dialogiem z poprzed­niego seansu, gdy po relacji z dawnego wcielenia ob­jawiła mi niebiańską poezję. Poinformowałem ją, że opowiedziała mi wtedy o swych przeżyciach po śmierci, ale nie pamiętała ani stanu pomiędzy wcieleniami, ani tego duchowego, i najwyraźniej nie interesowała się tym, co mówię. Ponieważ czuła zdecydowaną poprawę i była w dobrym nastroju, nie miała ochoty zapoznać się z tym materiałem. Poza tym oświadczyła mi, że to wszystko jest wręcz „niesamowite". Z trudem nakłoniłem ją, żeby jednak posłuchała. Przecież właśnie dzięki niej to wspa­niałe, podnoszące na duchu przeżycie stało się moim udziałem i dlatego razem z nią chciałem je dzielić. Zaledwie przez kilka minut słuchała swego szeptu, pły­nącego z taśmy i poprosiła, żebym wyłączył magneto­fon. Powtórzyła znowu, że to jest „niesamowite", i do­dała, iż sprawia jej przykrość. W odpowiedzi spokojnie zacytowałem słowa Mistrza-poety: „To jest dla ciebie, nie dla niej".
Ciekaw byłem, jak długo jeszcze trwać będą te seanse, ponieważ z każdym tygodniem Katarzyna czuła się coraz lepiej, choć nadal bała się zamkniętych miejsc i nadal jej kontakty ze Stuartem były burzliwe.
Już wiele miesięcy temu zaniechałem seansów trady­cyjnej psychoterapii, nie były potrzebne. Teraz zawsze na początku rozmawialiśmy o tym, co wydarzyło się w ciągu tygodnia, a potem szybko przechodziliśmy do hipnozy, do wędrówek w przeszłość. Katarzyna wskutek tego, że przypomniała sobie bolesne przeżycia fizyczne i psychiczne z poprzednich wcieleń, a także uświadomiła te mniejsze, codzienne, była właściwie wyleczona. Jej fobie i ataki lęku zniknęły. Nie bała się śmierci i umiera­nia. Nie bała się tego, że straci nad sobą kontrolę. Obecnie psychiatrzy, lecząc pacjentów z objawami taki­mi jak u Katarzyny, stosują duże dawki środków uspo­kajających i antydepresyjnych oraz intensywną psycho­terapię indywidualną lub grupową. Wielu psychiatrów wierzy, że przyczyny tego rodzaju symptomów są natury biologicznej, że powodem ich jest brak jednego lub kilku składników chemicznych w mózgu.
Kiedy tym razem wprowadziłem Katarzynę w głęboki trans hipnotyczny, pomyślałem, jak to dobrze, że w cią­gu kilku tygodni bez lekarstw i tradycyjnej terapii in­dywidualnej lub grupowej została prawie wyleczona. To nie było tylko przytłumienie objawów, ani zaciskania zębów i życie mimo ustawicznych stanów lękowych. Objawy ustąpiły na skutek kuracji, a promienna i rados­na Katarzyna była szczęśliwa ponad moje wszelkie ocze­kiwania.
Znowu zaczęła cicho szeptać: — Jestem w budynku jakby z kopulastym sufitem. Ten sklepiony sufit jest błękitno-niebieski. Wraz ze mną są inni ludzie. Ubrani są w... w coś starego, w jakby suknie bardzo stare i bardzo brudne. Nie wiem, jak się tu znaleźliśmy. W tej sali jest wiele posągów. Są też jakieś przedmioty stojące na kamiennych postumentach. Na końcu sali jest wielki złoty posąg. Wygląda... Ta postać jest bardzo duża, ze skrzydłami. I bardzo zła. W tej sali jest gorąco, bardzo gorąco... Dlatego tak gorąco, że nie ma tu żadnych otworów. Musimy trzymać się z dala od wsi. Coś złego dzieje się z nami.
Czy jesteś chora?
Tak. My wszyscy jesteśmy chorzy. Nie wiem na co, ale nasza skóra obumiera, staje się czarna. Bardzo mi zimno.  Powietrze jest bardzo suche, duszne. Nie możemy wrócić do wsi. Musimy być z dala od niej. Niektórzy ludzie mają zniekształcone twarze.
To musiała być jakaś okropna podobna do trądu choroba. Jeśli Katarzyna miała kiedyś wspaniałe życie, to jeszcze na nie nie natrafiliśmy.
Jak długo musisz tam pozostać?
Na zawsze — odparła ponuro — aż umrzemy. Na to nie ma lekarstwa.
Czy wiesz, jak się ta choroba nazywa?
Nie. Skóra wysycha i kurczy się. Jestem tu od lat. Ale są tacy, którzy dopiero przyszli. Nie ma stąd pow­rotu. Zostaliśmy wyrzuceni, żeby tu umrzeć.
Cóż za okropne życie miała w tej jakby jaskini.
- Musimy polować, żeby zdobyć pożywienie. Widzę dzikie zwierzę, na które polujemy... ma rogi. Jest brunat­ne z rogami, wielkimi rogami.
Czy ktoś was odwiedza?
Nikt nie może się do nas zbliżyć, bo także zachorowałby. Zostaliśmy przeklęci... za zło, które wy­rządziliśmy. I to jest nasza kara. — Zasady jej teologii stale zmieniały się, zależnie od wcielenia. Dopiero po śmierci, kiedy była duchem, otaczał ją spokój, życz­liwość.
Czy wiesz, który to rok?
Straciliśmy rachubę czasu. Jesteśmy chorzy, cze­kamy tylko na śmierć.
Nie ma żadnej nadziei? — Mnie też udzieliła się jej rozpacz.
Nie ma żadnej nadziei. Wszyscy umrzemy. I tak mnie bolą ręce. Jestem bardzo słaba. I stara. Trudno mi się poruszać...
A co stanie się, kiedy wcale nie będziesz mogła się poruszać?
Przeniosą mnie do innej jaskini i zostawią, żebym tam umarła.
A co robią ze zmarłymi?
Pieczętują wejście do jaskini.
- Czy zdarza się, że pieczętują wejście, nim ktoś zmarł? — Starałem się znaleźć przyczynę jej strachu przed zamknięciem.
Nie wiem. Nigdy tam nie byłam. Jestem w sali razem z innymi ludźmi, jest bardzo gorąco. Leżę pod ścianą.
Do czego służy ta sala?
Żeby oddawać cześć... wielu bogom. Jest bardzo gorąco.
Poleciłem jej posunąć się naprzód w czasie. — Widzę coś białego. Coś białego w rodzaju baldachimu. Kogoś przenoszą.

Ciebie?
Nie wiem. Z radością powitam śmierć. Tak bar­dzo cierpię. -- Katarzyna miała usta zaciśnięte z bólu i ciężko oddychała z powodu gorąca w jaskini.  Po­prowadziłem ją do dnia jej śmierci. Nadal z trudem łapała powietrze.
Trudno ci oddychać.
Tak gorąco tu... gorąco i bardzo ciemno. Nic nie widzę... i nie mogę się poruszać. — Umierała sparaliżo­wana, samotna w gorącej ciemnej jaskini, do której zapieczętowano już wejście. Była przerażona, nieszczęś­liwa. Jej oddech stał się szybszy, nieregularny, umarła.
I tak się nareszcie skończyło jej pełne udręki życie.
Czuję się bardzo lekko... jak  bym  szybowała. Bardzo tu jasno. O, jak cudownie!
Czy cię coś boli?
- Nie! — Urwała i czekała na Mistrzów. Ale za­miast tego została jakby porwana. — Spadam bardzo szybko. Wracam do jakiegoś ciała! — Była tak samo zdumiona jak ja.
Widzę budowle, budowle z okrągłymi kolumnami. Bardzo  wiele jest  tych  budynków.   My jesteśmy  na zewnątrz. Czemuś się przyglądamy... Ludzie mają bar­dzo śmieszne maski, zakrywają sobie twarze. To jakaś uroczystość. Ubrani są w długie szaty i noszą maski zakrywające twarze. Udają, że są kimś innym. Stoją na podeście... nad którym my siedzimy.
Czy oglądasz sztukę?
Tak.
Jak wyglądasz? Spójrz na siebie.
Mam brązowe włosy, splecione w warkocz. - Urwała. - Jej opis samej siebie i obecność  drzew oliwkowych przypomniały mi wcielenie Katarzyny pięt­naście stuleci przed narodzeniem Chrystusa, kiedy ja byłem jej nauczycielem. Diogenesem. Postanowiłem to sprawdzić.
Czy wiesz, jaki to rok?
Nie.
Czy są z tobą ludzie, których znasz?
Tak, obok mnie siedzi mój mąż.  Nie znam go w obecnym życiu.
Czy masz dzieci?
- Jestem teraz przy nadziei. Ciekawy był dobór słów Katarzyny, jakiś  staroświecki,  całkiem  różny  od jej współczesnego stylu.
Czy jest tam twój ojciec?
Nie widzę go. Ty tu gdzieś jesteś... ale nie koło mnie. — A więc miałem rację. Cofnęliśmy się o trzydzie­ści pięć stuleci.
Co ja tam robię?
Teraz się rozglądasz, w ogóle uczysz... Nauczyliś­my się od ciebie wielu śmiesznych rzeczy o kwadratach i kołach. Diogenesie, jesteś tu.
Co więcej wiesz o mnie?
Jesteś stary.  Jakoś jesteśmy spokrewnieni...   ty jesteś bratem mojej matki.
- Czy znasz kogoś więcej z mojej rodziny?
Znam twoją żonę... i twoje dzieci. Masz synów. Dwóch jest starszych ode mnie. Moja matka umarła bardzo młodo.

Czy to ojciec cię wychowywał?
Tak, ale teraz jestem mężatką.
Oczekujesz dziecka?
Chyba tak. Nie chciałabym umrzeć podczas po­rodu.
- Czy to właśnie przydarzyło się twojej matce?
Tak.
I boisz się, że tak samo będzie z tobą.
To się często zdarza.
Czy to jest twoje pierwsze dziecko?
- Tak. I bardzo się boję. To będzie wkrótce. Jestem bardzo gruba. Ciężko mi się ruszać... Jest zimno. — Sama przesunęła się do przodu w czasie. Dziecko miało się właśnie urodzić. Katarzyna nigdy nie miała dziecka, a ja nie odbierałem żadnego porodu od czternastu lat, kiedy odbywałem praktykę położniczą podczas studiów medycznych.
Gdzie jesteś? — spytałem.
- Leżę na czymś kamiennym. Jest bardzo zimno. Mam bóle...   Ktoś musi  mi pomóc.  Ktoś musi mi pomóc. - Poleciłem jej, żeby głęboko oddychała, to dziecko urodzi się bez bólu. Oddychała, jęcząc przy tym. Poród trwał jeszcze kilka okropnych minut i wreszcie
urodziło się dziecko. Córeczka.
Czy teraz czujesz się lepiej?
- Jestem bardzo słaba... i tyle krwi!
Czy wiesz, jak jej dasz na imię?
Nie, jestem zbyt zmęczona...  Ja chcę przytulić moje dziecko.
Twoje dziecko jest tu... malutka dziewczynka.
- Tak... mój mąż cieszy się bardzo. — Była ogrom­nie wyczerpana. Poleciłem jej, żeby zapadła w krótką drzemkę. Po kilku minutach obudziłem ją.
Czy teraz czujesz się lepiej?
Tak...  widzę juczne zwierzęta... Niosą coś na grzbiecie. Kosze. W tych koszach jest wiele rzeczy... żywność... jakieś czerwone owoce...
Czy to ładny kraj?
Tak, i dużo tu żywności.
Czy wiesz, jak się ten kraj nazywa? Co powiesz, jak ktoś obcy spyta cię o nazwę tej miejscowości?
Cathenia... Cathenia.
To mi wygląda na grecką nazwę miasta — powie­działem.
Tego nie wiem. A ty wiesz? Nie było cię we wsi, ale wróciłeś tam, a ja nie. — To był szkopuł. Ponieważ w tym wcieleniu byłem jej wujem, człowiekiem starszym, mądrzejszym od niej, chciała wiedzieć, czy znam od­powiedź na moje własne pytanie. Niestety, nie miałem
dostępu do tej informacji.
Czy całe życie spędziłaś w tej miejscowości? — spytałem.
Tak — wyszeptała — ale ty podróżujesz, a więc możesz dużo  wiedzieć.   Podróżujesz,  żeby  się  uczyć, poznać kraj... różne szlaki handlowe, tak że możesz je naszkicować i wykreślić mapę. Jesteś stary. Chodzisz z młodymi ludźmi, ponieważ znasz się na mapach. Jesteś bardzo mądry.
O jakich mapach myślisz? Mapach gwiazd także?
Ty rozumiesz symbole. Ty pomagasz im robić... pomagasz im robić mapy.
Czy rozpoznajesz innych ludzi ze wsi?
Nie znam ich... za to znam ciebie.
- W porządku. Jakie są nasze stosunki?

Bardzo dobre. Jesteś bardzo miły. Lubię po prostu siedzieć obok ciebie, czuję się przy tobie bezpieczna...
Pomogłeś nam. Pomogłeś moim siostrom...
Ale przyjdzie czas, kiedy będę musiał cię opuścić, ponieważ jestem stary.
Nie. — Nie była jeszcze gotowa, żeby myś­leć o mojej śmierci. - Widzę chleb, bardzo płaski i cienki.
Czy ludzie tam jedzą chleb?
Tak, mój ojciec i mój mąż, i ja. I wszyscy tutejsi ludzie.
Z jakiej okazji?
Jest jakieś... jakieś święto.
Czy jest tam twój ojciec?
Tak.
I twoje dziecko?
Tak. Ale nie ze mną, ona jest z moją siostrą.
- Przyjrzyj się uważnie swojej siostrze — poleciłem mając nadzieję, że Katarzyna rozpozna w niej kogoś ważnego w obecnym jej życiu.
Przyjrzałam się, nie znam jej.
Czy rozpoznajesz swego ojca?
- Tak...  tak...  to Edward. Tu są figi i oliwki... i czerwone owoce. I płaski chleb. Zabili też owcę. Pieką ją. — Nastąpiła długa przerwa. — Widzę coś białego... to wielkie prostokątne jakby pudło. Kładą w nie ludzi, kiedy umrą.
A więc teraz ktoś umarł?
Tak... mój ojciec. Nie chcę na niego patrzeć. Nie chcę go widzieć.
Czy musisz patrzeć?
Tak.  Zabiorą go i pochowają.  Jest mi bardzo smutno.
To zrozumiałe. Ile dzieci masz? — Moja reporters­ka żyłka nie pozwoliła mi jej dłużej martwić.
Troje, dwóch chłopców i dziewczynkę. — Ledwie posłusznie odpowiedziała na moje pytanie, znów po­grążyła się w żalu. — Czymś przykryli jego ciało... — Była bardzo smutna.
Czy ja w tym czasie także umarłem?
Nie. Pijemy sok z winogron.
Jak teraz wyglądam?
Jesteś bardzo, bardzo stary.
Czy lepiej się teraz czujesz?
Nie! Kiedy ty umrzesz, zostanę całkiem sama.
Przeżyłaś dzieci? Przecież się tobą zajmą.
Och, ty wiesz wszystko. — Powiedziała to jak mała dziewczynka.
Dasz sobie radę. Ty także dużo wiesz. Będziesz bezpieczna — zapewniłem ją. A ona po chwili wyraźnie się uspokoiła. — Gdzie się teraz znajdujesz? — spyta­łem.
Nie wiem. — Najwidoczniej znalazła się w sta­nie duchowym, mimo że w tym wcieleniu nie prze­żyła swej śmierci. Dotąd zrelacjonowała mi swoje dwa wcielenia. Czekałem na Mistrzów, ale Katarzyna nadal wypoczywała. Po kilku dalszych minutach spy­tałem, czy mogę rozmawiać z Mistrzami Duchowymi.
— Jeszcze nie osiągnęłam tej płaszczyzny — wyjaś niła. — Nie mogę mówić, dopóki to się nie stanie.
Nie osięgnęła jednak tej płaszczyzny. Po długim ocze kiwaniu wyprowadziłem ją z transu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz