niedziela, 25 września 2011

MIEJSCE AKCJI


MIEJSCE AKCJI

MINIATUROWA SCENA UNOSI SIĘ WE WSZECHŚWIECIE • DRAMAT ŻYCIA W CIENIUTKIEJ BŁONIE • STRACHEM PODSZYTA AGRESJA PRZECIWKO OŚWIECENIU • NOWY PRZEWRÓT DUCHOWY • PUNKT ZOGNISKOWANIA SIŁ KOSMICZNYCH
Trzy miliardy lat – tego już nie potrafimy sobie uzmysłowić. Okres czasu, w którym przebiegała dotychczasowa historia życia na Ziemi, jest tak długi, że siła naszej wyobraźni nie może mu sprostać. Natomiast przestrzenny rozmiar sceny, na której od zarania historia ta się rozgrywa – tylko nim dla swego celu dysponując – wyda nam się w porównaniu z tym nader mały. Najstarsze odkryte prekambryjskie skamieniałości, a mianowicie prymitywne sinicopodobne jednokomórkowce z tak zwanego gunftint chert (to jest pewnej geologicznie niezwykle starej skały, przypominającej łupek, a występującej na północy stanu Michigan), a w pewnym stopniu także niedawne znaleziska na terenie Afryki Południowej, dowodzą, że życie na Ziemi istnieje już od co najmniej trzech miliardów lat. Wobec takiego dystansu czasu wydolność naszej wyobraźni zawodzi. Nasze odczucie czasu oraz nasza umiejętność oceny i uświadomienia sobie w sposób obrazowy oddalenia, i to również oddalenia w czasie – są z oczywistych przyczyn biologicznych dostrojone do naszej fizycznej budowy, a mianowicie do takiej budowy naszego ciała, jaka umożliwia nam przebycie o własnych siłach co najwyżej dziesięciu ^czy piętnastu kilometrów w przeciągu godziny i jaka określa krańcowy czas trwania naszego życia na siedemdziesiąt, najwyżej osiemdziesiąt lat.
Nie możemy zatem już sobie uzmysłowić, co to jest trzy miliardy lat. Fakt ten, aczkolwiek pośrednio, jest jedna z najważniejszych, chociaż rzadko kiedy rozpoznawanych przyczyn, dla których wielu światłych współczesnych wciąż jeszcze nie może uwierzyć w prawdą nauki Darwina o ewolucji. Wydaje im się po prostu całkowicie niemożliwe, aby zespołowe działanie przypadkowych nie ukierunkowanych mutacji oraz selekcji dokonującej •wśród nich wyboru, to znaczy, aby tak mozolny "ślepy" proces potrafił "w krótkim czasie niewielu miliardów lat" doprowadzić do powstania jednych gatunków z innych i wytworzenia na drodze wewnątrzgatunkowej konkurencji wyżej rozwiniętych, bardziej skomplikowanych i 'bardziej postępowych form życia, spotykanych obecnie w takiej różnorodności.
Krytykom tym trzeba rzeczywiście przyznać, że to jest niewyobrażalne, jednakże w sensie o wiele bardziej dosłownym od tego, który mają na myśli. W powiązaniu z naszą strukturą jesteśmy bowiem zmuszeni w sposób absolutnie nieunikniony do dewaloryzowania okresu czasu tego rzędu 'wielkości, a czynimy to tak drastycznie i tak bez żadnej możliwości włączenia w ten proces głębszej rozwagi, że podany powyżej argument traci wszelką wartość dowodową. Tendencja ta, której sobie nie uświadamiamy i uświadamiać nie możemy, na domiar złego znajduje oparcie także w naszej pisowni. Gdy przechodzimy z 1000 na 1 000 000 dodajemy po prostu do trzech zer stojących po prawej stronie jedynki – dalsze trzy zera. W ten sposób znakomity system określany mianem dziesiętnego umożliwia nam wygodne obcowanie z wielkimi liczbami. Z drugiej jednak strony już dziecko w wieku szkolnym wskutek tego musi zapomnieć, że dodając te trzy dalsze zera posługuje się wyrafinowaną "stenografią cyfrową", która wyraża fakt, że pierwsza liczba (1000), aby urosnąć do jednego miliona, powinna być przecież napisana tyle razy, ile odpowiada jej właściwej wartości liczbowej, a więc nie mniej aniżeli tysiąc razy jedna za drugą.
Jak wiadomo, istnieją pewne pomoce myślowe, niby protezy dla naszej wyobraźni, dzięki którym na przeciąg pouczającej chwili może nam zaświtać pojęcie o wielkościach, z jakimi mamy tutaj do czynienia: wymawiając co sekundę jedną liczbę możemy doliczyć do tysiąca w ciągu jednego kwadransa. Dla miliona potrzeba w tych samych warunkach – zakładając ośmiogodzinny dzień pracy na liczenie – już całego miesiąca. Aby dojść do miliarda, należałoby temu poświęcić całe życie, dzień po dniu przez osiem godzin, przyjmując wciąż tylko jedną sekundę dla każdej liczby i dożywając jeszcze w tym celu pełnych osiemdziesięciu lat. Podobnie zdumiewające są wyniki przenoszenia rozmiarów czasu na odległości przestrzenne. Gdybyśmy chcieli przedstawić przebieg naturalnej historii ostatnich trzech miliardów lat na graficznym schemacie o długości trzech metrów – to dla całej historii ludzkości łącznie z okresem prehistorii, od epoki brązu począwszy, nie starczyłoby już miejsca nawet dla zaznaczenia jej pod mikroskopem. Dziesięć tysięcy lat zajęłoby na takim grafiku tylko jedną setną milimetra.
Stosując takie i inne eksperymenty myślowe, możemy sobie najwyżej uprzytomnić, że rozmiary czasu, w ciągu których dotychczas rozwijało się życie na Ziemi – są nie do ogarnięcia. Jest już dostatecznie zdumiewające, że potrafimy wtórnie obliczać rząd ich wielkości: przypisujemy im liczby i nazwy, ale już nie pojęcia obrazowe. Czas trwania tego olbrzymiego rozwoju umyka naszej wyobraźni,
Wobec tych rozmiarów – widownia akcji, scena, na której wyłącznie rozgrywa się wszystko, co się dotychczas działo, zda się nam stosunkowo maleńka: jest nią powierzchnia naszej Ziemi. Co prawda "scena" ta liczy sobie ze wszystkim około 500 milionów kilometrów kwadratowych, włączając w to oceany i strefy podbiegunowe. Jeżeli bowiem pragniemy obserwować historię nie tylko samego człowieka, lecz całego życia ziemskiego, musimy naturalnie uwzględnić oceany tak samo jak dżungle i inne rejony, które wydają się nam z naszej perspektywy życiu nieprzyjazne. 500 milionów kilometrów kwadratowych na pewno nie jest mało, jednakże kwadratowe pole o długości boków nieco więcej niż 22 000 kilometrów jest czymś, co możemy sobie jeszcze bez trudu wyobrazić, a areał takiego pola odpowiadałby właśnie mniej więcej powierzchni Ziemi.
Zwłaszcza nam, ludziom dnia dzisiejszego, szczupłość tej sceny, na której przebiega historia ludzkości, objawia się szczególnie plastycznie wobec zdjąć Ziemi swobodnie unoszącej się w przestworzach, zdjęć przywożonych obecnie przez astronautów z lotów kosmicznych. To co tam płynie nieskrępowanie w nieograniczonej przestrzeni i wydaje się zagubioną kulą tak łatwą do objęcia wzrokiem – jest wszystkim, czym życie dysponowało jako miejscem akcji w ciągu tego niewyobrażalnego okresu trzech miliardów lat. Na powierzchni tej kuli, której wymiar od góry do dołu wynosi równo 12000 kilometrów, rozgrywało się od zarania dziejów wszystko, co' człowiek kiedykolwiek czuł i myślał, co zdziałał i co wycierpiał, ale nie tylko to: również połączenie
pierwszych abiotycznie powstałych cząsteczek organicznych, ich nieskończenie powolny dalszy rozwój aż do pierwszego zdolnego do replikacji układu biologicznego, "wynalezienie" fotosyntezy, powstanie wielokomórkowców, podbój lądu, odkrycie ciepłokrwistości, pojawienie się świadomości i wreszcie, w czasach najnowszych, zdolność do samozastanowienia.
Aby móc uzyskać właściwą miarę rządzących tu proporcji, musimy do naszych rozważań wciągnąć jeszcze trzeci spośród oddziałujących tu wymiarów. Scena, o której mowa, nie jest przecież powierzchnią liczącą sobie 500 milionów kilometrów kwadratowych, lecz przestrzenią wznoszącą się na tym obszarze. Jak wygląda zatem sprawa wysokości, to znaczy trzeciego wymiaru miejsca akcji? Wydaje się słuszne, aby wymiar ten ograniczyć w górę do 2000 metrów. Wprawdzie człowiek ^może egzystować bez maski tlenowej na wysokości około dwukrotnie większej. Ale bez kilkutygodniowego okresu aklimatyzacji, połączonej z odpowiednią zmianą składu krwi – przede wszystkim przez wzrost liczebności czerwonych krwinek przenoszących tlen – na obszarze powyżej granicy 2000 metrów wydolność organizmu ludzkiego bardzo szybko maleje. A przy tym liczba występujących jeszcze powyżej tej granicy form życia jest tak znikoma i malejąca, że możemy ich tutaj nie uwzględniać w ogóle. Przeciwnie, wysokość 2000 metrów jako przestrzeń do dyspozycji życia na powierzchni Ziemi założyliśmy o tyle hojnie, że średnia wysokość masy lądów naszej planety wynosi tylko 825 metrów. Zresztą rejony powierzchni ziemskiej leżące powyżej 2000 metrów – zupełnie niezależnie od tego, czy w ogóle można je jeszcze uważać za część zasiedlonej przez życie "ekosfery" – są stosunkowo tak niewielkie, że chociażby z tego powodu możemy je śmiało pominąć.
Tak -wiec przestrzeń życiowa, którą próbujemy tu zobrazować, ma około 2000 metrów wysokości. A co z jej głębokością? Nie chcemy przecież w żadnym razie siebie tylko uważać za punkt wyjściowy i uwzględniać wyłącznie stanowisko człowieka: scena, której zarys usiłujemy tu przedstawić, jest wszak widownią całego ziemskiego życia. Nie wolno nam więc zapominać o wodach, tym bardziej że według tego wszystkiego, co nam dziś wiadomo, właśnie one były tego życia początkiem i kolebką. Jednakże czynnik ten – pomimo że w tych warunkach trudno nie brać go pod uwagę – nie jest wielki. Bądźmy więc bardzo wielkoduszni i dorzućmy jeszcze 1000 metrów. Oczywiście że i w ciemnych głębinach, poniżej tej założonej tu przez nas wielkości, istnieją także żywe istoty. Jak w ostatnich dziesiątkach lat stwierdzili biologowie badający strefy głębinowe, nawet najniższe połacie dna oceanów na głębokościach ponad 10000 metrów są zasiedlone przez stosunkowo bogatą faunę. W tym wypadku więc rejony, o których mowa – \v odróżnieniu od terenów wysokogórskich – reprezentują również część powierzchni ziemskiej, i to część znacznie większą, niż sobie to ogół zwykle wyobraża. Około dwóch trzecich łącznej powierzchni Ziemi (ściśle mówiąc: 361 na 510 milionów kilometrów kwadratowych, czyli 71 procent) pokryte jest wodą. Jednakże z tych 361 milionów kilometrów kwadratowych rejon o głębokości wód między 2000 a 6000 metrów, określany przez oceanologów jako "strefa otchłanna" zajmuje ponad 80 procent (ściśle: 82,7 procent). Pomimo to w tym miejscu, na użytek naszych rozważań mamy prawo ograniczyć ekosferę w dół do 1000 metrów, gdyż w stosunku do obfitości i różnorodności wszystkich form życia łącznie fauna głębokich mórz może być uznana za faunę środowisk krańcowych, ubogich w gatunki. Fauna ta (jak wynika z połowów systematycznie prowadzonych głęboko--morskimi sieciami) na głębokości wód poniżej 1000 do 2000 metrów bardzo szybko i bardzo znacznie rzednie. Jednakże decydująca przyczyna, która upoważnia nas do uznania założonej dolnej granicy 1000 metrów za założoną hojnie – jest zupełnie inna. Jest nią bowiem stwierdzenie, że wszystkie dotychczas odkryte głębokomorskie istoty żyjące pochodzą również z górnych warstw wody, to jest z owych rejonów powyżej głębokości 500 do 600 metrów, stanowiących ostateczną granicę, do której w sprzyjających warunkach dotrzeć może światło słoneczne, a przynajmniej jego ślady. Zdolność do fotosyntezy, a tym samym pierwotna produkcja pożywienia, wygasa jednak już znacznie "wcześniej. Całe więc życie istniejące poniżej tych warstw nie tylko powstało w najwyższych warstwach morza przenikniętych jeszcze promieniami światła słonecznego, z których dopiero wtórnie powędrowało krok za krokiem w mozolnym przystosowaniu ku głębszym rejonom morza – lecz dla swego utrzymania jest jeszcze po dzień dzisiejszy zdane na organiczne substancje pożywienia, a te powstać mogą tylko w górnych dostępnych słońcu warstwach morza; stamtąd substancje te, już obumarłe, spływają w dół nieprzerwanym, odżywczym strumieniem. Miejsce akcji ma więc – rzec można – pionowe rozpostarcie liczące łącznie tylko 3000 metrów. Dla zorientowania się, co to oznacza, musimy także tę wartość przenieść na skalę ilustracji 1, a mianowicie dokonanego przez astronautów zdjęcia swobodnie płynącej w przestrzeni Ziemi. Na fotografii tej kula ziemska w naszej reprodukcji ma średnicę około 12 centymetrów. W tej skali grubość ekosfery wynosi dokładnie 0,03 milimetry. Na zdjęciu kuli ziemskiej tworzy ona więc tylko cienką błonę, której grubość znajduje się poniżej granicy widoczności.
Oto wszystko. Jest to bowiem nie tylko nasza przestrzeń życiowa, obszar, na którym rozgrywała się dotąd cała historia ludzkości, ale jest to jedyna przestrzeń, jaką rozporządza całe znane nam życie i całe życie w ogóle, we wszystkich swoich formach i odmianach. 500 milionów kilometrów kwadratowych szerokości, 3000 metrów wysokości (czy też głębokości), a wszystko to niejako naciągnięte na kulę grubości 12 000 kilometrów. Kula ta, której wnętrze także już kilkaset metrów w głąb należy do strefy dla życia "zakazanej", unosi się swobodnie w nie wy miernie rozległej, nieprzeniknionej pustej przestrzeni: oto nasz obszar życiowy, miejsce akcji dramatu ludzkiej historii.
Jakie wrażenie wywołuje taki obraz? Jaki będzie nasz sąd o własnej sytuacji na powierzchni tej Ziemi, gdy w taki sposób spróbujemy przyswoić naszej wyobraźni te liczby i relacje?
Jeżeli spojrzymy na to bez żadnych uprzedzeń, wyda nam się, że mamy przed sobą wzorcowy przykład egzystencji niebezpiecznej, w najwyższym stopniu zagrożonej i pod każdym możliwym względem absolutnie nieprawdopodobnej. Obiektywna rzeczywistość naszego ziemskiego istnienia – tak widziana – pozostaje w diametralnej sprzeczności z poczuciem bezpieczeństwa, przytulności i stałości, które w nas wzbudza nasze bezpośrednie otoczenie. Wystarczy tylko w myślach, w fantazji, cofnąć się na odległość odpowiadającą tej, z której została wykonana przez sondę kosmiczną fotografia naszej planety pokazana na ilustracji l, aby zdać sobie sprawę, że nasze codziennie doznawane wrażenie trwałości, oczywistości i niezawodności tego swojskiego i znanego nam otoczenia jest w rzeczywistości złudzeniem nie znajdującym żadnego poparcia w realnych warunkach naszej sytuacji, ale przeciwnie, będącym z nim w groteskowej wręcz sprzeczności. Nagle widzimy nasz świat w zgodnej z prawdą postaci maleńkiego obszaru jasności, ciepła i życia, rozciągniętego cieniutką warstwą na zagubionej kuli unoszącej się w pustym Wszechświecie. To co z przyzwyczajenia wydaje się codzienne i oczywiste, już z dystansu niewielu tysięcy kilometrów przedstawia się nam jako wyjątkowy nieomal pod każdym względem punkt w przestrzeni, w warunkach tak niewiarygodnych i jedynych w swoim rodzaju, że już samo to zdaje się uzasadniać słuszność wciąż jeszcze rozpowszechnionego poglądu, że Ziemia nasza – a tym bardziej powstałe na niej życie – jest zdarzeniem wyjątkowym, być może nawet jedynym w całym Wszechświecie i dającym się wyjaśnić tylko przez zupełnie nieprawdopodobny zbieg niezwykłych przypadków. Wniosek taki w pierwszej chwili wydaje się istotnie nieunikniony. Perspektywa naszej rzeczywistej sytuacji we Wszechświecie objawiająca się nam, skoro tylko oderwiemy się od nawykowego nieprzemyślanego powszedniego punktu widzenia i spróbujemy "obiektywnie" spojrzeć na to samo otoczenie – przedstawia się tak przekonywająco, że wyobrażenie o Ziemi jako ojczyźnie człowieka i życia zagubionej w bezgranicznych rozmiarach przestrzeni Wszechświata dawno już weszło jako stały składnik do "nowoczesnego" obrazu świata.
Jednak nie zawsze tak było. Jeszcze przed niewielu wiekami człowiek uważał siebie i Ziemią za elementy do Kosmosu włączone. Wprawdzie człowiek średniowiecza odróżniał położony "pod Księżycem" ziemski świat od wiekuiście niezmiennych niebiańskich sfer gwiezdnych unoszących się nad tym podksiężycowym światem śmiertelnych istot i przemijających spraw, ale nawet przez chwilę nie wątpił przy tym w podstawową jedność tych dwóch zakresów Wszechświata, w ich ścisłe powiązanie; nie wątpił i w to, że nad przebiegającą pomiędzy nimi granicą rozciąga się gęsta sieć rozmaitych sił i wpływów, przenikających tu i tam, skutecznie oddziałujących, których istota objawiała mu się w postaci mnóstwa zróżnicowanych obrazów, alegorii i mitologicznych pojęć.
Takie pojmowanie świata, jakie dzisiaj nazywamy średniowiecznym, nie wytrzymało naporu obiektywnego spojrzenia na własne otoczenie, co przecież stanowi właściwe zadanie i funkcję nauk przyrodniczych. Mity i metafory okazały się nazbyt mgliste, nazbyt niedokładne. Do tego dołączył się jeszcze fakt, że uległy one w znacznym stopniu także pewnemu niebezpieczeństwu, zagrażającemu wszystkim ludzkim zamysłom: niebezpieczeństwu usamodzielnienia się w takim stopniu, że co pierwotnie było pomyślane tylko jako obraz rzeczy, uznane zostało za rzecz realną.
Wynikłe stąd odarcie ze złudzeń tego znanego i bezpiecznego świata stanowiącego część wszechogarniającego Kosmosu – okazało się znacznie bardziej radykalne, aniżeli można było przewidywać. Tym, co zaprowadziło Galileusza przed trybunał, a Giordana Bruna na stos, nie był tylko po prostu nieustępliwy brak tolerancji Kościoła unieruchomionego w gąszczu własnych dogmatów. Przy takim sformułowaniu ów zarzut potomności staje się nazbyt płytki, a przede wszystkim niesprawiedliwy. Dawno już przyzwyczailiśmy się do wyniku obiektywnej analizy świata dokonanej przez nauki przyrodnicze, ale zbyt łatwo przechodzimy do porządku nad strachem, który się krył za agresywną reakcją na pierwsze rezultaty tej analizy, nad wielkim wstrząsem, jaki wyniki te musiały wywołać u współczesnych.
Rezultaty wszak nie polegały na niczym innym, jak na pierwszych zarysach tego obrazu, który próbowaliśmy naszkicować na początku rozdziału. W wyniku bowiem próby oderwania się poprzez tworzenie pojęć przyrodniczych od znanej perspektywy codziennego punktu widzenia i spojrzenia na świat taki, jaki rzeczywiście jest – człowiek po raiz pierwszy stanął wobec ewentualności, która musiała go dogłębnie przerazić: ewentualności istnienia we Wszechświecie, któremu on jest obojętny i który z kolei jego też nie obchodzi. To zapoczątkowało "nowoczesny" obraz świata uznany po dziś dzień za obowiązujący: treścią podstawową tego widzenia świata jest, że Ziemia wraz ze wszystkim, co na jej powierzchni istnieje i żyje, beznadziejnie samotna i zagubiona, płynie w ogromnym Wszechświecie, który jest wobec nas obojętny i którego zimny majestat nic nie ma z nami wspólnego.
My, ludzie dzisiejsi, dawno już przyzwyczailiśmy się do takiego spojrzenia na naszą pozycję w Kosmosie. W głębi naszego jestestwa jesteśmy nawet prawdopodobnie dumni z naszego obiektywizmu i rozsądku umożliwiającego nam zaakceptowanie tej koncepcji naszego "prawdziwego" położenia, rozmiarów tej izolacji, samotności tej zsyłki w nieskończenie wielkim i nieskończenie martwym Wszechświecie. Można wątpić, czy jest to jedyny odruch, jaki w nas wywołała wizja takiego obrazu świata. Widać tu wyraźnie, że nauki przyrodnicze wbrew szeroko rozpowszechnionemu i całkowicie błędnemu poglądowi v/ żadnym razie nie ograniczają się do zbierania i porządkowania faktów. Jest to tylko środek do celu. Wiedza przyrodnicza nie jest ostatecznie niczym innym jak dążeniem człowieka do wyjaśnienia swojej własnej roli, swojej pozycji w całości układu. Wiedza przyrodnicza jest więc – innymi słowy – także tylko drogą do ludzkiego samozrozumienia. Dlatego też nie należy wątpić, że przekonanie o własnej izolacji w Kosmosie niezmiernie wielkim, nieskończenie pustym i niewiarygodnie wrogim życiu – przekonanie, które w ostatnich setkach lat zaczęło panować nad świadomością ludzkości – pozostawiło w tejże świadomości swoje charakterystyczne ślady. Chociaż oczywiście nigdy nie będzie można tego udowodnić, pragnąłbym pomimo to postawić tutaj hipotezę, że wiele z tego cynizmu i nihilizmu, który napotykamy w psychice "nowoczesnego" człowieka, wyrosło na zimnym podłożu tego obrazu świata.
Jedno z najbardziej fascynujących i najdonioślejszych przeświadczeń torujących sobie obecnie drogę do wiedzy przyrodniczej stanowi rozpoznanie, że taki obraz świata jest w swoich głównych zarysach błędny. To co się odbywa tam, na zewnątrz w przestrzeni Wszechświata, od wysokości niewielu tysięcy metrów nad naszymi głowami począwszy, w żadnym razie nie jest dla nas obojętne. Nauka ostatnich dziesięciu lat zaczęła odkrywać, że – przeciwnie – jest to związane z nami i z podstawowymi dla naszej egzystencji warunkami naszego najbliższego otoczenia na powierzchni Ziemi znacznie ściślej i bardziej bezpośrednio, aniżeli się śniło całej dawnej mitologii. Rodzące się od kilku lat poznanie, że na świecie, w którym się znajdujemy, w rzeczywistości wszystko jest ze sobą ściśle powiązane, sprawy największe z najmniejszymi, to co najbliższe nam, z tym, co się dzieje na pograniczu dostępnego naszej obserwacji Wszechświata – jest może najwspanialszym i najbardziej urzekającym, a na pewno najdonioślejszym olśnieniem nauki o Ziemi i niebie.
Przedmiotem tej książki są najważniejsze odkrycia i wyniki badań, przygotowujące w dzisiejszej dobie to poznanie o decydującym znaczeniu dla naszej samowiedzy. Odkrycia i rezultaty badań wywodzą się z najrozmaitszych dyscyplin nauk przyrodniczych, i to bynajmniej nie wyłącznie ani nawet nie w przeważającej części z najnowszych i najnowocześniejszych dziedzin nauki. Udział geofizyki i paleontologii jest w tym zakresie nie mniej istotny aniżeli badania przestrzeni kosmicznej i kosmologia. I właśnie ów wysoce charakterystyczny fakt zgodności rezultatów poszczególnych dziedzin wiedzy, stosujących tak bardzo różne metody, rezultatów prowadzących do kształtowania jednego i tego samego obrazu Wszechświata oraz naszej w nim pozycji – dowodzi, że stajemy się świadkami i przeżywamy współcześnie jak gdyby duchowy przewrót w naszym pojmowaniu świata, a znaczenie tego przewrotu jest prawdopodobnie wielkie.
W trakcie próby szkicowania zarysów tego nowego i jeszcze zawsze niepełnego obrazu świata natkniemy się niewątpliwie na zdumiewające i nieoczekiwane powiązania: jak np. to, że życie nasze jest zależne od siły tak słabej, że wystarcza zaledwie do skierowania igły magnetycznej ku północy, a także i to, że prawdopodobnie nie byłoby tej siły, to jest pola magnetycznego Ziemi, wcale, gdyby Ziemia nie miała naturalnego satelity. Dziś doszliśmy do przekonania, że Ziemia bez Księżyca nie nadawałaby się dla nas do zamieszkania; trudno sobie wyobrazić bardziej dobitny i głębszy w swojej symbolice przykład rzeczywiście istniejącego ścisłego splecenia naszego "podksiężycowego" świata z siłami działającymi poza obrębem naszej przestrzeni życiowej. W dalszym ciągu zobaczymy, że w całym Wszechświecie następuje stała wymiana materii obejmująca również naszą Ziemię. Zgodnie z tym, co nam dzisiaj wiadomo, każdy z nas praktycznie biorąc miał już kiedyś w ręku kamień pochodzący z Księżyca, a może nawet z jeszcze o wiele bardziej odległych rejonów Wszechświata. W najnowszych czasach znalazły się nawet poszlaki dowodzące, że ta kosmiczna wymiana materii w sposób decydujący sterowała przebiegiem ewolucji i nadała kierunek przyjęty przez biologiczną filogenezę, w ciągu której życie rozwinęło się od swoich prymitywnych Jtonn wyjściowych do dzisiejszej różnorodności i wreszcie do powstania nas samych. Wyłania się tu więc przypuszczenie, że gdyby nie było tego nowo odkrytego zjawiska, nie stalibyśmy się tym, czym dzisiaj jesteśmy. Samo to już wystarcza do odrzucenia poglądu przez długi czas głoszonego i znajdującego wiarę, jakoby Wszechświat nic nas nie obchodził i że to, co się dzieje poza naszą ciasną przestrzenią życiową, do nas się nie odnosi i żadnego nie ma dla nas znaczenia.
Ale i to jest tylko jednym przykładem spośród wielu. Nie mniej zdumiewające zda się niektórym odkrycie, że Słońce, Ziemia, Księżyc i wszystkie inne planety naszego Układu stanowią poniekąd drogą generację ciał niebieskich. Wszelka materia, jaką znamy, z jedynym wyjątkiem czystego wodoru, powstać musiała na początku historii znanego nam świata w centrum gwiazd stałych wskutek procesów syntezy jąder atomowych; dotyczy to również materii, z której my się składamy. Kosmologowie odkryli, że w nocy tylko dlatego może być ciemno, iż świat nie jest nieskończenie wielki. Nawet spiralnie ukształtowana postać naszego Układu Drogi Mlecznej objawia nam się nagle jako jeden z podstawowych warunków wyjściowych do tego, abyśmy w ogóle mogli powstać.
Wszystko to brzmi niezwyczajnie i dla wielu może zrazu nawet niewiarygodnie, a przynajmniej przesadnie, efekciarsko i wydaje się nadmiernie wyeksponowane. A jednak wszystko to jest słowo w słowo i co do litery prawdziwe. Są to wyniki prac prowadzonych w ciągu dziesiątków lat przez tysiące naukowców. W toku tych prac zebrany został potężny zasób danych, faktów i liczb, a nadmiar ich stawał się chwilami tak wielki, że znalezienie w tym jakiegoś porządku czy systemu wydawało się niemożliwe. Jednakże od kilku lat obraz ów, w każdym razie w tym zakresie badań, o którym tutaj będzie mowa, zaczyna ulegać zasadniczej śmianie. Z pewnych wyników kluczowych wykrystalizowuje się niejako rdzeń – punkt wyjściowy, wokół którego zaczynają się jak gdyby samoistnie grupować inne obok siebie uszeregowane fakty, dotychczas pozornie obojętne. Wyłania się przy tym nagle fascynujący i nowy, a prócz tego w nowości swojej dziwnie znajomy obraz świata powiązanego ze sobą we wszystkich swych częściach, przenikniętego prawami i siłami, pod których wpływem staje się prawdziwym Kosmosem, uporządkowanym kształtem, w najmniejszej nawet części zależnym i określanym przez to, co się odbywa na jego najdalszych granicach.
W ten sposób zarysowuje się obraz różniący się radykalnie od wizji Ziemi nieczułej, płynącej przed siebie przez puste obszary przestrzeni w koszmarnym zagubieniu. Podksiężycowy świat rzeczy przemijających i istot śmiertelnych jest w rzeczywistości tysiąckrotnie skrzyżowany ze sferą gwiazd i całą głębią Wszechświata, w którym panują prawidła i siły rządzące także nami i naszym życiem na Ziemi, i to w takim stopniu, że nie moglibyśmy tutaj żyć, gdyby Ziemia nasza była od nich wyizolowana, tak jak długo wydawało nam się konieczne w to wierzyć. Życionośna powierzchnia naszej rodzimej planety nie jest istniejącym obojętnie we Wszechświecie miejscem, w którym przypadkowo spełniły się krańcowe i bardzo osobliwe warunki, jedyne warunki umożliwiające powstanie życia w znanej nam formie. Przeciwnie, miejsce akcji niosą wpływy i siły sięgające ku nam z głębi Wszechświata, z jego najdalszych krańców i dopiero one nadają naszemu otoczeniu właściwy mu kształt.
Kosmos nie jest ową pustą, zimną i martwą przestrzenią, której majestatyczny ogrom i nie-czułość mogłaby nas napełnić nie tylko podziwem, ale i przerażeniem. Jest podłożem, z którym Ziemia nasza jest zrośnięta tysiącami korzeni, niczym roślina. Powierzchnia Ziemi nie jest, jak niejednokrotnie opisywano, maleńką oazą tolerowaną przez wrogi życiu Wszechświat tylko dlatego, że nie ma żadnego znaczenia. Okazuje się raczej punktem zogniskowania, w którym koncentrują się różnorakie siły kosmiczne i wpływy dopuszczające do powstania naszego świata.
Miejsce akcji objawia się więc w podwójnym znaczeniu jako scena: życie toczące się na powierzchni Ziemi wspomagane jest – jak zespół aktorów – przez niezliczone siły pomocnicze i mechanizmy, a sieć ich i powiązania sięgają daleko poza obręb samej sceny i poza mury teatru, pozostając normalnie ukryte przed oczami widza, który ich nie poszukuje. Ziemia na pewno nie jest centrum Wszechświata. To złudzenie – już raz na zawsze zdemaskowane – przeminęło. Niemniej jednak ożywiona Ziemia jest punktem zogniskowania we Wszechświecie, jednym z tych miejsc – może jednym z nieprzeliczonych – w Kosmosie, w których przez zbieg wielu sił, czynników i wpływów, jak gdyby Wskutek potężnego wysiłku ogromnych kosmicznych przestrzeni, spełnione zostały i są nadal podtrzymywane na stosunkowo maleńkim obszarze warunki prowadzące do powstania tego, co nazywamy życiem i świadomością. W książce tej będzie mowa o sposobie, w jaki się to szczegółowo odbywa i o tym, jak to zostało odkryte.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz