Rozdział szesnasty
Minęło prawie cztery lata od niezwykłych doświadczeń, przeżytych wspólnie z Katarzyną, które zmieniły nas oboje do głębi.
Od czasu do czasu Katarzyna wpada do mojego gabinetu, żeby mnie pozdrowić czy omówić jakiś problem. Nigdy więcej nie miała ochoty ani potrzeby, żeby się cofnąć do poprzednich wcieleń, ani żeby zwalczyć jakiś niepokojący objaw czy też, żeby się przekonać, jak nowi ludzie spotkani w jej życiu byli związani z jej przeszłością. Nasza praca została zakończona. Katarzyna może teraz w pełni cieszyć się życiem, nie jest już .sparaliżowana dziwnymi objawami. Znalazła szczęście i zadowolenie, o jakich nigdy nie marzyła. Nie boi się już choroby i śmierci. Życie ma dla niej sens i cel, ponieważ teraz jest w harmonii z samą sobą. Promieniuje wewnętrznym spokojem, którego wielu pragnie, lecz niewielu osiąga, czuje się bardziej uduchowiona. Dla Katarzyny to, co się wydarzyło, jest bardzo realne. Nie wątpi w prawdziwość żadnej fazy swych przeżyć i uważa je za integralną część samej siebie. Nie zamierza studiować zjawisk ponadzmysłowych, gdyż jest pewna, iż „wie" w sposób, jakiego nie można nauczyć się z książek. Ludzie bliscy śmierci i ci, którzy mają kogoś
umierającego w rodzinie, często szukają jej pomocy. Coś ich do niej przyciąga. Wystarczy, że siądzie i porozmawia z nimi, a od razu czują się lepiej.
Moje życie również zasadniczo się zmieniło. Stałem się bardziej wrażliwy, intuicyjnie świadom jestem ukrytych tajemnych problemów, jakie nękają moich pacjentów, kolegów, przyjaciół. Wiem o nich znacznie więcej niż powinienem. Zmienił się też mój system wartości życiowych, znacznie bardziej cenię teraz wartości humanistyczne niż materialne. Coraz częściej spotykam się z ludźmi o duchowej nadwrażliwości oraz z tymi, którzy posiadają zdolności mediumistyczne, z uzdrowicielami i tak dalej. Zacząłem nawet systematycznie oceniać ich umiejętności. Wraz ze mną rozwija się Carole. Znakomicie potrafi udzielać porad w sprawach dotyczących śmierci i umierania, opiekuje się grupami ludzi chorych na AIDS.
Od pewnego czasu prowadzę medytacje, co przedtem uważałem wyłącznie za domenę Hindusów i Kalifornijczyków. Nigdy nie zapomnę lekcji przekazanych mi przez Katarzynę. Zawsze pamiętając o głębszym znaczeniu życia i o tym, że śmierć jest jego naturalną częścią, stałem się bardziej cierpliwy, bardziej spontanicznie potrafię okazywać współczucie i miłość. Świadom też jestem, że zawsze odpowiadam za swoje czyny, zarówno te przyziemne, negatywne, jak i wzniosłe, ponieważ wiem, że za wszystko będę musiał zapłacić, że cokolwiek uczynię, wróci to do mnie.
Nadal piszę prace naukowe, wygłaszam odczyty na spotkaniach z kolegami mej specjalności i kieruję oddziałem psychiatrii. Ale teraz ogarniam dwa światy: ten poznawalny pięcioma zmysłami, który reprezentuje nasze ciało i potrzeby fizyczne, oraz ten wielki świat ponadfizycznych dziedzin, reprezentowany przez naszą duszę i ducha. Wiem, że oba się łączą, że wszystko jest energią. A jednak czasem wydaje mi się, że tak bardzo są od siebie odległe. Moim zadaniem jest połączyć te dwa światy, z drobiazgową starannością udokumentować naukowo ich jedność.
Moja rodzina kwitnie, okazało się, że Carole i Amy mają wielką nadwrażliwość duchową, co staramy się rozwijać. Nastolatek Jordan okazał się charyzmatycznym, urodzonym przywódcą. Wreszcie ja nie jestem już tak poważny jak dawniej. I czasem miewam niezwykłe sny.
W kilka miesięcy po ostatnim seansie z Katarzyną zacząłem przejawiać dziwną skłonność. Otóż często miałem bardzo wyraźny sen, że albo słucham wykładu, albo zadaję pytania prelegentowi. Wykładowca ten miał na imię Philo. Po obudzeniu natychmiast notowałem zapamiętane fragmenty, kilka z nich przytaczam tu. Pierwszy jest z wykładu i widzę tu wpływ przesłań Mistrzów:
„...Mądrość osiąga się bardzo powoli. Dlatego że łatwo zdobyta wiedza umysłowa musi być przemieniona w wiedzę emocjonalną czyli podświadomą. A kiedy to nastąpi, zostanie na zawsze utrwalona. Behawiorystyczne ćwiczenia są koniecznym katalizatorem tej reakcji. Wiedza teoretyczna nie wystarczy, trzeba ją stosować w praktyce.
We współczesnym świecie lekceważy się równowagę i harmonię. Wszystko się robi w nadmiarze. Ludzie są zbyt grubi, ponieważ jedzą nadmiernie. Niektórzy są nadmiernie skąpi. Inni zbyt dużo piją, zbyt dużo palą, bawią się do upadłego, mówią zbyt wiele i bez sensu, nazbyt się martwią. Zbyt często głoszą czarno-białe poglądy. Wszystko albo nic. Ale nie taka jest droga natury.
W naturze istnieje równowaga. Zwierzęta niszczą ją tylko w nieznaczny sposób. Zjedzone rośliny ponownie odrastają. Wykorzystywane źródła pożywienia wkrótce się odradzają. Kwiat cieszy, owoc żywi, korzeń zostaje zachowany.
Ludzkość nie nauczyła się dotąd, jak ważna jest równowaga, a co gorsza nic ją to nie obchodzi. Kieruje się wyłącznie chciwością i ambicją, ulega strachowi. Tak postępując wreszcie unicestwi samą siebie. Ale natura przeżyje, w każdym razie rośliny.
Źródłem szczęścia jest prostota. Dążenie do przesady w myśli i czynach pozbawia nas szczęścia, nadmiar zaciemnia podstawowe wartości. Ludzie wierzący mówią nam, że szczęście jest wtedy obecne, kiedy w naszym sercu gości wiara, nadzieja i miłość, kiedy okazujemy bliźnim miłosierdzie i jesteśmy łagodni. 1 oni mają rację. Każdy, kto ma taką postawę, osiągnie harmonię i równowagę. Taki być powinien powszechny stan ducha. Niestety, w naszych czasach ludzie mają zupełnie odmienny stan ducha, niezgodny z naturą. Ludzkość musi osiągnąć inny stan, promieniować miłością, miłosierdziem i prostotą, musi być czysta i pozbyć się swego wszechobecnego strachu.
Jak osiągnąć ten inny stan, inny system wartości? A kiedy zostanie osiągnięty, w jaki sposób można go zachować? Odpowiedź jest bardzo prosta: to powszechny wyznacznik wszystkich religii. Ludzkość jest nieśmiertelna i trzeba nauczyć się zadanych nam lekcji. Wszyscy jesteśmy w szkole. Jakież to proste, wystarczy tylko uwierzyć w nieśmiertelność.
Jeśli część ludzkości jest nieśmiertelna, a jest na to wiele dowodów, dlaczego tak bardzo szkodzimy sobie? Dlaczego depczemy innych dla własnego zysku, kiedy w rzeczywistości nie nauczyliśmy się naszej lekcji? My wszyscy zmierzamy ostatecznie do tego samego celu, choć z różną prędkością. Nikt nie jest większy od innych."
Trzeba się zastanowić nad tymi lekcjami. Rozum od dawna znał odpowiedzi, ale kluczem do nich jest doświadczenie, one muszą na zawsze odcisnąć się w naszej podświadomości, trzeba je stosować w praktyce. Kucie na pamięć, tak jak w niedzielnej szkółce, nie wystarczy. Modlenie się wargami, bez czynnego działania, nic nie jest warte. Jakże łatwo czytać lub rozmawiać o miłości, miłosierdziu i wierze. Ale naprawdę kochać, naprawdę okazywać miłosierdzie i wierzyć całym sercem wymaga odmiany świadomości, oczywiście nie tej przejściowej, wywołanej narkotykami, alkoholem czy przypływem chwilowej emocji. Trwałą odmianę świadomości można osiągnąć przez wiedzę i zrozumienie, tylko konkretne czyny i praktyka mogą ją podtrzymać. To asymilacja czegoś prawie mistycznego, co stosowane w praktyce staje się codziennym nawykiem.
Trzeba zrozumieć i o tym pamiętać, że wszyscy jesteśmy równi, pomagać innym. Wszyscy płyniemy tą samą łódką, jeśli nie będziemy razem wiosłować, grozi nam osamotnienie.
Wczoraj w nocy w innym śnie zadałem pytanie: „Jak to jest, ty mówisz, że wszyscy są równi, a my widzimy coś wręcz odmiennego, nie ma równości w dziedzinie cnót, usposobień, zamożności, praw, zdolności i talentów, inteligencji, uzdolnień matematycznych i tak dalej?"
Odpowiedź była mataforą: „To tak jakby w każdym człowieku można było znaleźć diament. Wyobraź sobie diament długości ćwierć metra. Ten diament ma tysiące faset, ale są one pokryte brudem i smołą. Zadaniem duszy jest oczyścić każdą fasetę, aż wreszcie jej nieskazitelna powierzchnia będzie mogła odbić tęczę barw.
Jedni umyli wiele faset i świecą jasno. Inni próbowali umyć zaledwie kilka, a więc nie świecą. Jednak pod brudem każdy człowiek posiada w swym sercu błyszczący diament z tysiącem błyszczących faset. Diament jest doskonały, bez jednej skazy. Jedyne co różni tych ludzi, to ilość czystych faset. Ale każdy diament jest taki sam, i każdy jest doskonały.
Kiedy wszystkie fasety będą oczyszczone i błyszczące, staną się niezmąconym światłem, diament znów będzie czystą energią, taką jak na początku. Światło zostaje. To tak jakby proces, który był przyczyną powstania diamentu, został odwrócony. Czysta energia istnieje w tęczy świateł, a te światła mają świadomość i wiedzę.
I wszystkie diamenty są doskonałe".
Czasem pytania bywały skomplikowane, a odpowiedzi proste.
„Co mam zrobić? — spytałem w jednym ze snów. — Wiem, że potrafię leczyć i uzdrawiać ludzi, którzy cierpią. Przychodzi do mnie tak dużo pacjentów, że nie mogę wszystkich przyjąć. Jestem bardzo zmęczony. Ale czy mam powiedzieć nie, kiedy jest tylu potrzebujących, a ja mogę im pomóc? Czy mam prawo powiedzieć: Nie, już dosyć?"
„Twoja rola nie polega na tym, żeby każdego uratować" — padła odpowiedź.
Ostatni przykład, jaki zacytuję, to przesłanie do innych psychiatrów. Obudziłem się około szóstej rano ze snu, w którym miałem wykład, w tym przypadku do dużego audytorium moich kolegów:
„W dążeniu do medykalizacji psychiatrii ważne jest, żebyśmy nie zaniechali tradycyjnych, choć może niezbyt precyzyjnie określonych wytycznych naszego zawodu. Jesteśmy tymi, którzy jeszcze nadal rozmawiają z pacjentami, cierpliwie i ze współczuciem. Nadal znajdujemy czas na to. Jesteśmy za konceptualnym pojmowaniem choroby, lecząc nie tylko za pomocą promieni laserowych, ale z pełnym zrozumieniem i nakłaniając pacjenta do poznania samego siebie. My nadal leczymy nadzieją. W obecnych czasach przedstawiciele innych gałęzi medycyny tego rodzaju podejście do leczenia uważają za mało efektywne, czasochłonne i niepewne. Nad rozmowę przedkładają technologię, nad osobisty kontakt lekarz — pacjent biochemię krwi odczytaną przez komputer. Obecnie w medycynie idealizm, etyka i osobista satysfakcja lekarza ustępują miejsca rachunkowi ekonomicznemu i wydajności, co sprawia, że nasi koledzy czują się coraz bardziej wyizolowani i przygnębieni. Traktowani zaś jak przedmioty pacjenci twierdzą, że nie mają właściwej opieki.
Musimy unikać fascynacji wysoko rozwiniętą technologią. Nasz przykład winien świadczyć o tym, że cierpliwość, zrozumienie i współczucie pomagają zarówno pacjentowi, jak i lekarzowi. A sami więcej czasu poświęcajmy na rozmowę, nauczanie, podtrzymywanie nadziei na wyzdrowienie — te prawie zapomniane powinności lekarza-uzdrowiciela niech się staną wzorem dla naszych kolegów innych specjalności.
Wspaniałą rzeczą jest wysoko rozwinięta technologia, która pomaga w badaniach, w zrozumieniu ludzkich chorób i dolegliwości, która może być bezcennym klinicznym narzędziem, ale nigdy nie zastąpi wrodzonych zalet prawdziwego lekarza i jego metod. Psychiatria może stać się najbardziej godną szacunku specjalizacją medyczną. Jesteśmy nauczycielami. Nie powinniśmy rezygnować z tej roli w imię asymilacji, zwłaszcza nie teraz".
Nadal miewam takie sny, choć teraz rzadziej. Często podczas medytacji albo kiedy prowadzę samochód na autostradzie, a nawet kiedy marzę, opadają mnie zdania, myśli i obrazy. Często są zupełnie odmienne od mego zwykłego świadomego toku myślenia czy wyciągania wniosków. Często są bardzo na czasie i rozwiązują pytania i problemy, jakie właśnie mnie nękają. Przydają mi się w leczeniu i w codziennym życiu. Uważam te zjawiska za projekcję moich intuicyjnych uzdolnień i bardzo mnie one podnoszą na duchu. Uważam je za oznakę tego, że zmierzam we właściwym kierunku, choć być może czeka mnie długa droga.
Jestem posłuszny snom i temu, co mi podpowiada intuicja. A kiedy tak postępuję, wszystko idzie dobrze. Jeśli nie, zawsze coś mi się nie uda.
Nadal czuję obecność Mistrzów koło siebie. Nie jestem całkiem pewien, czy to ich obecność dyktuje moje sny oraz intuicyjne przeczucia, ale przypuszczam, że tak jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz