niedziela, 25 września 2011

Rozdział szesnasty

Rozdział szesnasty
Minęło prawie cztery lata od niezwykłych doświadczeń, przeżytych wspólnie z Katarzyną, które zmieniły nas oboje do głębi.
Od czasu do czasu Katarzyna wpada do mojego gabinetu, żeby mnie pozdrowić czy omówić jakiś pro­blem. Nigdy więcej nie miała ochoty ani potrzeby, żeby się cofnąć do poprzednich wcieleń, ani żeby zwalczyć jakiś niepokojący objaw czy też, żeby się przekonać, jak nowi ludzie spotkani w jej życiu byli związani z jej przeszłością. Nasza praca została zakończona. Katarzy­na może teraz w pełni cieszyć się życiem, nie jest już .sparaliżowana dziwnymi objawami. Znalazła szczęście i zadowolenie, o jakich nigdy nie marzyła. Nie boi się już choroby i śmierci. Życie ma dla niej sens i cel, ponieważ teraz jest w harmonii z samą sobą. Promieniu­je wewnętrznym spokojem, którego wielu pragnie, lecz niewielu osiąga, czuje się bardziej uduchowiona. Dla Katarzyny to, co się wydarzyło, jest bardzo realne. Nie wątpi w prawdziwość żadnej fazy swych przeżyć i uważa je za integralną część samej siebie. Nie zamierza studio­wać zjawisk ponadzmysłowych, gdyż jest pewna, iż „wie" w sposób, jakiego nie można nauczyć się z ksią­żek.  Ludzie  bliscy  śmierci  i ci,  którzy mają  kogoś
umierającego w rodzinie, często szukają jej pomocy. Coś ich do niej przyciąga. Wystarczy, że siądzie i poroz­mawia z nimi, a od razu czują się lepiej.
Moje życie również zasadniczo się zmieniło. Stałem się bardziej wrażliwy, intuicyjnie świadom jestem ukry­tych tajemnych problemów, jakie nękają moich pacjen­tów, kolegów, przyjaciół. Wiem o nich znacznie więcej niż powinienem. Zmienił się też mój system wartości życiowych, znacznie bardziej cenię teraz wartości huma­nistyczne niż materialne. Coraz częściej spotykam się z ludźmi o duchowej nadwrażliwości oraz z tymi, którzy posiadają zdolności mediumistyczne, z uzdrowicielami i tak dalej. Zacząłem nawet systematycznie oceniać ich umiejętności. Wraz ze mną rozwija się Carole. Znako­micie potrafi udzielać porad w sprawach dotyczących śmierci i umierania, opiekuje się grupami ludzi chorych na AIDS.
Od pewnego czasu prowadzę medytacje, co przedtem uważałem wyłącznie za domenę Hindusów i Kalifornijczyków. Nigdy nie zapomnę lekcji przekazanych mi przez Katarzynę. Zawsze pamiętając o głębszym znacze­niu życia i o tym, że śmierć jest jego naturalną częścią, stałem się bardziej cierpliwy, bardziej spontanicznie po­trafię okazywać współczucie i miłość. Świadom też jes­tem, że zawsze odpowiadam za swoje czyny, zarówno te przyziemne, negatywne, jak i wzniosłe, ponieważ wiem, że za wszystko będę musiał zapłacić, że cokolwiek uczynię, wróci to do mnie.
Nadal piszę prace naukowe, wygłaszam odczyty na spotkaniach z kolegami mej specjalności i kieruję oddziałem psychiatrii. Ale teraz ogarniam dwa światy: ten poznawalny pięcioma zmysłami, który reprezentuje na­sze ciało i potrzeby fizyczne, oraz ten wielki świat ponadfizycznych dziedzin, reprezentowany przez naszą duszę i ducha. Wiem, że oba się łączą, że wszystko jest energią. A jednak czasem wydaje mi się, że tak bardzo są od siebie odległe. Moim zadaniem jest połączyć te dwa światy, z drobiazgową starannością udokumento­wać naukowo ich jedność.
Moja rodzina kwitnie, okazało się, że Carole i Amy mają wielką nadwrażliwość duchową, co staramy się rozwijać. Nastolatek Jordan okazał się charyzmatycz­nym, urodzonym przywódcą. Wreszcie ja nie jestem już tak poważny jak dawniej. I czasem miewam niezwykłe sny.
W kilka miesięcy po ostatnim seansie z Katarzyną zacząłem przejawiać dziwną skłonność. Otóż często mia­łem bardzo wyraźny sen, że albo słucham wykładu, albo zadaję pytania prelegentowi. Wykładowca ten miał na imię Philo. Po obudzeniu natychmiast notowałem zapa­miętane fragmenty, kilka z nich przytaczam tu. Pierwszy jest z wykładu i widzę tu wpływ przesłań Mistrzów:
„...Mądrość osiąga się bardzo powoli. Dlatego że łatwo zdobyta wiedza umysłowa musi być przemieniona w wiedzę emocjonalną czyli podświadomą. A kiedy to nastąpi, zostanie na zawsze utrwalona. Behawiorystyczne ćwiczenia są koniecznym katalizatorem tej reakcji. Wiedza teoretyczna nie wystarczy, trzeba ją stosować w praktyce.
We współczesnym świecie lekceważy się równowagę i harmonię. Wszystko się robi w nadmiarze. Ludzie są zbyt grubi, ponieważ jedzą nadmiernie. Niektórzy są nadmiernie skąpi. Inni zbyt dużo piją, zbyt dużo palą, bawią się do upadłego, mówią zbyt wiele i bez sensu, nazbyt się martwią. Zbyt często głoszą czarno-białe poglądy. Wszystko albo nic. Ale nie taka jest droga natury.
W naturze istnieje równowaga. Zwierzęta niszczą ją tylko w nieznaczny sposób. Zjedzone rośliny ponownie odrastają. Wykorzystywane źródła pożywienia wkrótce się odradzają. Kwiat cieszy, owoc żywi, korzeń zostaje zachowany.
Ludzkość nie  nauczyła  się  dotąd, jak  ważna jest równowaga, a co gorsza nic ją to nie obchodzi. Kieruje się wyłącznie chciwością i ambicją, ulega strachowi. Tak postępując wreszcie unicestwi samą siebie. Ale natura przeżyje, w każdym razie rośliny.
Źródłem szczęścia jest prostota. Dążenie do przesady w myśli i czynach pozbawia nas szczęścia, nadmiar zaciemnia podstawowe wartości. Ludzie wierzący mó­wią nam, że szczęście jest wtedy obecne, kiedy w naszym sercu gości wiara, nadzieja i miłość, kiedy okazujemy bliźnim miłosierdzie i jesteśmy łagodni. 1 oni mają rację. Każdy, kto ma taką postawę, osiągnie harmonię i rów­nowagę. Taki być powinien powszechny stan ducha. Niestety, w naszych czasach ludzie mają zupełnie od­mienny stan ducha, niezgodny z naturą. Ludzkość musi osiągnąć inny stan, promieniować miłością, miłosier­dziem i prostotą, musi być czysta i pozbyć się swego wszechobecnego strachu.
Jak osiągnąć ten inny stan, inny system wartości? A kiedy zostanie osiągnięty, w jaki sposób można go zachować? Odpowiedź jest bardzo prosta: to powszech­ny wyznacznik wszystkich religii. Ludzkość jest nie­śmiertelna i trzeba nauczyć się zadanych nam lekcji. Wszyscy jesteśmy w szkole. Jakież to proste, wystarczy tylko uwierzyć w nieśmiertelność.
Jeśli część ludzkości jest nieśmiertelna, a jest na to wiele dowodów, dlaczego tak bardzo szkodzimy sobie? Dlaczego depczemy innych dla własnego zysku, kiedy w rzeczywistości nie nauczyliśmy się naszej lekcji? My wszyscy zmierzamy ostatecznie do tego samego celu, choć z różną prędkością. Nikt nie jest większy od innych."
Trzeba się zastanowić nad tymi lekcjami. Rozum od dawna znał odpowiedzi, ale kluczem do nich jest do­świadczenie, one muszą na zawsze odcisnąć się w naszej podświadomości, trzeba je stosować w praktyce. Kucie na pamięć, tak jak w niedzielnej szkółce, nie wystarczy. Modlenie się wargami, bez czynnego działania, nic nie jest warte. Jakże łatwo czytać lub rozmawiać o miłości, miłosierdziu i wierze. Ale naprawdę kochać, naprawdę okazywać miłosierdzie i wierzyć całym sercem wymaga odmiany świadomości, oczywiście nie tej przejściowej, wywołanej narkotykami, alkoholem czy przypływem chwilowej emocji. Trwałą odmianę świadomości można osiągnąć przez wiedzę i zrozumienie, tylko konkretne czyny i praktyka mogą ją podtrzymać. To asymilacja czegoś prawie mistycznego, co stosowane w praktyce staje się codziennym nawykiem.
Trzeba zrozumieć i o tym pamiętać, że wszyscy jesteś­my równi, pomagać innym. Wszyscy płyniemy tą samą łódką, jeśli nie będziemy razem wiosłować, grozi nam osamotnienie.
Wczoraj w nocy w innym śnie zadałem pytanie: „Jak to jest, ty mówisz, że wszyscy są równi, a my widzimy coś wręcz odmiennego, nie ma równości w dziedzinie cnót, usposobień, zamożności, praw, zdolności i talen­tów, inteligencji, uzdolnień matematycznych i tak dalej?"
Odpowiedź była mataforą: „To tak jakby w każdym człowieku można było znaleźć diament. Wyobraź sobie diament długości ćwierć metra. Ten diament ma tysiące faset, ale są one pokryte brudem i smołą. Zadaniem duszy jest oczyścić każdą fasetę, aż wreszcie jej nie­skazitelna powierzchnia będzie mogła odbić tęczę barw.
Jedni umyli wiele faset i świecą jasno. Inni próbowali umyć zaledwie kilka, a więc nie świecą. Jednak pod brudem każdy człowiek posiada w swym sercu błysz­czący diament z tysiącem błyszczących faset. Diament jest doskonały, bez jednej skazy. Jedyne co różni tych ludzi, to ilość czystych faset. Ale każdy diament jest taki sam, i każdy jest doskonały.
Kiedy wszystkie fasety będą oczyszczone i błyszczące, staną się niezmąconym światłem, diament znów będzie czystą energią, taką jak na początku. Światło zostaje. To tak jakby proces, który był przyczyną powstania diame­ntu, został odwrócony. Czysta energia istnieje w tęczy świateł, a te światła mają świadomość i wiedzę.
I wszystkie diamenty są doskonałe".
Czasem pytania bywały skomplikowane, a odpowie­dzi proste.
„Co mam zrobić? — spytałem w jednym ze snów. — Wiem, że potrafię leczyć i uzdrawiać ludzi, którzy cierpią. Przychodzi do mnie tak dużo pacjentów, że nie mogę wszystkich przyjąć. Jestem bardzo zmęczony. Ale czy mam powiedzieć nie, kiedy jest tylu potrzebujących, a ja mogę im pomóc? Czy mam prawo powiedzieć: Nie, już dosyć?"
„Twoja rola nie polega na tym, żeby każdego urato­wać" — padła odpowiedź.
Ostatni przykład, jaki zacytuję, to przesłanie do in­nych psychiatrów. Obudziłem się około szóstej rano ze snu, w którym miałem wykład, w tym przypadku do dużego audytorium moich kolegów:
„W dążeniu do medykalizacji psychiatrii ważne jest, żebyśmy nie zaniechali tradycyjnych, choć może niezbyt precyzyjnie określonych wytycznych naszego zawodu. Jesteśmy tymi, którzy jeszcze nadal rozmawiają z pac­jentami, cierpliwie i ze współczuciem. Nadal znajdujemy czas na to. Jesteśmy za konceptualnym pojmowaniem choroby, lecząc nie tylko za pomocą promieni lasero­wych, ale z pełnym zrozumieniem i nakłaniając pacjenta do poznania samego siebie. My nadal leczymy nadzieją. W obecnych czasach przedstawiciele innych gałęzi me­dycyny tego rodzaju podejście do leczenia uważają za mało efektywne, czasochłonne i niepewne. Nad roz­mowę przedkładają technologię, nad osobisty kontakt lekarz — pacjent biochemię krwi odczytaną przez kom­puter. Obecnie w medycynie idealizm, etyka i osobista satysfakcja lekarza ustępują miejsca rachunkowi ekono­micznemu i wydajności, co sprawia, że nasi koledzy czują się coraz bardziej wyizolowani i przygnębieni. Traktowani zaś jak przedmioty pacjenci twierdzą, że nie mają właściwej opieki.
Musimy unikać fascynacji wysoko rozwiniętą techno­logią. Nasz przykład winien świadczyć o tym, że cierp­liwość, zrozumienie i współczucie pomagają zarówno pacjentowi, jak i lekarzowi. A sami więcej czasu po­święcajmy na rozmowę, nauczanie, podtrzymywanie nadziei na wyzdrowienie — te prawie zapomniane po­winności lekarza-uzdrowiciela niech się staną wzorem dla naszych kolegów innych specjalności.
Wspaniałą rzeczą jest wysoko rozwinięta technologia, która pomaga w badaniach, w zrozumieniu ludzkich chorób i dolegliwości, która może być bezcennym klini­cznym narzędziem, ale nigdy nie zastąpi wrodzonych zalet prawdziwego lekarza i jego metod. Psychiatria może stać się najbardziej godną szacunku specjalizacją medyczną. Jesteśmy nauczycielami. Nie powinniśmy re­zygnować z tej roli w imię asymilacji, zwłaszcza nie teraz".
Nadal miewam takie sny, choć teraz rzadziej. Często podczas medytacji albo kiedy prowadzę samochód na autostradzie, a nawet kiedy marzę, opadają mnie zda­nia, myśli i obrazy. Często są zupełnie odmienne od mego zwykłego świadomego toku myślenia czy wyciąga­nia wniosków. Często są bardzo na czasie i rozwiązują pytania i problemy, jakie właśnie mnie nękają. Przydają mi się w leczeniu i w codziennym życiu. Uważam te zjawiska za projekcję moich intuicyjnych uzdolnień i bar­dzo mnie one podnoszą na duchu. Uważam je za oznakę tego, że zmierzam we właściwym kierunku, choć być może czeka mnie długa droga.
Jestem posłuszny snom i temu, co mi podpowiada intuicja. A kiedy tak postępuję, wszystko idzie dobrze. Jeśli nie, zawsze coś mi się nie uda.
Nadal czuję obecność Mistrzów koło siebie. Nie jes­tem całkiem pewien, czy to ich obecność dyktuje moje sny oraz intuicyjne przeczucia, ale przypuszczam, że tak jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz