niedziela, 25 września 2011

DZIECI WSZECHŚWIATA


DZIECI 

WSZECHŚWIATA

SŁOWO WSTĘPNE

"Spośród licznych i różnorodnych sztuk i nauk budzących w nas zamiłowanie i będących dla umysłów ludzkich pokarmem, tym – według mego zdania – przede wszystkim poświęcić się należy i te z największym uprawiać zapałem, które obracają się w kręgu rzeczy najpiękniejszych i najbardziej godnych poznania [...] A cóż piękniejszego nad niebo, które ogarnia wszystko, co piękne..." [M. Kopernik, De Revolutionibus... Warszawa 1953]. Te słowa Kopernika mogłyby być mottem książki Ditfurtha. Nie tylko dlatego, że Hoimar von Ditfurth zajmuje się przede wszystkim związkami Ziemi z Kosmosem, ziemi – z niebem [zgodnie ze stosowaną terminologią astronomiczną nazwy własne planet, gwiazd, układów pisze ślą z dużej litery. Jeśli zaś słowo "ziemia" ma oznaczać powierzchnię, grunt czy użyte jest jako symbol – piszemy je z małej litery. Podobnie używamy słowa Galaktyka lub Droga Mleczna jako nazwy własnej naszego zbioru gwiazd (w odróżnieniu od Innych galaktyk). Zbiór obiektów dostępnych poznaniu nazywamy Wszechświatem (ale wszechświatów może być wiele); przyp. M. Iłowiecki]. Również, a może zwłaszcza dlatego że ta zdumiewająco logicznie skonstruowana książka udowadnia znaczenie owych związków dla świata istot żywych – zatem i bezpośrednio dla nas. Krótko mówiąc: powstanie i ewolucja życia, a także możliwość jego obecnego i przyszłego istnienia wynika ściśle z charakteru wzajemnych powiązań i wpływów w Układzie Słonecznym. Nasz Układ podlega wpływom innych gwiazd i wreszcie całej Galaktyki; Droga Mleczna jest tylko jedną, nie największą, z miliardów galaktyk.
Chcąc zrozumieć, dlaczego najdziwniejsza historia (bo przecież historia życia jest właśnie najdziwniejsza) odbyła się tak, a nie inaczej, i tutaj, a nie gdzie indziej, trzeba zacząć od zrozumienia pewnych związków pierwotniejszych i ogólniejszych i prawidłowości, które nimi sterują. Trzeba objąć spojrzeniem całą scenę, na której się wszystko odbywa: "niebo, które ogarnia wszystko".
Dostrzeżenie wielkości, rozległości, a zatem znaczenia wzajemnych uzależnień w dostępnej obserwacjom części Wszechświata, a zwłaszcza w samym Układzie Słonecznym – nie jest, oczywiście, zasługą Ditfurtha. Koncepcje, których jasny wykład przedstawił w swojej książce, są uogólnieniem najnowszych wyników (niekiedy z ostatnich dosłownie dni) nauk przyrodniczych; są popularnym zarysem takiego obrazu świata, na jaki pozwala dzisiejszy stan nauki.
Ujmowanie Kosmosu jako pewnej hierarchicznej, ściśle powiązanej całości nie jest również odkryciem współczesnych. Korzenie takiego poglądu sięgają starożytności, która rozbudowała wiele systemów kosmologicznych, zachowując jednak w większości podstawową zasadę geocentryzmu – spojrzenia na świat przez Ziemię, dla której jakoby miała istnieć cała reszta.
Zresztą w ogóle od czasów najdawniejszych w społeczeństwach prymitywnych (co przetrwało i do dziś) system poglądów na świat miał spełniać ważną funkcję: integrować rzeczywistość, by człowiek nie czuł się w niej obco, dostrzegalne otoczenie miało być jedynie areną dla istnienia ludzi i bóstw, otoczką, w której nawet siły okrutne i wrogie stawały się elementami jednej całości i dzięki temu można je było akceptować i znieść. W tym sensie ogólniejszy pogląd na świat był pierwotnie bardziej może wyrazem konieczności przeciwstawiania się strachowi niż potrzeby intelektu. Niezależnie od tego, że bezpośrednie doświadczenia i obserwacje w sposób oczywisty ułatwiają przyjęcie takiego właśnie modelu.
Wydaje mi się dość interesujące, że obecnie – choć w innej formie i w innych wymiarach – wyniki nauk ścisłych znów prowadzą do tego najstarszego z uogólnień, do pełnej integracji modelu naszego świata.
Oczywiście każda cywilizacja, której "ślad intelektualny" przetrwał, miała własne poglądy na – jak powiedzielibyśmy dziś – strukturę świata. Można uzasadnić tezę, że cywilizacja wyrosła z kręgu śródziemnomorskiego wyjątkowo dużo uwagi poświęcała astronomii i już co najmniej kilka tysięcy lat temu doszła do spójnych i logicznych systemów kosmologicznych. Może dlatego, że systemy te miały nie tylko pełnić rolę swoistego wsparcia psychicznego, nie tylko ułatwiać praktyczną działalność (np. mierzenie czasu, przewidywanie pewnych zjawisk klimatycznych itp.), ale również i przede wszystkim wyjaśniać dostrzegane zjawiska. Stąd kosmologia np. starożytnych Greków wyrosła głównie jednak z obserwacji i najbliższa była empirii spośród systemów kosmologicznych innych narodów (czy też, ściślej mówiąc, najbardziej uwzględniała dostępne obserwacje niezależnie od tego, czy były one błędne czy prawidłowe). Nurt ten, mimo licznych i długotrwałych załamań, odżył w czasach nowożytnych, by dziś dopiero objawić się w pełni.
Wśród dawnych Greków różne były oczywiście poglądy na "budowę świata". Mniej więcej od IV wieku p.n.e. najpowszechniej chyba uznano jeden model podstawowy: kulista Ziemia tkwi w samym środku Wszechświata, jest jego centrum i zarazem jakby dnem, miejscem zatem szczególnie wyróżnionym. Nad Ziemią rozpięte są koncentrycznie sfery coraz wyższe i doskonalsze. Najbliżej obiegają glob ziemski planety, Księżyc i Słońce. Najdalsza sfera unosi gwiazdy. Poza tą sferą nie ma ani przestrzeni, ani materii.
Wszechświat jest wiec geocentryczny, statyczny, hierarchiczny, coś w rodzaju samowystarczalnego, doskonałego i wiecznego mechanizmu o bardzo regularnej budowie. Z takiej regularności i trwałości wynikała jedność.
Z geocentryzmu i jedności wynikał bezpośredni wpływ sfer zewnętrznych na wszystko, co działo się w środku – na Ziemi. Planety, Słońce i gwiazdy istniały zapewne po to, by kształtować ludzi i ich poczynania, wpływać na "bieg ziemskich rzeczy".
Taki Wszechświat, mimo iż istniały na nim złe moce, nie był z natury obcy i okrutny; przeciwnie, stanowił jakby wielki dom, w którym wszystko było na swoim miejscu i miało swój los, zależny od losu wszystkiego innego. Zrozumiałe, że przewidzieć bieg rzeczy na Ziemi to ustalić wpływy konstelacji i gwiazd. Zdaniem np. Platona, człowiek jest taką samą nierozłączną częścią wspólnoty ludzkiej, jak częścią całego Wszechświata. Kosmos zyskiwał bezpośredni związek ze światem ludzkim, astrologia stała się nauką ważną i bardzo potrzebną.
Możemy łatwo pojąć, jakim wstrząsem musiało okazać się – po wiekach zamieszkiwania w środku jednolitego świata – stwierdzenie Kopernika. Zepchnięcie Ziemi z uprzywilejowanego miejsca było nie tylko zmianą pewnego systemu kosmologicznego na inny, lepszy zresztą nie tylko dlatego, że prawdziwy. Było wywróceniem całego dotychczasowego systemu wygodnych pojęć, zmieniało zasadniczo stosunki człowieka ze światem. Można sądzić, że opór ówczesnych uczonych i laików wobec -teorii Kopernika wynikał nie tylko z zagrożenia panującej ideologii. Był w jakiejś mierze również wyrazem strachu przed usuwaniem się spod nóg najtrwalszego fundamentu, przed dezintegracją swojskiego świata.
Upraszczając, można powiedzieć, że odtąd każda nowa zdobycz nauk o Wszechświecie unaoczniała wciąż wyraziściej pewien tragiczny obraz: oto pyłek, coraz drobniejszy i mniej trwały, pędzący bez celu w obojętnych, pustych przestrzeniach, gdzieś u skraju skupiska niezliczonych dalekich i obcych gwiazd.
Na takiej Ziemi wszystko musiało wydawać się przypadkowe i niepewne – nawet Bóg zdawał się nie dawać takiego oparcia, jakie stanowił niegdyś. Być może Blaise Pascal wyraził najlepiej pewne postawy, opisując stan swoich uczuć:
"Kiedy zważam krótkość mego życia, wchłoniętego w wieczność będącą przed nim i po nim, kiedy zważam małą przestrzeń, którą zajmuję, a nawet którą widzę, utopioną w nieskończonym ogromie przestrzeni, których nie znam i które mnie nie znają, przerażam się i dziwię..."; i jeszcze: "Cały ten widzialny świat jest jeno niedostrzegalną drobiną na rozległym łonie natury. Żadna idea nie zdoła się do tego zbliżyć. Darmo byśmy piętrzyli nasze pojęcia poza wszelkie dające się pomyśleć przestrzenie; rodzimy jeno atomy w stosunku do rzeczywistości rzeczy" [B. Pascal, Myśli, 205 i 72, przełożył Tadeusz Żeleńskl-Boy, Warszawa 1952].
Ciekawe, że Pascal był jednym z najwybitniejszych matematyków i twórcą bodaj pierwszej maszyny rachunkowej i że za jego życia urodził się Newton, który miał niedługo znowu przydać rozpadającemu się światu trwałe fundamenty. W każdym razie takie "pascalowskie" spojrzenie na rzeczywistość przetrwało (w mniej lub więcej zmienionej formie) aż do naszych czasów. Ostatnią może ciekawszą koncepcją naukową, w której uda się znaleźć powiązanie z tamtym nurtem, jest hipoteza wybitnego astronoma angielskiego J. H. Jeansa na temat pochodzenia Układu Słonecznego.
Nie wdając się w szczegóły, przypomnę, że utworzenie się planet przypisywał Jeane wielkiej, przypadkowej katastrofie kosmicznej (obce ciało niebieskie, zbliżywszy się do Słońca, miało wyrwać z niego cygarowatą smugę materii). Istotą rzeczy jest tu przypisywanie przypadkowi głównej roli w powstawaniu światów; tak mogło się stać w przypadkowym, zdezintegrowanym Kosmosie, w którym części niezależne są od siebie i od całości. Taka zasada stała się jednak nie do przyjęcia we Wszechświecie, podległym prawidłom ewolucji materii i będącym materialną jednością – to znaczy w takim, jakim ujmuje go współczesność. A przecież jeszcze przed Jeansem, jeszcze przed zdobyciem większości najważniejszych spośród znanych dzisiaj danych o strukturze Wszechświata, Marks i Engels przedstawili jedną z najspójniejszych teorii: koncepcję przyrody dialektycznej. Materializm dialektyczny chwyta nowy sens i ład Kosmosu w nim samym – rezygnując z poszukiwań poza materialnym światem.
Niemniej, daleko jeszcze do zrozumienia jedności Wszechświata, a charakter zależności nawet w samym Układzie Słonecznym do dziś nie wydaje się jasny. Na trzeciej, licząc od Słońca, planecie tego Układu wydarzyło się coś zdumiewającego – dlaczego tu, dlaczego wtedy, dlaczego tak? Na razie nauka nie przynosi odpowiedzi wystarczających.
Poczucie kruchej samotności i niepojętej przypadkowości – a więc bezsensu – nie opuszcza umysłów najprzenikliwszych. Być może, takie poczucie jest po prostu integralną częścią tego, co nazywamy kondycją ludzką. Być może, wciąż brakuje danych, by uchwycić ogólniejszy sens wszechrzeczy – choć dzisiaj niemal każdego dnia takich danych przybywa z pola nauk ścisłych (i przybywać będzie dopóty, póki trwać będzie poznanie).
Przypuszczam, iż nie przesadzę za bardzo, jeśli powiem, że książka Ditfurtha jest małym szczeblem do zrozumienia sensu, o którym mowa wyżej. W każdym razie książka ta dorzuca sporo nowych informacji, umożliwiających wyrobienie sobie bliższego prawdy poglądu na "najdziwniejszą z historii" – to znaczy na historię życia, i pozwala ocenić – kto wie, czy nie bardziej jeszcze zaskakującą – niesłychaną współzależność nawet pozornie odległych zjawisk w przyrodzie.
W trakcie czytania "Wyłania się [...] nagle fascynujący i nowy, a prócz tego w nowości swej dziwnie znajomy obraz świata powiązanego ze sobą we wszystkich swych częściach, przenikniętego prawami i siłami, pod których wpływem staje się prawdziwym Kosmosem, uporządkowanym kształtem, w najmniejszej nawet części zależnym i określanym przez to, co się odbywa na jego najdalszych granicach." (Rozdział I, s. 31.)
Nowy obraz świata ma znaczenie nie tylko dla poznania. Wedle Ditfurtha bowiem wiedza przyrodnicza ma być drogą do samozrozumienia (co jest prawdą, choć wydaje mi potrzebne uściślenie: wiedza ma być jedną z dróg). Więcej – ma tworzyć w nas nową wartości, ulepszać ludzki charakter. Ditfurth uważa, że jedną z przyczyn "cynizmu i nihilizmu" obecnych czasów mogło być poczucie izolacji w "pustym i niewiarygodnie wrogim" Kosmosie, którego obraz utrwaliła nauka ostatnich wieków. Zmiana owego obrazu może wiec przyczynić się do korzystnych przekształceń psychiki ludzkiej.
Pogląd to interesujący, obawiam się jednak, czy nie nazbyt optymistyczny.
Snując swą piękną opowieść, Hoimar von Ditfurth stara się nie wykraczać poza granice faktów uznanych już za niewątpliwe albo ustalonych z bardzo dużym prawdopodobieństwem. Jego wnioski są wsparte silnymi przesłankami. Rzadko tylko mogą wydawać się nie całkiem prawomocne, jeszcze rzadziej zdarza mu się zapomnieć o wyraźnym odróżnieniu danych pewnych od jedynie prawdopodobnych. Zdarza się to jednak, zwłaszcza wtedy gdy przychodzi opuścić pewny grunt nauk ścisłych. Ponieważ książka przeznaczona jest dla niespecjalistów, pozwalam sobie zwrócić uwagę na parę nieścisłości, które udało mi się zauważyć.
Np. w swych rozważaniach, na temat agresywności ludzkiej (strony 42 – 43) Ditfurth ujmuje ją, jako rodzaj wrodzonego popędu. Nie jest to ścisłe – dzisiaj uczeni skłonni są przypisywać społecznym mechanizmom wywoływania agresywności co najmniej taką rolę, jaką pełnią mechanizmy biologiczne. Erich Fromm na przykład w ogóle nie uznaje agresywności u człowieka za popęd wrodzony. Stwierdzenie, iż "czyn kilku fanatyków pociągnął za sobą wybuch wojny" (s. 43 – chodzi o I wojnę światową; ma to być przykład popędowego charakteru agresywności) jest w sposób oczywisty ahistoryczne i w ogóle niesensowne. Każdemu uczniowi chyba wiadomo, że historycy znaleźli wystarczającą liczbę przyczyn (ekonomicznych, politycznych i społecznych) wybuchu I wojny (i w ogóle każdej wojny), zamach zaś w Sarajewie spełnił rolę jedynie swego rodzaju "spustu". Trudno pojąć, dlaczego zwykle ostrożny i logiczny autor w tym wypadku radykalnie odrzuca swą logikę- Można tylko dodać, że mimo błędnych założeń, Ditfurth dochodzi w tym samym rozdziale do słusznych wniosków o realności niebezpieczeństw, grożących ludziom.
Przedstawiając – zresztą fascynujący – portret gwiazdy (Słońca), Ditfurth, pociągnięty logiką opisywanej teorii ewolucji Układu Słonecznego zapomina dodać, że taki właśnie przebieg ewolucji jest wprawdzie najpowszechniej dziś przyjęty w nauce, niemniej nie 'jest udowodniony bez zastrzeżeń. Podobnie z hipotezą o powstawaniu we wnętrzach gwiazd wszystkich pierwiastków z wodoru (w rozdziale "Materia, z jakiej się składamy"). Jest to tzw. hipoteza B2FH (żartobliwy skrót od nazwisk jej twórców: małżeństwa Burbidge'ów, Fowlera i Hoyle'a), pięknie uzasadniona, ale i atakowana za to, że nie wyjaśnia wystarczająco dobrze pewnych faktów. Ostrożność nakazywałaby o tym wspomnieć.
Również warto dodać, że teza na temat neandertalczyka (s. 356) – jakoby był on boczną, ślepo zakończoną odnogą ewolucji homo sapiens (a więc tylko kuzynem dzisiejszego człowieka, nie zaś jego przodkiem) jest tezą ostatnio ostro zwalczaną przez niektórych antropologów. Jest też mało prawdopodobne, że neandertalczycy nie posługiwali się jakimiś zaczątkami mowy.
Wreszcie na s. 197, Ditfurth zbyt lekko – moim zdaniem – "załatwia" jeden z najciekawszych problemów filozofii matematyki i w ogóle teorii poznania: chodzi o relację między równaniami matematycznymi a obiektami świata fizycznego. Samo sformułowanie problemu przez autora nie jest najszczęśliwsze: "Owa równowaga pomiędzy ruchem gwiazd a wywodzącymi się z naszej logiki regułami arytmetycznymi pozostaje tajemnicą po dzień dzisiejszy." Owszem, ale spór idzie właśnie o to, czy te reguły "wywodzą się z naszej logiki", tj. są pochodną umysłu ludzkiego, czy też są odbiciem rzeczywistości, w której tkwią, ukryte w "porządku natury". Marksiści uznali już dawno pierwotność rzeczywistości wobec struktur umysłu, ale to już inna historia.
I ostatnia sprawa: Ditfurth niezwykle pomysłowo i jasno toczy wywód o przyczynach istnienia i przemianach magnetosfery Ziemi, a zwłaszcza o zasadniczym wpływie tych przemian na ewolucję życia. Jest to relacja urzekająca logiką i podbudowująca może najsilniej główną tezę książki – o współzależności zjawisk pozornie odległych. (Dowodzi się tu m. in. rzeczy naprawdę zdumiewającej – a przecież prawdziwej – że zachowanie się rozległej na 200 000 kilometrów magnetosfery jest ściśle związane z zachowaniem molekuł w mikroskopijnym jądrze żywej komórki! Czyż potrzeba czegoś więcej?)
I oto w tym pięknym wywodzie spotykamy hipotezę: główną przyczyną dziwnych w istocie a niesłychanie ważnych dla ewolucji życia "przebiegunowań" Ziemi (tj. stosunkowo nagłych zmian kierunku jej pola magnetycznego) mają być katastrofalne uderzenia w nasz glob gigantycznych meteorytów. Nie da się zaprzeczyć, iż w tym wypadku – na razie – ta właśnie hipoteza spełnia najlepiej warunki, wymagane od teorii naukowych: w najprostszy sposób wyjaśnia możliwie dużą liczbę faktów. Znaleziono też oczywiście sporo dowodów, że wielkie zderzenia istotnie przytrafiały się Ziemi nieraz w ciągu jej długiej historii. Wszystko w porządku? Niby tak, ale na miejscu Ditfurtha nie cieszyłbym się specjalnie: hipoteza katastrof zawiera element przypadkowości, jest więc wyłomem w urzekającej intelektualnie i z takim mozołem cały czas budowanej konstrukcji świata – logicznego mechanizmu! Przypuszczam, że kiedyś znajdą się lepsze wyjaśnienia tajemniczych "przebiegunowań" Ziemi – albo też "katastrofy kosmiczne" okażą się podległe jakiemuś żelaznemu prawu, sterującemu nimi w czasie i przestrzeni. Albo... świat nie jest taki, jakim chcielibyśmy go widzieć.
Zresztą przecież cały obraz skomponowany przez Ditfurtha jest syntezą do dziś zdobytych danych obserwacyjnych. W momencie czytania będą to już dane z wczoraj. Postęp nauk jest nieprawdopodobnie szybki. Nie mogę się więc powstrzymać od przytoczenia tu pewnego ostrzeżenia. Sformułował je jeden z wybitniejszych kosmologów współczesności, Fred Hoyle: "Dla mnie osobiście dokładny stan danych w określonym momencie jest mniej ważny niż trend rozwoju zbioru tych danych. Czy tego chcemy, czy nie, trend ten zdaje się zmuszać nas do przekroczenia pomostu ku nowej, całkowicie nieznanej Ziemi" [F. Hoyle, The Crisis in Astronomy – w publikacji Physics 50 Years Later, Washington 1973].
Na razie jednak mamy wystarczająco dobre podstawy naukowe do mniemania, iż przynajmniej nasz Układ Słoneczny stanowi całość organiczną i spójną, w której każdy element ma istotne znaczenie, wszystkie zaś elementy nie są tylko zbiorem, lecz właśnie nową jakością. Przeszłość nie mija ostatecznie – przyszłość wywodzi się z teraźniejszości.
W tej sytuacji Ziemia (i cały Kosmos) nie jest tylko siedliskiem życia – jest jego partnerem; człowiek jest "wkomponowany" w świat, nie – rzucony w "bezlitosną pustkę".
Wydaje mi się wielkim sukcesem Ditfurtha, że po przeczytaniu tej książki można zrozumieć i uznać racje pozwalające mu napisać tak w istocie niezwykłe zdanie: "Cała Droga Mleczna ze swymi 100 miliardami słońc była potrzebna, aby narodziło się to, co nas otacza każdego dnia." 
Humanistyczny sens, pracy Ditfurtha wyraża się więc w przydawaniu racji pewnemu niezbędnemu poczuciu: poczuciu harmonii między człowiekiem a otaczającym go światem. Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że współczesna cywilizacja podważa bezlitośnie tę naturalną harmonię – ale to również inna historia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz