niedziela, 25 września 2011

Rozdział ósmy

Rozdział ósmy
Minęły trzy tygodnie, nim spotkaliśmy się następnym razem. Podczas urlopu, leżąc na tropikalnej plaży mia­łem czas i odpowiednią perspektywę, żeby przemyśleć to, co się wydarzyło wskutek seansów hipnotycznych z Katarzyną: cofanie się do poprzednich wcieleń, do­kładne obserwacje i opisy przedmiotów, zdarzeń i fak­tów, o czym nie miała pojęcia w swym obecnym życiu; osiągnięcie znacznej poprawy jej zdrowia, czego nigdy nie można by uzyskać w ciągu osiemnastu miesięcy stosując normalną psychoterapię; poznanie zaskakująco dokładnych opisów duchowego stanu po śmierci, kiedy przekazywała wiedzę, do której nie miała dostępu oraz poezji sfery duchowej i pouczeń Mistrzów, o tym, co się dzieje po śmierci, o narodzinach i powtórnych narodzi­nach, których mądrość i styl przekraczały jej możliwo­ści. Tak, istotnie miałem dużo do przemyślenia. Przez wiele lat leczyłem setki, może tysiące pacjentów, cier­piących na różnego rodzaju zaburzenia emocjonalne. Prowadziłem oddziały dla chorych hospitalizowanych przy czterech znanych uczelniach medycznych. Lata całe spędziłem na psychiatrycznych ostrych dyżurach w przychodniach oraz innych tego rodzaju placówkach, gdzie stawiałem pacjentom diagnozę i leczyłem ich.
Wszystko wiedziałem o halucynacjach słuchowych i wzrokowych oraz urojeniach schizofrenicznych. Leczy­łem wielu pacjentów z zaburzeniami histerycznymi, włą­cznie z rozdwojeniem jaźni, byłem konsultantem w przy­padkach związanych z nadużywaniem narkotyków i al­koholu, instytutu zajmującego się tymi problemami i doskonale znałem skutki całej gamy narkotyków na mózg.
Katarzyna nie miała żadnego z tych objawów czy syndromów. To, co się działo z nią, nie było przejawem choroby psychicznej. Nie była psychotyczna, nigdy nie traciła kontaktu z rzeczywistością, nigdy też nie miała halucynacji ani przywidzeń.
Nie brała narkotyków i nie miała zaburzeń socjopatycznych. Nie była osobowością histeryczną. Słowem na ogół była świadoma tego, co robi i myśli, nie funkc­jonowała na „automatycznym pilocie" i nigdy nie miała rozdwojenia osobowości. Materiał, jaki przekazywała, często przekraczał jej poziom zarówno w stylu, jak i treści. Niektóre informacje z przeszłości były wręcz metafizyczne, na przykład szczegóły dotyczące mego ojca i syna, jak też jej własnej przeszłości. Posiadała wiedzę, do jakiej w swym obecnym życiu nie miała dostępu ani nie mogła jej posiąść, gdyż było to obce jej kulturze i wychowaniu, wręcz niezgodne z wieloma jej przekonaniami.
Prostolinijna i uczciwa z natury Katarzyna nie jest naukowcem i w żadnym razie nie mogła wymyśleć faktów, szczegółów, historycznych zdarzeń, opisów i po­etycznych metafor, jakie przekazywała. Jako psychiatra naukowiec, byłem pewien, że ten cały materiał pocho­dził z jakiejś części jej podświadomości. Nawet gdyby Katarzyna była zręczną aktorką, nie potrafiłaby od­grywać tych swego rodzaju happeningów. To, co prze­kazywała, było zbyt dokładne, zbyt specyficzne i prze­kraczało jej możliwości.
Zastanawiałem się nad terapeutycznym celem bada­nia poprzednich wcieleń Katarzyny. Od kiedy wkroczy­liśmy w tę nową całkiem dziedzinę, stan jej zaczął się bardzo szybko poprawiać, i to bez żadnych medykamen­tów. W hipnozie istnieje jakaś lecznicza siła, najwidocz­niej o wiele bardziej skuteczna niż konwencjonalna terapia czy współczesne lekarstwa. Dzięki niej można przypomnieć sobie i przeżyć ponownie nie tylko bolesne wydarzenia, ale także codzienne krzywdy, na które narażone jest nasze ciało, umysł i psychika. Kiedy badałem jej poprzednie wcielenia, szukałem tego, co się powtarzało, jak na przykład prześladowania w sferze uczuciowej lub fizycznej, jak nędza lub głód, choroba i przeciwności życiowe, ustawiczne prześladowanie i przesądy, częste niepowodzenia i tak dalej. Zwracałem też baczną uwagę na większe tragedie, takie jak śmierć kogoś bliskiego, gwałt, wielka katastrofa czy jakieś inne okropne wydarzenie, które mogło na zawsze pozostawić ślad w psychice. Technika była podobna do szczegóło­wego badania dzieciństwa w terapii konwencjonalnej, z tym wyjątkiem, że tutaj miarą czasu było raczej kilka tysięcy lat niż jak zwykle dziesięć lub piętnaście. Dlatego zadawałem pytanie bardziej bezpośrednie i ukierunkowane niż w terapii konwencjonalnej. Jednak sukces naszej nieortodoksyjnej terapii był niewątpliwy. Katarzyna [oraz inni pacjenci, których leczyłem hip­notycznym cofaniem się w przeszłość] została wyleczona niezwykle szybko.
Ale czy istniało jakieś inne wytłumaczenie wspomnień Katarzyny z poprzednich wcieleń? Czy te wspomnienia przekazały jej geny? Taka możliwość jest naukowo wąt­pliwa. Genetyczna pamięć to nieprzerwany ciąg przeka­zywania genetycznego materiału z pokolenia na pokole­nie. Katarzyna żyła w przeróżnych miejscach naszej Ziemi, a jej linia genetyczna była stale przerywana. To umarła podczas powodzi, wraz ze swym dzieckiem albo bezdzietnie, albo we wczesnej młodości. Zasób jej gene­tycznych wiadomości wielekroć kończył się, nie był dalej przekazywany. A co z życiem po śmierci i w stanie pośrednim? Pozbawiona ciała, a więc również materiału genetycznego, zawsze miała zasób wspomnień. I dlatego należało odrzucić wyjaśnienia genetyczne.
Co z Jungowską teorią zbiorowej podświadomości, zbiornika wszelkiej ludzkiej pamięci i doświadczeń, do którego można się podłączyć? Całkiem odmienne kul­tury często mają podobne symbole, nawet w snach. Zdaniem Junga zbiorowa podświadomość nie była zdo­bywana przez daną osobę, ale jakby „dziedziczona" przez mózg. Mieściła w sobie motywy i wyobrażenia, które pojawiają się na nowo w każdej kulturze, nie dzięki tradycji historycznej czy rozprzestrzenianiu się. Moim zdaniem bardzo konkretnych wspomnień Kata­rzyny nie można było wytłumaczyć koncepcją Junga. Nigdy nie mówiła o symbolach, uniwersalnych obrazach czy motywach. Podawała dokładne opisy konkretnych ludzi i miejsc. Idea Junga była zbyt nieokreślona. A co ze stanem pośrednim? I dlatego reinkarnacja była naj­lepszym wytłumaczeniem.
To, co przekazywała Katarzyna, było nie tylko do­kładne i bardzo konkretne, ale przekraczało jej świa­dome możliwości. Mówiła o rzeczach, o których nie mogła była przeczytać w książkach, a potem o nich zapomnieć. Jej wiedza nie mogła też być nabyta w dzie­ciństwie, potem ukryta w podświadomości i następnie ujawniona. A co z Mistrzami oraz ich przekazami? One „przechodziły" przez Katarzynę, ale nie pochodziły od niej. Ich mądrość znajdowała także wyraz we wspo­mnieniach Katarzyny z dawnych wcieleń. Wiedziałem to nie tylko na podstawie wielu lat starannych badań innych pacjentów, ich umysłów, mózgów i osobowości, ale wiedziałem to intuicyjnie, jeszcze przed rewelacjami dotyczącymi mego ojca i syna. Wiedział o tym mój przez wiele lat szkolony naukowo mózg, czułem to w głębi serca.
Widzę jakieś naczynia, chyba z oliwą. - Pomimo trzytygodniowej przerwy Katarzyna szybko zapadła w trans. Znalazła się w innym ciele, w innych czasach. — W tych naczyniach jest różnego rodzaju oliwa. To chyba jakiś skład, gdzie trzymają towary. Te naczynia, dzbany są czerwone... czerwone, zrobione z czerwonej gliny. Na górze mają niebieskie obwódki. Widzę ludzi... oni są w jaskini. Przenoszą naczynia i dzbany, ustawia­jąc je w określonym miejscu. Głowy mają ogolone... nie mają włosów na głowie. Skóra ich jest ciemna, brunat­na...
Czy jesteś tam?
Tak... Pieczętuję niektóre dzbany... jakby wos­kiem... pieczętuję szyjki dzbanów woskiem.
- Czy wiesz do czego służy ten olej?
Nie wiem.
Czy widzisz siebie? Spójrz na siebie. Powiedz mi, jak wyglądasz.
Przestała mówić, jakby siebie obserwowała.
Mam warkocz. I długą, długą... ozdobę, z materia­łu. Która ma złotą obwódkę.
Czy pracujesz dla  kapłanów...  czy  może ludzi z ogolonymi głowami?
Moim obowiązkiem jest pieczętowanie dzbanów woskiem.
Ale nie wiesz, do czego używana jest ich zawartość?
- Chyba do jakichś obrzędów religijnych. Ale nie jestem pewna... co to jest... Jakieś namaszczanie, nama­szczanie głowy... coś na głowę i na dłonie. Widzę ptaka, złotego ptaka wokół mojej szyi. Jest płaski, ma płaski ogon, bardzo płaski ogon i głowę spuszczoną... w kieru­nku moich stóp.
Twoich stóp?
Tak, bo w ten sposób trzeba go nosić. Jest tu również czarna...  czarna lepka substancja.  Nie mam pojęcia, co to jest.
Gdzie się znajduje?
- W marmurowym naczyniu. Jej także używają, ale nie wiem do czego.
Czy jest w tej jaskini jakiś napis, żebyś mogła go przeczytać i powiedzieć mi, jak się nazywa kraj... miejs­cowość, gdzie mieszkasz... a może jakaś data?
Nic nie widzę na ścianach, są puste. Nie znam żadnej nazwy. — Poleciłem jej przesunąć się naprzód w czasie.
Widzę biały dzban. Uchwyt na górze jest złoty, wyłożony złotem.

Co jest w dzbanie?
Jakaś maść. Ma coś wspólnego z przechodzeniem do innego świata.
- Czy właśnie ty masz teraz przejść do innego świa­ta?
Nie, to ktoś, kogo nie znam.
Czy przygotowywanie ludzi do tego przejścia jest twoim obowiązkiem?
Nie, to robi kapłan, nie ja. My tylko dostarczamy im maść, kadzidło...
W jakim mniej więcej wieku jesteś teraz?

Mam szesnaście lat.
Czy mieszkasz razem z rodzicami?
Tak, w domu z kamienia. Nie jest bardzo duży, za to suchy i bardzo w nim ciepło. Klimat tu jest bardzo gorący.
Wejdź do domu.
Jestem w nim.
Czy oprócz ciebie są inne osoby z twojej rodziny?
Widzę brata i moją matkę, i małe dziecko, czyjeś dziecko.
Czy to twoje dziecko?
Nie.
Przejdź teraz do czegoś istotnego, co wyjaśni zja­wiska w twoim obecnym życiu. Musimy się dowiedzieć. To niczym nie grozi. Przejdź do zdarzeń.

Wszystko w swoim czasie... - odparła bardzocicho. — Widzę umierających ludzi.
Umierających ludzi?
Oni nie wiedzą, co jest tego przyczyną.
Może epidemia? -- Nagle zaświtało mi, że znów wróciła do dawnego wcielenia, tego, do którego już się kiedyś cofnęła. Do tego wcielenia, kiedy na skutek zarazy spowodowanej wodą zmarł jej ojciec i jeden z braci. Katarzyna również chorowała, ale się wyleczyła. Ludzie wtedy używali czosnku i jakichś ziół, żeby się uchronić od epidemii. Katarzyna była wówczas bardzo przejęta, ponieważ zmarli nie byli odpowiednio bal­samowani.
Ale teraz do tego wcielenia podeszliśmy pod innym kątem.
Czy to ma coś wspólnego z wodą? — spytałem.
Oni tak uważają. Umiera wielu ludzi. — Znałem już dalszy ciąg.
- Ale ty z tego powodu nie umrzesz?
Nie, ja nie umrę.
Jednak zarazisz się, będziesz bardzo chora.
Tak. Zimno mi... bardzo zimno. Chce mi się pić. Oni uważają, że ta choroba bierze się z wody... i czegoś czarnego... Ktoś umiera.
Kto umiera?
Mój ojciec umiera i także jeden z braci. Moja matka dobrze się czuje, wraca do zdrowia. Jest bardzo słaba. Trzeba grzebać zmarłych i wszyscy bardzo są tym wzburzeni, bo to jest wbrew przepisom religijnym.
Jakiego  rodzaju  są  te  przepisy? — Zdumiony byłem jej konsekwencją, tym, jak przypominała sobie fakt po fakcie, dokładnie to, co opowiadała o tym swoim wcieleniu kilka miesięcy temu. Teraz także bar­dzo była przejęta zaniechaniem normalnych obrzędów
pogrzebowych.
Chorych umieszcza  się w jaskiniach.  Ciała  też trzymane są w jaskiniach. Ale przedtem ciała te muszą być odpowiednio przygotowane przez kapłanów, muszą być owinięte w materiał i namaszczone. Trzymano je w jaskiniach, ale przyszła powódź... Powiadają, że wo­da szkodzi. Nie piją wody.
Czy można tę chorobę wyleczyć? Czy coś na nią pomaga?
Dostajemy zioła, różnego rodzaju zioła i rośliny. One mocno pachną... okropnie mocno. Czuję ten zapach.
Czy rozpoznajesz ten zapach?
To, co tak brzydko pachnie, jest białe. Zwisa z sufitu.
Coś w rodzaju czosnku?
Wszędzie wisi... tak, właściwości ma podobne... kładzie się to w usta, do uszu, nosa, wszędzie. Zapach jest bardzo mocny. Wszyscy wierzą, że powstrzymuje złe duchy, żeby nie weszły do ciała. Widzę fioletowy... owoc albo coś okrągłego z fioletową skórką...
Czy rozpoznajesz kulturę, w jakiej się znalazłaś? Czy wydaje ci się znajoma?
Nie rozpoznaję.
Czy to coś fioletowego to jakiś owoc?
Tannis.
Czy pomaga? Czy leczy tę chorobę?
Wtedy tak, pomagał.
Tannis — powtórzyłem, znowu próbując zrozu­mieć, czy mówi o czymś, co my nazywamy taniną albo kwasem taninowym. — Jak to nazywają? Tannis?
Właśnie tak...  słyszałam, jak powtarzali słowo „tannis".
Co z tego właśnie wcielenia zachowało się w two­im obecnym życiu? Dlaczego wracasz do tamtego życia? Co sprawia, że jest tak trudne?
Religia — wyszeptała szybko Katarzyna. — Ów­czesna religia... religia strachu... Tylu rzeczy trzeba się było bać... i tylu bogów.
Czy pamiętasz imiona niektórych bogów?
Widzę oczy. Widzę coś czarnego... coś w rodza­ju... wygląda jak szakal. To posąg. On jest strażni­kiem... Widzę kobietę, boginię z dziwną głową.
Czy znasz imię tej bogini?
Ozyrys...  Syrus...  coś w tym  rodzaju.  I widzę oko... po prostu oko na łańcuchu. Jest złote.
Oko?
Tak... Kto to jest Hator?
Co takiego?
Hator! Kto to taki?
Nigdy nie słyszałem o Hatorze, choć wiedziałem, że Ozyrys, jeśli jej wymowa była właściwa, był bratem--małżonkiem Izydy, głównej bogini Egiptu, bogini miło­ści i wesela.
Czy to jeden z bogów? — spytałem.
Hator, Hator! — Długa przerwa. — Ptak... jest płaski... płaski, to feniks. — Znowu milczenie.
Przesuń się trochę w przód w czasie, do ostatniego dnia w tym wcieleniu, ale przedtem, nim umarłaś. Po­wiedz mi, co widzisz.
Widzę ludzi i domy — powiedziała bardzo cicho. — I sandały. I materiał, jakiś bardzo szorstki materiał.
Co się dzieje? Przejdź teraz do czasu, kiedy umie­rasz. Co się z tobą dzieje? Czy widzisz to?
Nie widzę... Więcej już siebie nie widzę.
Gdzie jesteś? Co widzisz?
Nic...   tylko  ciemność...   Widzę  światło,  ciepłe światło. — Widocznie już umarła i przeszła w stan duchowy.  Nie potrzebowała doświadczać znowu ów­czesnej swej śmierci.
- Czy możesz dotrzeć do światła? — spytałem.
Idę. — Odpoczywała spokojnie, znowu czekając.
Czy możesz teraz spojrzeć na lekcje z tego wciele­nia? Czy jesteś już ich świadoma?

Nie — powiedziała szeptem. Czekała. Nagle zro­biła się czujna, choć oczy nadal miała zamknięte, jak zawsze kiedy była w hipnotycznym transie. Głowa jej kiwała się z boku na bok.
Co teraz widzisz? Co się dzieje?
Ktoś... — głos jej był teraz donośny -- ktoś do mnie mówi!
Co mówi?
- Mówi o cierpliwości. Że trzeba mieć cierpliwość..
Tak. Mów dalej.
Odpowiedział Mistrz-poeta: — Cierpliwość i właściwy czas... wszystko przychodzi, kiedy przyjść musi. Życia nie można przyspieszać, nie może toczyć się wedle ustalonego planu, jak chciałoby wielu ludzi. Musimy przyjąć to, co przychodzi do nas w określonym czasie, i nie domagać się więcej. Bowiem życie się nie kończy i dlatego my nigdy nie umieramy, i nigdy się naprawdę nie urodziliśmy. Po prostu przechodzimy różne fazy. Nie ma końca. Ludzkie istoty mają wiele wymiarów. Ale czas nie jest taki, jak my go pojmujemy, on się zawiera w lekcjach, których trzeba się nauczyć.
Nastąpiła długa przerwa, po chwili Mistrz ciągnął dalej:
Wszystko w swoim czasie stanie się dla ciebie jasne.  Musisz mieć możliwość przetrawienia wiedzy, jakiej ci już dostarczyliśmy. — Katarzyna zamilkła.
Czy jest coś więcej, czego powinienem się nauczyć! — spytałem.
Odeszli — szepnęła. — Nikogo już nie słyszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz