niedziela, 25 września 2011

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziewiąty


Z każdym tygodniem Katarzyna pozbywała się jakiejś warstwy nerwicowych lęków. Z każdym tygodniem sta­wała się pogodniejsza, bardziej spokojna i cierpliwa. Miała więcej zaufania do ludzi i oni też do niej lgnęli. Emanowała miłością i była nią darzona. Wewnętrzny blask jej osobowości
promieniował z taką mocą, że wszyscy mogli to dostrzec.
Wycieczki Katarzyny w przeszłość obejmowały mil­lennia. Ilekroć zapadła w hipnotyczny trans, nie wie­działem, jakie wątki jej wcieleń się pojawiają. Od prehis­torycznych jaskiń przez starożytny Egipt po czasy współczesne — ona tam była. A gdzieś poza czasem Mistrzowie z miłością sprawowali pieczę nad jej wszyst­kimi wcieleniami. Podczas dzisiejszego seansu znalazła się w dwudziestym wieku, ale nie jako Katarzyna.
Widzę kadłub samolotu i pas startowy... jakiś passtartowy — zaczęła szeptać.
Czy wiesz, gdzie to jest?
Nie widzę... Alzacja? — I dodała po chwili: — Tak, to Alzacja.
We Francji?
- Nie wiem. Po prostu Alzacja... Widzę nazwisko Von Marks [fonetycznie]. Coś jakby brązowy hełm albo kapelusz... kapelusz z goglami. Został zniszczony od­dział. To jakieś odludzie. Chyba nie ma żadnego miasta w pobliżu.
Co widzisz?
Zniszczone domy. Widzę domy... Ziemia jest zryta bombardowaniem. Tutaj jest bardzo dobrze ukryty schron.
Co ty robisz?
Pomagam im przy rannych, oni ich odnoszą.
- Spójrz na siebie. — Opisz, jak wyglądasz i co nosisz.
Noszę kurtkę. Mam jasne włosy, niebieskie oczy. Moja kurtka jest bardzo brudna. Wielu tu rannych.
Czy jesteś przeszkolona do opieki nad rannymi?
Nie.
- Czy tam mieszkasz,  czy zostałaś przywieziona? Gdzie mieszkasz?
Nie wiem.
- W jakim mniej więcej jesteś wieku?
Trzydzieści pięć lat.        
Katarzyna miała  teraz dwadzieścia dziewięć, oczy piwne, a nie niebieskie. Dalej zadawałem jej pytania:
- Jak się nazywasz? Czy jest twoje nazwisko na kurtce?
Na kurtce są skrzydła.  Jestem  pilotem...  kimś w rodzaju pilota.
Latasz na samolotach?
Tak, muszę.
Kto ci to każe robić?
Taka jest moja służba. To mój obowiązek.

Czy także zrzucasz bomby?
Na pokładzie samolotu jest strzelec. I pilot.
Na jakiego rodzaju samolocie latasz?
To  samolot  z  czterema  śmigłami.   Dolnopłatowiec. — Byłem rozbawiony tym opisem, ponieważ Katarzyna w ogóle nie znała się na samolotach. Zaim­ponowała mi, mówiąc o dolnopłatowcu. Ale w stanie hipnozy zdobywała coraz większy zapas wiedzy, choćby na temat wyrobu  masła czy balsamownia zmarłych. Inna sprawa, że tylko ułamek tej wiedzy był dla niej dostępny w jej codziennym, świadomym życiu.
- Czy masz rodzinę? — kontynuowałem pytania.
Oni nie są ze mną.
Czy są bezpieczni?
- Nie wiem. Obawiam się... obawiam się, że wrócą.
Moi przyjaciele są umierający!
Czyjego powrotu się obawiasz?
Wroga.
Kim jest ten wróg?
- Anglicy... Amerykańskie Siły Zbrojne... i Ang­licy.
Czy przypominasz sobie swoją rodzinę?
Czy sobie przypominam? Za dużo tu zamieszania.
No, to wróćmy w tym samym życiu do lepszych czasów, przed wojną, kiedy byłaś razem z rodziną w do­mu. Zobacz to. Wiem, że to trudne, ale chcę, żebyś się odprężyła. Spróbuj i przypomnij sobie.
Katarzyna chwilę milczała i wreszcie szepnęła.
- Słyszę imię Eryk... Eryk. Widzę jasnowłose dziec­ko, dziewczynkę.
Czy to twoja córeczka?
Tak. Chyba tak... Margot.

Czy ona jest blisko ciebie?
Jest ze mną. Jesteśmy na pikniku. Cudowna pogoda.

Czy oprócz Margot jest ktoś z tobą?
Widzę kobietę o brązowych włosach, siedzi na trawie.
Czy to twoja żona?
Tak...   nie znam jej — dodała nawiązując do rozpoznawania ludzi, obecnego życia.
Czy znasz Margot? Spójrz na nią uważnie. Czy znasz ją?
Tak, ale nie bardzo wiem skąd... Gdzieś ją po­znałam.
Później może się dowiesz. Spójrz jej w oczy.
- To Judy — odpowiedziała.  Judy była  obecnie najlepszą przyjaciółką Katarzyny. Podczas pierwszego spotkania poczuły wzajemną sympatię i zaprzyjaźniły się serdecznie, ufając sobie bez reszty, znając swoje myśli i pragnienia, nim zostały wypowiedziane.
Judy? — powtórzyłem.
Tak, Judy. Podobna jest do niej... uśmiecha się tak samo jak ona.
To dobrze.  Czy jesteś szczęśliwa w domu, czy masz jakieś problemy?
Nie mam żadnych  problemów.  — Długie mil­czenie. — Tak, tak, to bardzo niespokojne czasy. Za to w rządzie niemieckim są jakieś problemy. Zbyt wiele rozbieżnych poglądów. To nas wreszcie podzieli... Ale ja muszę walczyć dla swojej ojczyzny.

Czy mocno kochasz swoją ojczyznę?
Nienawidzę wojny. Uważam, że nie wolno nikogo zabijać, ale muszę spełnić swój obowiązek.
- Przejdź teraz do tego miejsca, gdzie leżał rozbity samolot, gdzie widać było ślady po bombardowaniu, podczas wojny. Anglicy i Amerykanie zrzucają niedale­ko ciebie bomby. Czy widzisz znowu samolot?
Tak.
Czy nadaj żywisz takie same jak przedtem uczucia wobec zabijania, wojny i spełnienia obowiązku?
Tak, umrzemy niepotrzebnie.
Co takiego?
Umrzemy niepotrzebnie — powtórzyła głośniejszym szeptem.
Niepotrzebnie? Dlaczego niepotrzebnie? Czyż nie ma w tym zasługi, jeśli się walczy w obronie własnego kraju i swoich najdroższych?
Umrzemy broniąc idei garstki ludzi.
Nawet gdyby to byli przywódcy twego kraju? Oni mogą się mylić...
Szybko mi przerwała. — Oni nie są przywódcami, gdyby nimi byli, nie doszłoby do okropnej wewnętrznej walki... w rządzie.
Niektórzy ludzie nazywają ich szaleńcami. Czy to coś ci mówi? Czy oni są obłąkani na punkcie posiadania władzy?
My wszyscy chyba jesteśmy szaleńcami, jeśli daje­ my im się prowadzić, pozwalamy na to... żeby nam kazali zabijać ludzi. I zabijać samych siebie...
Czy zostali przy życiu jacyś twoi przyjaciele?

Tak, niektórzy jeszcze żyją.
- Czy są tacy, z którymi jesteś bardzo blisko? Z za­łogi twego samolotu? Czy twój strzelec i pilot jeszcze żyją?
Nie widzę ich, ale mój samolot nie został znisz­czony.
Nadal nim latasz?
Tak, musimy się spieszyć, żeby ten drugi samolot poderwać z pola startowego... nim oni wrócą.
Wejdź do swego samolotu.
Nie chcę. — Sprawiała wrażenie, że próbuje ze mną prowadzić pertraktacje.
Ale musisz nim wystartować.
Kiedy to bez sensu...
Jaki był twój zawód przed wojną? Czy pamiętasz? Co robił Eryk?
Byłem drugim pilotem... małego samolotu, takie­go który woził cargo.
A więc wtedy także byłaś pilotem, czy tak?
Tak.
Z tego powodu często przebywałaś poza domem?

Tak -    odparła bardzo cicho, z żalem.
Przesuń się w przód w czasie — poleciłem jej - do następnego lotu. Czy możesz to zrobić?

Kiedy nie będzie następnego lotu.
Czy coś ci się stanie?
Tak. — Oddech jej się przyspieszył, była wyraźnie zdenerwowana. Przesunęła się do dnia swej śmierci.
Co się stało?
- Uciekam od ognia. Moja załoga zginęła z powodu ognia.
Czy ty to przeżyłaś?
Nikt nie przeżył... nikt nie może przeżyć wojny. Umieram! — Oddech jej stał się ciężki. — Krew! Wszę­dzie jest krew! Czuję ból w piersiach... Zostałam trafio­na w pierś... i w nogę... i w kark. Och, jaki ból... -Bardzo cierpiała, ale wkrótce oddech się uspokoił i stał się bardziej regularny, mięśnie jej twarzy rozluźniły się, wyglądała teraz spokojnie. Rozpoznałem spokój stanu
przejściowego.
Wyglądasz teraz na odprężoną. Czy się skończyło? Chwilę milczała i wreszcie odparła bardzo cicho: - Oddalam  się...   od  mego  ciała.  Nie mam już  ciała. Znowu jestem duchem.
Dobrze. Odpocznij. Miałaś ciężkie przeżycia i tru­dną  śmierć.   Musisz  odpocząć.   Czego  nauczyłaś  się w tym wcieleniu?
- Nauczyłam się, co to jest nanawiść... niepotrzebne zabijanie... źle skierowana nienawiść... I że są ludzie, którzy nienawidzą, ale nie wiedzą dlaczego. Pcha nas do tego... zło, kiedy jesteśmy w fizycznym stanie...
Czy istnieje wyższy obowiązek, nadrzędny wzglę­dem własnego kraju? Coś, co by nas odstręczało od zabijania, nawet gdyby nam kazano? Obowiązek wzglę­dem nas samych?
Tak... — ale nie rozwinęła tego tematu.
Czy teraz na coś czekasz?
Tak... Czekam, żeby przejść w stan odnowy. Mu­szę czekać. Oni przyjdą po mnie... oni przyjdą...
Dobrze, chciałbym porozmawiać z nimi, jak przyj­dą. — Czekaliśmy kilka minut. I nagle jej głos stał się donośny, zachrypnięty, odezwał się pierwszy Mistrz, a nie poeta:
- Miałeś rację przypuszczając, że jest to właściwa kuracja dla tych w fizycznym stanie. Musisz z nich wyplenić strach, który powoduje utratę energii. Utrud­nia im realizację wyznaczonych zadań. Wskazówki, jak to robić, znajdziesz w swoim otoczeniu. Najpierw muszą się oni znaleźć na bardzo, bardzo głębokim poziomie... gdzie już nie czują swego ciała. Wtedy do nich trafisz. Troski i zmartwienia istnieją tylko na powierzchni. Musisz dotrzeć głęboko, do ich duszy, tam, gdzie tworzą się idee.
Energia... wszystko jest energią. A tyle się jej mar­nuje. Weźmy góry... Wnętrze góry, w samym jej środku panuje spokój. To na zewnątrz dominuje zamęt. Ludz­kie istoty dostrzegają tylko to, co zewnętrzne, ale ty możesz przeniknąć znacznie głębiej. Musisz zobaczyć wulkan. Żeby to uczynić, musisz wejść głęboko we wnętrze.
Stan fizyczny jest anormalny, natomiast stan ducho­wy naturalny. Kiedy zostajemy odesłani z powrotem, mamy uczucie, że stykamy się z czymś, czego nie znamy. Przystosowanie się zajmuje nam sporo czasu. W świecie duchowym trzeba czekać, a potem następuje odnowa. Istnieje bowiem stan odnowy. Jest to taki sam wymiar jak inne wymiary, a tobie już udało się prawie osiągnąć ten stan...
Byłem zdumiony. Jak mogłem zbliżyć się do osiąg­nięcia stanu odnowy?
— Czyżby udało mi się „prawie osiągnąć ten stan?" — spytałem zdumiony.
— Tak. Ty wiesz znacznie więcej niż inni ludzie. Dlatego więcej rozumiesz. Bądź wobec nich cierpliwy. Nie posiadają oni wiedzy, jaką ty masz. Do pomocy zostaną ci przysłane duchy. Postępujesz właściwie w tym, co czynisz... rób tak dalej. Nie wolno tracić energii. Musisz wyzbyć się lęku. To będzie największa broń, jaką posiadasz...
Pierwszy Mistrz zamilkł. Co ma znaczyć owo prze­słanie? — zapytałem siebie. Wiedziałem, że udało mi się uwolnić Katarzynę od lęku, ale to przesłanie miało znaczenie bardziej globalne. Było czymś więcej niż tylko potwierdzeniem skuteczności hipnozy jako narzędzia terapeutycznego. Chodziło tu o coś więcej niż cofanie się do poprzednich wcieleń, co zresztą trudno byłoby za­stosować na masową skalę. Nie, moim zdaniem to dotyczy strachu przed śmiercią, strachu, który się kryje głęboko wewnątrz wulkanu. Strach przed śmiercią, ukryty, bezustanny strach, którego żadne pieniądze ani wysiłki nie mogą zneutralizować — oto istota rzeczy. Gdyby ludzie wiedzieli, iż „życie nie kończy się i dlatego my nigdy nie umieramy i nigdy naprawdę nie urodziliś­my się", to wtedy ten strach zniknąłby. Gdyby ludzie wiedzieli, iż żyli nieskończoną ilość razy przedtem i żyć będą w przyszłości nieskończoną ilość razy, to uspokoi­liby się. Gdyby wiedzieli, że kiedy jesteśmy w stanie fizycznym, wokół nas są pomocne duchy, i że potem po śmierci w stanie duchowym ludzie przyłączą się do tych duchów i do naszych kochanych zmarłych, jak wielkiego pocieszenia by doznali. Gdyby wiedzieli, że „aniołowie stróże" naprawdę istnieją, o ileż bezpieczniejsi by się czuli. Gdyby wiedzieli, że akty przemocy i niesprawied­liwości wobec innych ludzi nie zostają zapomniane, ale że w jakiś sposób trzeba będzie zapłacić za nie w następ­nym życiu, o ileż mniej byłoby gniewu i pragnienia zemsty. A jeśli istotnie „poprzez wiedzę zbliżamy się do Boga", jakież znaczenie mają wartości materialne albo władza, jeśli są celem samym w sobie, a nie środkiem, by taką postawę osiągnąć. Chciwość czy chęć posiadania władzy nie są żadną wartością.
Ale jak dotrzeć z tą wiedzą do ludzi? Większość z nich odmawia modlitwy w swoich kościołach, synagogach, meczetach albo świątyniach, modlitwy, które głoszą nieśmiertelność duszy. Ale kiedy skończy się nabożeńst­wo, wracają do swoich utartych nawyków, do rywaliza­cji, chciwości, manipulacji i egotyzmu. To wszystko opóźnia postęp duszy. A jeśli wiara nie wystarczy, to może nauka coś tu pomoże. Może należy zbadać do­świadczenia Katarzyny i moje, może powinni je prze­studiować, zanalizować i opisać w bezstronny naukowy sposób behawioryści i fizycy. Jednak w tym momencie daleki byłem od napisania naukowej rozprawy czy książ­ki, w ogóle nie brałem czegoś takiego pod uwagę. Zastanawiałem się nad duchami, które będą przysłane, żeby mi pomóc. Pomóc w czym?
Katarzyna poruszyła się i zaczęła szeptać: - - Ktoś imieniem Gideon, ktoś imieniem Gideon... Chce mówić ze mną.
Co on mówi?
On jest stale w pobliżu,  ale na dłużej  nie za­trzymuje  się.  On jest jakby  opiekunem...   Ale  teraz droczy się ze mną.
Gideon? — powtórzyłem.
Jest tutaj.
- Czy jego obecność sprawia, że czujesz się bardziej bezpieczna?
Tak. On wróci, kiedy będę go potrzebować.
Dobrze. Czy inne dusze są wokół nas?
O tak... wiele duchów — odparła szeptem. — Oni przychodzą tylko wtedy, kiedy chcą. My wszyscy jesteś­my duchami. Ale inni... niektórzy są w fizycznym sta­nie, a inni w okresie odnowy. A jeszcze inni są opieku­nami. Ale my wszyscy tam pójdziemy. My także byliśmy
opiekunami.

Czy musimy wracać, żeby się uczyć? Dlaczego nie możemy się uczyć jako duchy?
Są różne poziomy nauki i niektórych rzeczy musimy się uczyć jako istoty cielesne. Musimy przeżywać cierpienie. Kiedy jest się duchem, nie czuje się bólu. To okres odnowy. Twoja dusza się odnawia. Kiedy ktoś jest w stanie fizycznym,  odczuwa ból, sam może ranić. W formie duchowej nie czuje się tego. Jest tylko szczęś­cie, poczucie zadowolenia. Okres odnowy jest dla... dla nas. Współdziałanie pomiędzy ludźmi w duchowej for­mie jest inne.  Kiedy jesteśmy w stanie fizycznym... nawiązujemy kontakty interpersonalne.
Rozumiem. — Znowu zamilkła. Mijały minuty. - Widzę niebieski pojazd.
Wózek dziecięcy?
Nie, coś w czym można jechać... Jest niebieski. Niebieska frędzla na górze, niebieska na zewnątrz...
Czy ten pojazd ciągną konie?
Ma wielkie koła. Nikogo w nim nie widzę, tylko dwa konie zaprzęgnięte do niego... siwy i kasztan. Ten siwy koń ma na imię Jabłko, ponieważ bardzo lubi jabłka. Ten drugi ma na imię Książę. Oba są bardzo łagodne. Nie gryzą. Mają duże kopyta... duże kopyta.
Czy jest także jakiś złośliwy koń? Inny?
Nie. Tylko te dwa, bardzo łagodne.
Czy jesteś tam?
Tak, widzę jego pysk. Ten koń jest znacznie wyż­szy niż ja.
Czy jesteś w tym pojeździe? — Z tonu jej od­powiedzi wywnioskowałem, że jest dzieckiem.
Są tu konie. A także chłopiec.
W jakim jesteś wieku?
Nie wiem, jestem bardzo mała. Chyba nie umiem jeszcze liczyć.
Czy znasz tego chłopca? Czy to twój przyjaciel? A może brat?

Mieszka w sąsiedztwie. Przyjechał... z wizytą. Będzie ślub... albo coś w tym rodzaju.
Czy wiesz, czyj to ślub?
Nie. Powiedziano nam, żebyśmy się nie zabrudzili. Mam kasztanowe włosy... Buciki z jednej strony zapi­nane od góry do dołu na guziczki.
Czy jesteś ładnie ubrana? Odświętnie?
Na biało... w białej sukience z kołnierzem koron­kowym, wiązanym z tyłu.
Czy w pobliżu jest twój dom?
Bardzo wielki dom — odparło dziecko.
Czy ty w nim mieszkasz?
Tak.
No, dobrze. Czy możesz teraz zajrzeć do domu?
To ważny dzień dzisiaj. Inne osoby także będą eleganc­ko ubrane, specjalnie na tę okazję.
Gotuje się dużo, dużo jedzenia.
Czujesz zapach tego jedzenia?
Tak. Pieką chleb... mięso...  Nam każą znowu wyjść na dwór. — Rozbawiło mnie to. Ja poleciłem, żeby weszła do środka, ale jej znowu kazano wyjść.
Jak do ciebie mówią?
...Mandy... Mandy i Edward.
Edward do tego chłopca?
Tak.
Nie pozwalają ci zostać w domu?
Nie, ponieważ są bardzo zajęci.
Co czujecie z tego powodu?
Wcale się nie przejmujemy. Ale to bardzo trudno nie ubrudzić się. Nic nam nie wolno.
Czy później tego dnia pójdziesz na ślub?
Tak... Widzę wiele osób. W pokoju jest ciemno. Dzień jest gorący, bardzo gorący. Jest obecny także proboszcz... w śmiesznym kapeluszu, bardzo dużym... czarnym. Zakrywa mu twarz...
Czy to szczęśliwa chwila dla twojej rodziny?
Tak.
Czy wiesz, kto bierze ślub?
Moja siostra.
Czy jest dużo od ciebie starsza?
Tak.
Czy ją teraz widzisz? Czy jest w ślubnej sukni?
Tak.
Czy jest ładna?
Tak. Ma dużo kwiatów we włosach.
Przyjrzyj się jej z bliska. Czy znasz ją z innych wcieleń. Spójrz na jej oczy, usta...
Tak, myślę, że to jest Becky... ale niższa, znacznie niższa. — Becky pracowała razem z Katarzyną i przyja­źniły się. Były ze sobą dość blisko, ale Katarzyna miała za złe krytyczne podejście przyjaciółki do niej, wtrącanie się w jej  osobiste sprawy i  podejmowane przez nią decyzje. Może jednak teraz to rozróżnienie nie było zbyt wyraźne. — Ona mnie kocha... i mogę stać tak samo jak ona z przodu.
Dobrze. Rozejrzyj się wokoło. Czy obecni są twoi rodzice?
Tak.
Czy bardzo cię kochają?
Tak.
- Świetnie. Przyjrzyj im się z bliska. Najpierw mat­ce. Sprawdź, czy ją sobie przypominasz. Przyjrzyj się jej
twarzy.
Katarzyna kilka  razy  głęboko  odetchnęła. – Nie znam jej.
Spójrz na ojca, przypatrz mu się z bliska. Jaki ma wyraz twarzy, oczy... także usta. Czy go znasz?
To Stuart — odpowiedziała szybko. Tak, Stuart znowu się pojawił. Należało dalej prowadzić badanie w tym kierunku.
Jakie są z nim twoje stosunki?
Bardzo go kocham... jest dla mnie bardzo dobry. Ale jego zdaniem sprawiam wiele kłopotów. On w ogóle uważa, że dzieci sprawiają mnóstwo kłopotów.
Czy jest zbyt poważny?
Nie, lubi bawić się z nami. Ale my zadajemy zbyt wiele pytań. Jest bardzo dla nas dobry, tylko że my zadajemy zbyt wiele pytań.
Czy to go nieraz męczy?
Tak, powinniśmy się uczyć od nauczycielki, a nie od niego. Dlatego chodzimy do szkoły... żeby się uczyć.
To brzmi tak, jakby to on powiedział. Czy mam rację?
- Tak. On ma ważniejsze sprawy do załatwienia. Prowadzi farmę.
Czy to duża farma?
Tak.
Czy wiesz, gdzie ona jest?
Nie.
Czy nikt z obecnych nie wspomniał nazwy miasta lub stanu? Miasteczka?
Chwilę nasłuchiwała uważnie. — Nie słyszę. — Zno­wu zamilkła.
Okay, czy chcesz jeszcze dalej penetrować to wcie­lenie? Pójść naprzód w czasie albo...
Przerwała mi: — Wystarczy.
W trakcie seansów z Katarzyną postanowiłem nie omawiać jej rewelacji wraz z innymi kolegami-psychiatrami. Dotąd, oprócz mojej żony Carole i kilku innych „pewnych" osób nie podzieliłem się z nikim tymi rewelacjami. Choć byłem przekonany, że to, czego dowie­działem się podczas naszych spotkań, jest prawdziwe i niezwykle ważne, jednak obawa przed reakcjami kole­gów, naukowców i praktyków, skłoniła mnie do mil­czenia. Nadal musiałem się liczyć z moją reputacją, karierą i tym, co inni o mnie myślą.
Mój własny sceptycyzm z tygodnia na tydzień słabł coraz bardziej na skutek dowodów, jakich mi dostar­czała Katarzyna. Często powtarzałem nagrane taśmy, żeby ponownie przeżyć napięcie i dramatyzm naszych seansów. Jednak inni musieliby polegać na moich eks­perymentach,   przekonujących,   ale  wyłącznie   moich. Uważałem, że muszę jeszcze zebrać więcej argumentów. W miarę jak wierzyłem coraz bardziej w skierowane do mnie przesłania, moje życie stało się prostsze i dawa­ło mi więcej zadowolenia. Nie musiałem grać ani uda­wać, że jestem kimś innym. Stosunki z ludźmi stały się bardziej  szczere i bezpośrednie.  Z życia rodzinnego zniknęło wiele napięć i stresów. Moje opory, żeby przy­jąć wiedzę przekazywaną mi za pośrednictwem Katarzy­ny, zaczęły słabnąć. Ku memu zdumieniu wiele osób zainteresowało się tymi zjawiskami i chciało jak naj­więcej się dowiedzieć. Coraz częściej ludzie zaczęli mi opowiadać o swoich bardzo osobistych parapsychicznych doznaniach, takich jak kontakty ze zmarłymi, deja-vu, czy przeżywanie stanów pozacielesnych. Bardzo wiele osób nie wspomniało o tym nawet swym rodzi­nom. W obawie, że dzieląc się tymi przeżyciami z kimś bliskim czy lekarzem, będą uważani za co najmniej dziwaków. A jednak tego rodzaju zjawiska parapsychiczne są dość powszechne, o wiele częstsze, niż sobie z tego zdajemy sprawę. To powściągliwość ludzka sprawia, że wydają się tak rzadkie. A im ktoś osiągnął wyższy stopień w tej dziedzinie, tym bardziej niechętnie o tym mówi.
Pewien ceniony ordynator dużego oddziału w moim szpitalu cieszy się międzynarodową sławą z racji swej dużej wiedzy. Często rozmawia ze swoim zmarłym oj­cem, który kilkakrotnie uchronił go od poważnego niebezpieczeństwa. Inny profesor we śnie odnajduje bra­kujące ogniwa czy rozwiązania swoich badań nauko­wych. Informacje otrzymane we śnie są niezawodne. Inny znany lekarz wie, kto do niego dzwoni przed podniesieniem słuchawki. Żona dyrektora kliniki psy­chiatrycznej na środkowowschodnim uniwersytecie ma doktorat z psychologii. Jest autorką prac naukowych na bardzo wysokim poziomie. Nikomu oprócz mnie nie powiedziała dotąd, że kiedy pierwszy raz była w Rzy­mie, poruszała się po mieście, jakby je doskonale znała. Bezbłędnie wiedziała, co zobaczy za następnym rogiem. Choć nigdy przedtem nie była we Włoszech i nie znała języka, Włosi zawsze odzywali się do niej po włosku, stale biorąc ją za swoją rodaczkę.
Rozumiem doskonale, dlaczego ci wybitni specjaliści, naukowcy, milczeli. Ja byłem jednym z nich. Nie może­my zaprzeczyć świadectwu własnych przeżyć i zmysłów. Jednak nasze wykształcenie na wiele sposobów diamet­ralnie zaprzecza zdobytym informacjom i przeżyciom oraz wynikającym z nich poglądom, i dlatego milczymy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz