Dzień XXXV -Zmiłujcie się dobrzy ojcowie, ja nic nie wiem! –Krzyknęła rozdzierająco niemłoda, otyła kobieta przytroczona do łoża sprawiedliwości. -Zaraz ustalimy to ponad wszelką wątpliwość, podła czarownico, wspólniczko tego szatańskiego pomiotu! –Huknął przygarbiony chudzielec, jednocześnie wskazując na Adama deScorrio, przykutego do ściany w pozycji krzyżowej. Skinął na oprawcę i kontynuował: -Czyż to nie prawda, że ten heretyk najgorszego autoramentu, gdy tylko zajeżdżał do Lyonu zatrzymywał się zawsze w twojej gospodzie? –Zagrzmiał. Kobiecina wodziła wokół przerażonymi oczyma. Po inkwizytorach, po oprawcach i wreszcie po oskarżonym… -Prawda, wasza miłość, prawda, ale… -Milcz! Nie ma żadnego, ale. Idąc, więc dalej: czyż kilka lat temu nie zatrzymywał się w twojej gospodzie na całe miesiące i nie cudzołożył z twoją córką? -Tak, wasza miłość… -Mamy więc uwierzyć, że nie wiedziałaś o jego nikczemnych i bezbożnych praktykach??? Mało, że nie udzielałaś mu wszelakiej pomocy i że sama w nich nie uczestniczyłaś??? –Nie do wiary potężny, przy tak mikrej posturze, głos inkwizytora grzmiał niczym trąba Sądu Ostatecznego. -Nie wiedziałam, wasza miłość! Inkwizytor wsparł się rękoma o krawędź łoża. -Widzę, że Szatan nie pozwala ci przyznać się do winy. Ale my w trosce o twoją duszę, pomożemy ci. –Zwrócił się nagle do pozostałych członków trybunału: -Z przyzwoleniem, bracia? -Tak. -Tak. -Tak. -Tak. Niespodziewanie barczysty inkwizytor żachnął się wyraźnie. -Nie! -Nie. –Spokojnie zadeklarował siedzący obok niego pulchny kaznodzieja. -A czemuż to, szanowni bracia, jeżeli można wiedzieć? –Zapytał zdziwiony konus. -Po pierwsze, mam obowiązek odpowiadać na takie pytania… Z całym szacunkiem, nie przed wami umiłowani bracia, po drugie nie uważam, żeby faktycznie istniała potrzeba nękania tej kobiety. Uważam, że faktycznie nie wie nic, na czym by nam zależało. –Pospieszył z odpowiedzią Makidzianni. -Na szczęście nie jesteście jedynym członkiem tego trybunału! Z resztą, wszyscy tu zgromadzeni wiemy o waszej, nazwijmy to, nadmiernej pobłażliwości, bracie Markidzianni… -Nie wam mnie oceniać, ojcze Salighieri. Piemoncki inkwizytor nie podjął konfrontacji, lecz dociekał dalej: -A wy ojcze Blonyn? -Rozważcie respons ojca Markidzianniego. -Innymi słowy przychylacie się do jego opinii?! -Innymi słowy: tak. Wtedy jeszcze raz zwrócił się do trybunału: -Z przyzwoleniem? Ojcze przewodniczący? -Pięć przeciw dwóm. Z przyzwoleniem. –Tenże orzekł. Piemontczyk zatarł ręce. -Czyńcie, co do was należy, mistrzu małodobry. Pocznijcie od przypalania. Kat był już gotowy do działania. Posmarował stopy nieszczęsnej ofiary smalcem, poczym z pomocą pachołków podsunął pod nie węgielnik i dmuchnął kilka razy miechem. Nieludzki wrzask zdawał się aż wbijać pomiędzy kamienne bloki murów. Ciało torturowanej wyprężyło się i wygięło w łuk, tak, że zdawało się, że omal nie pęknie. DeScorrio szarpnłą się na swoich łańcuchach. Na dany przez Salighieriego znak, kat pomiędzy stopy a ogień wsunął szeroką okopconą i poprzepalaną deskę. -Jakoś twój diabelski mistrz nie przynosi ci ulgi w cierpieniu! –Powiedział z mściwą satysfakcją. –Czy już jesteś gotowa na podzielenie się prawdą? -Na boga żywego, litości… -Łzy ciurkiem płynęły po wykrzywionej grymasem męki twarzy. –Ja nic nie wiem… Z dobrze udawaną przykrością duchowny westchnął ciężko. -Próżny trud, gdy czarownic nie chce wyrzec się diabła i oczyścić swej duszy przez otwarcie się przed trybunałem Świętego Oficjum. Ale nie masz większej miłościwej cierpliwości, niż cierpliwość inkwizytorów dochodzących prawdy. Skinął na kata, któren wysunął torturowanej deskę spod stóp. Kolejny upiorny wrzask. -Trzymaj, trzymaj! -Piemontczyk instruował kata. Koszmarne wibratto dosięgło apogeum i urwało się jak ucięte. Kobieta zemdlała. Conrado Salighieri zamachał kościstą ręką na wychowanków Markidzianniego. -Cućcie, synkowie, w imię boże, cućcie! W tym samym czasie Andrea Markidzianni rzucił okiem na głównego bohatera procesu. Krótkie łańcuchy napięte były do granic możliwości. Na torsie, ramionach i twarzy wystąpiły wszystkie żyły. Oczy promieniowały zimną, spokojną, bezgraniczną nienawiścią. Podopieczni kanonika sprawnie doprowadzili kobietę do przytomności. Na sali rozległ się rozpaczliwy szloch i łkanie. -Nie zwiedziesz nas swymi fałszywymi łzami, obmierzła wiedźmo! –Sykną z nienawiścią Rzeźnik z Piemontu. –Mistrzu, na krzesło czarownic! Katowscy pomocnicy sprawnie odpięli nieszczęsną od łoża sprawiedliwości i przenieśli na najeżone szpikulcami żelazne krzesło. Na kostkach i nadgarstkach ofiary zatrzasnęli żelazne klamry. Rozdmuchali węgielnik pod siedziskiem. Oprawca jeszcze nie wyciągnął deski spomiędzy siedziska, a węgielnego żaru. -Opowiedz nam o sabatach, Klementyno Roche. –Inkwizytor mówił teraz cichym, jakby proszącym głosem, prosto do ucha torturowanej kobiety. –Ulżyj swojej duszy i wyznaj winy… Nie pozwól nam, abyśmy musieli kontynuować… Opowiedz, jak ten diabelski syniec zabierał ciebie i twoją córkę na sabaty, jak oddawałyście się obydwie diabłu… Odpowiedziało mu zwodzenie i lament. Skinął na oprawcę. Ten najpierw usunął deskę znad węgielnika, a potem ze stołu zapełnionego katowskim instumentarium wybrał długie kleszcze, z rozszerzonymi szczękami. -Nie, mistrzu! Gruszkę! Kat posłusznie odłożył szczypce i wziął ze stołu coś jakby łokciowej średnicy zaklęśnięte koło ze skóry, rozpięte na skomplikowanej, pozornie filigranowej stalowej konstrukcji. Ze znawstwem pokręcił znajdującą się w środku sprężyną i po chwili faktycznie trzymał w rękach coś dokładnie kształtu i rozmiarów średniej gruszki. Zwolnił sprężynę. W mgnieniu oka, przy dźwięku przypominającym odgłos zatrzaskiwanej księgi, przyrząd wrócił do poprzedniego stanu. Kiedy piemontczyk kiwnął głową, kat znów począł kręcić sprężyną. W miarę jak z wolna, lecz nieubłaganie żelazne krzesło nagrzewało się coraz bardziej, nasilał się dziki skowyt dręczonej karczmarki. Od kilku chwil deScorrio nie wierzgał się na swoich łańcuchach. Andrea Markidzianni szybko zauważył, że dzieje się z nim coś niepokojącego. Całe ciało się rozluźniło. Twarz wyrażała najgłębsze koncentrację. Na czole zaperlił się pot. Spokojne, skupione oczy wpatrywały się nieszczęsną ofiarę. Coś alarmującego zauważyli również jego wychowankowie. Skupiły się na kanoniku pytające spojrzenia. Ledwie zauważany ruch dłoni w czerwonej rękawicy, tyko dla nich nie przypadkowy, wydał jasną komendę: „żadnej reakcji!”. Wytrenowani w bezwzględnym wykonywaniu rozkazów oraz w duchu absolutnego i bezgranicznego zaufania do swego mistrza, wychowankowie nie dali po sobie poznać czegokolwiek. W momencie, w którym kat już miał włożyć koszmarny przyrząd między nogi kobiety, ta nagle wyprężyła się, kaszlnęła krwią i zawisła bezwładnie na klamrach. -Co, na Boga Żywego?! –Wrzasnął piemontczyk. –Synkowie, cucić! Natychmiast młodzi inkwizytorzy przyskoczyli do kobieciny. Już po krótkiej chwili jeden z nich wyprostował się czyniąc znak krzyża: -Już żadne cucenie nie pomoże. Nie żyje. -Diabeł ją zabił!- Ryknął Conrado Salighieri. Nagle, zobaczywszy wyraz twarzy oskarżonego, ryknął jeszcze głośniej: -Nie, to on! On ją zabił, aby nie powiedziała prawdy! Najbliższy strażnik najpierw z przerażeniem popatrzył na przykutego więźnia, by w tej samej niemal chwili odruchowo zdzielić go z całej siły drzewcem szpontonu w bok głowy. Adam zapadł w ciemność. Dzień XXXVI -Ależ ja się musiałem nagimnastykować, żeby do ciebie przyjść. –Rzucił, wchodząc do celi kanonik Andrea Markidzianni. –Coraz więcej pracy tam na górze, coraz więcej kacerzy i coraz bardziej moi współpracownicy patrzą mi na ręce… Więzień natomiast siedział w kącie zwinięty w kłębek. Musiało upłynąć ładnych parę chwil, zanim podniósł twarz znad ramion. Lewą stronę głowy i twarzy miał fioletową i potężnie opuchniętą. -Cieszę się, że jesteście i dziękuję wam bardzo. -Za co? -Nie udawajcie głupiego. Za zakończenie cierpień Klementyny Roche. Wiem, że zorientowaliście się, że coś kombinuję. I nie przeszkodziliście mi. I że swoim ludziom, którzy zorientowali się również, zabroniliście zareagować. -Ano, zabroniłem. -Czemu? -Bo wiedziałem, że ten szalony piemontczyk zostawiłby z niej strzępy mięsa. Wiem również, że jeżeli czemuś była winna, to tylko duszę Bogu. DeScorrio przysunął się do kanonika. Z jego ust dobiegło coś jakby… Chlipnięcie. -Wie ksiądz, ja zabiłem w życiu wielu ludzi. Bardzo wielu. Więcej, niż mogę spamiętać. Nawet pomijając pola bitew –bardzo wielu. Ale jeszcze nigdy nie zabiłem kogoś, kto był dla mnie zwyczajnie, po ludzku dobry. Aż do wczoraj. -Jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało, postąpiłeś słusznie, Adamie. I dla tego ci na to pozwoliłem. Kanonik usiadł vis a vis więźnia. -Pokaż mi swój łeb. Więzień nie oponował. Kanonik z ciekawością oglądał uraz. -Niezwykłe, zaiste niezwykłe. To było potworne uderzenie. Ten strażnik to krepiaga, jakich mało. Dobrze, że uderzył drzewcem, a i tak mało prawdopodobne, żeby ktoś słabszy, o nieco tylko delikatniejszych gnatach coś takiego przeżył. Zwłaszcza, że łeb nawet nie miał ci gdzie odskoczyć. Potylicę też masz nieźle otłuczoną. -Czy ja wiem czy tak dobrze? Kanonik nie odpowiedział na pytanie retoryczne, a sam zwrócił się z zapytaniem: -Jak to było naprawdę? Dlaczego ta nieszczęsna kobieta nawet na torturach nie chciała cię obciążyć? -Wdzięczność, drogi księże, wdzięczność. Lat temu ze sześć, albo siedem pierwszy raz zagościłem w jej zajeździe. Tak się złożyło, że jej córka poharatała sobie nogę o jakieś żelastwa. Cyrulik wziął straszny pieniądz i oczywiście spartaczył sprawę. Poszła popielica. Kiedy wziąłem ją w obroty, gorączkę już miała taką, że można było na niej jajka smażyć. Cała moja tradycyjna wiedza medyczna, to było za mało. Więc, cóż zostały metody niekonwencjonalne. Wpompowałem w nią tyle własnej energii, że omal sam się wtedy nie przekręciłem. Ale wydobrzała. -Potem byliście kochankami. -Tak… Kiedy tylko zdarzyło mi się zawitać do Lyonu. A potem… Trzy lata później została zamordowana. Wtedy nie było mnie w Lyonie. Zająłem się tym. Niech ksiądz poczyta archiwa miejskie. Lat temu dwa z hakiem, zaginęło trzech lokalnych nietykalnych arystokraciątek. Dwa tygodnie później zostało znalezionych przed jedną z bram miejskich. Byli wywałaszeni, częściowo bardzo starannie oskórowani, mieli wyłupione oczy, wyrwane języki, przebite bębenki, poobcinane wszystkie palce. Posypani solą. Dwóch -rozprute brzuchy i nasypane wapna. Trzeci ucięte ręce w łokciach i nogi w kolanach. Ten trzeci, prowodyr, jeszcze żyje. Muszę się przyznać, że jestem z siebie dumny. -Jestem pełen podziwu dla inwencji. -Ale to tyko dygresja. Wracając do tematu. Podarowałem jej córce dwa lata życia. Stąd ta wdzięczność… -A dziecko? –Kanonik zapytał jakby nigdy nic. DeScorrio przygarbił się, jakby uchylał się przed ciosem. -Dziecko? -Tak, Adamie, dziecko. Ja jestem inkwizytorem blisko od dwudziestu lat i potrafię czytać w ludziach jak w otwartej księdze. Widziałem jak patrzyła na ciebie świętej pamięci Klementyna. Zważ Adamie, że ludzie w takich sytuacjach bardzo szybko zapominają o wdzięczności, przecież o tym doskonale wiesz. Ale, może nie mąż, a jednak ojciec jedynego dziecka jedynej córki -to już insza inszość. W oczach więźnia błysnął ni mniej ni więcej tylko niekłamany strach. -Zostawcie! Przecież to tyko dziecko! -Dziecko Potępionego. –Oczy inkwizytora zamieniły się w dwa kawałki lodu. W ciszy, która teraz zapadała, słychać było tyko świszczący, astmatyczny oddech deScorria. -Domyślam się, że na wychowaniu u jakiejś godnej zaufania, arystokratycznej rodziny… Adam milczał uparcie. Jego wzrok, nagle nieobecny, błądził po murach celi. -…Która nic nie wie o moich niecnych praktykach, która zna mnie jako bohatera spod Orleanu. –Dokończył zimno. -Adamie, nasza umowa. Heretyk spojrzał w oczy inkwizytorowi. Andrea Markidzianni w zielonych, bezlitosnych oczach zobaczył jasną, powziętą decyzję i zimny, bezwzględny, niezłomny upór. Milczenie przeciągało się. Kanonik przeciągnął dłonią po niegdyś czarnych, teraz czarno-srebrnych, krótko przyciętych włosach. Oczy nagle złagodniały. Adam zobaczył w nich coś, czego nie potrafił nazwać… Może odbicie jakiegoś odległego wspomnienia? -Dobrze, Adamie. Jak stoi w piśmie napisane: „Tym, którym odpuścicie, będzie odpuszczone. Tym, którym zatrzymacie, będzie zatrzymane.” I z mocy nadanej mi łaski Pańskiej, w tym jednym, jedynym wypadku ja ci odpuszczam… To tylko dziecko… -Przekonujecie swoje sumienie, czy poczucie obowiązku? -Daruj sobie cynizm i złośliwość, bo kiedy się boisz, ani jedno, ani drugie ci nie wychodzi. Więzień opuścił głowę. -Wybaczcie, księże. Przepraszam. I dziękuję. -Nie dziękuj. Ja, mimo, że jestem inkwizytorem, mam sumienie. Przede wszystkim, nie potraktuj tej sytuacji jako precedensu. Potraktuj jako… Niewytłumaczalną i niezrozumiałą chwilę słabości; która się już nie powtórzy. Ani tutaj, ani w sali tortur. Przejdźmy do innej kwestii: wiem, w jaki sposób zabiłeś Klementynę Roche. Intryguje mnie natomiast, dla czego nie próbowałeś tego samego z ojcem Conrado Salighieri. Więzień odprężył się nieco. Muskuły na karku wyraźnie rozluźniły. -Bez inkantacji i „pomocy naukowych” moje zdolności są bardzo ograniczone, księże. Biedna kobiecina była przerażona do granic możliwości, wręcz bliska szaleństwa z bólu i strachu, a jako taka bardzo podatna na atak mentalny. W normalnych warunkach uśmiercenie siłą umysłu człowieka na odległość jest bardzo skomplikowanym zadaniem. Nad grafem von Vittenbach pracowałem ze dwa miesiące. Wprawdzie to trochę nie wyznacznik, bo ten był wyjątkowo twardy, ale daje jakieś pojęcie o skali trudności. Z resztą, czegoś nie dopatrzyłem i taką konkusją mi się to odbiło, że niewiele brakowało abym też odkorkował. Po tym incydencie powróciłem do bardziej tradycyjnych sposobów, przy których moje nadnaturalne zdolności były jedynie ułatwiającym dodatkiem, a nie metodą samą w sobie. Ale wracając do meritum: tak z miejsca, nawet normalny człowiek jest dla mnie zbyt trudnym obiektem do uśmiercenia mentalnego, a co dopiero Salighieri, który choć obłąkany, to wolę -trzeba przyznać -ma z żelaza. Co innego poczęstować kogoś na przykład obezwładniającym bólem głowy, a co innego zabić. Quo est demonstrndum. -Jak uśmierciłeś von Vittenbacha? -Zogniskowałem energię przez wspomniany już jakiś czas temu Podwójny Krąg Akermanna. Łącznikiem byłem ja sam. Nie zabezpieczyłem się wystarczająco i pewnie dlatego tak mi się odbiło. -Tylko Podwójny Krąg? –Duchowny nieco się zdziwił. -Tak. Niech ksiądz rozpatrzy to na zasadzie miecza: co mieczem potrafi zrobić ćwiczony rycerz, a co pierwszy lepszy śmierdziel z pospolitego ruszenia? I tu miecz, i tu miecz. Choć, nie, miecz to nie jest dobry przykład, ponieważ pryncypialnie służy do zabijania. Niech tym przykładem będzie zwykły sierp. W rękach moich, a w rękach kmiotka… -Oczywiście rozumiem. Przejdźmy, zatem do dalszej kwestii. Głos inkwizytora zmienił się radykalnie. Wręcz zabrzmiał jak strzelenie z bicza: -Powiedziałeś prawie wszystko, co chciałem wiedzieć… -Andrea patrzył zimno i bardzo mocno zaakcentował słowo „prawie”. Powiedział to tak jak by mówił: „Domus Veritatis czeka”. DeScorrio chrząknął, poczym podjął: -Oczywiście nie miałem zamiaru nic przed księdzem ukrywać. Czekałem, kiedy o to zahaczycie. -Praw dalej. -Agnes von Buchenwald. -Tak, o to mi chodziło. Księżniczka wiedźm –jak o niej niektórzy mawiają. Piękna jak anioł, zwiewna jak jedwab, zła jak czart w baptysterium. Tak, chcę wiedzieć wszystko o Agnes von Buchenwald. Wszystko, co wiesz, a wiesz raczej dużo, biorąc pod uwagę w jak bliskich pozostawaliście stosunkach. -Gdybym nie wiedział, że jest niedosiężna dla was, to bym nic nie powiedział. Nawet tam. -Kontynuuj. -Wie ksiądz doskonale, że jest ona właściwie więźniem zamku Przewodziszowickiego w koronie polskiej. Zamku i jego najbliższych okolic. Lokalny władyka, właściciel zamku, Mikołaj Kornicz, od piętnastu lat rządzi tam niczym w miniaturowym królestwie. Raubritter umiłowany przez kmieci i ludzi niższych stanów- bo rabuje tylko karawany kupieckie i możnowładców, biedaków nie rusza, ba –w razie potrzeby wspiera ich orężnie i pieniężnie. Mający w rzyci wyroki i uchwały przeciw sobie. Jego zamek to miejsce stworzone na zbójeckie gniazdo. Mimo, ze relatywnie niewielka, to jednak potężna forteca. Usadowiona na ponad trzydziestometrowym, samotnym masywie skalnym o pionowych ścianach.. Kilka wypraw królewskich, jeszcze za Jogajły, podjętych przeciw Korniczowi nawet nie próbowało zdobywać zamku. W przepastnych jego lochach zgromadzone jest tyle zapasów, że kiedyś przez blisko dwa lata blokowały go wojska królewskie. Blokowały, przezornie nie próbując szturmu. I po dwóch latach dały sobie spokój. Już pięć lat temu na zjeździe panów śląskich i polskich Kornicz został uznany za wichrzyciela państwowego. I od tamtego czasu, co? Ano rzyć blada! Nic się nie zmieniło. Załoga… Załoga składa się z samych wyjątkowych łajdaków i rezunów, z racji bogactw złupionych przez Kornicza, uzbrojonych i wyekwipowanych tak, jak mało, która gwardia królewska. Są też zaopatrzeni w potężny arsenał broni prochowej, tak ręcznej, jak i artylerii fortecznej. Agnes jest w stałej gościnie u Kornicza. Prawda jest taka, że i gospodarz i cała załoga zamku, są pod stałym, niezwykle silnym urokiem rzuconym przez Agnes. Ona jest naprawdę potężną czarownicą. Dopóki nie opuści zamku nie ma możliwości siłą jej stamtąd wydobyć. A nie opuści, bo i po co? Ma tam swój kawałek świętego spokoju i najlepsze możliwe warunki do pracy, tak czarnoksięskiej jak i artystycznej. Wie ksiądz, że ona przepięknie maluje? Malunek w medalionie, który mi zabrali po aresztowaniu, to jej autoportret. Kanonik widział medalion. Faktycznie, portrecik w środku nie dość, że przedstawiał osobę zjawiskowej wręcz urody, to jeszcze sam w sobie był prawdziwym arcydziełem. -Wiem, co księdzu chodzi po głowie. Ale, proszę mi wierzyć, próżny trud. Wprawdzie z Ostrężnika relatywnie daleko tam nie macie, ale: próżny trud. Zamek to jedno, zauroczona załoga to drugie, sama jej moc, to trzecie… Ale jest jeszcze czwarte: Homer i Drako. -Mówże do cholery jaśniej! -Homer i Drako, jej bezpośrednia ochrona. Homer, z pochodzenia Turek, śródziemnomorski pirat. Drako, niegdyś potężny wojownik- najemnik. Najlepsza możliwa ochrona. Bezwzględnie lojalni, absolutnie posłuszni, ślepo zapatrzeni… Mają jeszcze jedną wspólną cechę… -Tak? -Obydwaj nie żyją. –Dokończył deScorrio z absolutnym spokojem. -Słucham? -Nie przesłyszeliście się, księże. Nie żyją. Nie, to nie żywe trupy, żadne kościeje. Agnes jest zbytnią estetką na takie towarzystwo. To upory. Upiory, które trwają tylko po to, aby ją chronić. Nie jedzą, nie piją, nie śpią, nie oddychają, tylko trwają na straży. Tak, więc ludzie, dla których jurysdykcja nie ma znaczenia też nic nie poradzą. Dla tego wszystko to księdzu mówię. Bo jej nie dostaniecie. Musielibyście rozpętać całą wojnę, żeby dostać zamek Kornicza. Długą, krwawą i o niepewnym finale. A na to, gdzie jak gdzie, ale w Królestwie Polskim, nikt nie pozwoli. Wracając do Agnes, wiele więcej nie wiem. Mimo jakże bliskiej między nami zażyłości. Jej moc jest nieogarnięta nawet dla mnie. W ogromnej części samorodna. Jej źródło też jest dla mnie niejasne. Bo moc to z jednej strony jakże podobna do mojej, a jednak inna. I o ileż potężniejsza! A! Jeszcze jedno: byłbym daleki od przypisywania wybryków Kornicza urokowi Agnes. Ów raubritter jest raubritterem z powołania i wewnętrznej potrzeby. Czary Agnes zapewniają jej jedynie –nazwijmy to delikatnie –ogromną przychylność Kornicza i jego ludzi, oraz, w razie potrzeby to, że będą jej bronić do ostatniego tchnienia ostatniego wojownika. Okoliczny lud prosty za Zieloną Panią, jak ją nazywają, dały się poćwiartować i bez uroku. Tak jak za Kornicza. Jak ten daje im niekłamane oparcie, gdy potrzeba, tak ona leczy. Każdego, bez względu na majątek i stan. -Kochasz ty tą swoją Agnes… -Stwierdził duchowny. -Aby to wywnioskować, nie trzeba posiadać waszej praktyki i intuicji w czytaniu między wierszami. -Wiesz także o zamku Ostrężniku. -Tak. Ale tu wystarczy po prostu ruszyć głową. Niedostępna warownia, która nie figuruje na państwowych mapach, nie jest uwzględniona w królewskich rejestrach i nie jest wymieniona nawet w niezwykle rzetelnych i skrupulatnych spisach mistrza Jana z Czarnkowa. Do tego kiedyś przez kilka tygodni się tam kręciłem, obserwując, kto wjeżdża i kto wyjeżdża… Potem wystarczyło zestawić ze sobą zebrane informacje. Ni stąd, ni zowąd, przez okienko dobiegł głos; mocny, dudniący bas: -Wasza miłość, trzecia klepsydra właśnie się przesypała. -Już idę, Martello. Inkwizytor westchnął. -Tak, mój czas właśnie minął, i muszę się zbierać, zanim moi bracia inkwizytorzy zaczną mnie zbyt nachalnie szukać. -Cieszę się, że przyszliście, księże. Ale nie obawiacie się, hm, pewnych konsekwencji nadmiernej fraternizacji z moją parszywą osobą? -Jestem tu sekretnie. -Przecież po drodze musi ksiądz minąć tabuny straży, klech, i tym podobnych obiboków, na których dyskrecje trudno liczyć. -Niech cię o to głowa nie boli. –Odparł lodowato duchowny. –Potrafię zadbać o pewne kwestie delikatnej natury. Doskonale potrafię. Dzień XXXVII -Skąd brałeś heretyckie i kłamliwe księgi, plugawy sługo diabła? –Syknął Conrado Salighieri. -Już mówiłem. -Po raz kolejny z pełnym spokojem odpowiedział Adam deScorrio. –Głównie sprowadzał je dla mnie Wilhelm von Hohenburg oraz Gotfryd Wernerhagen. Pozostałe to prezent od Gillesa de Rais. Pozycja deScorria raczej nie sprzyjała spokojnym odpowiedziom –wyciągnięty na łożu sprawiedliwości, już tu i ówdzie poprzypiekany rozpalonym żelazem. -Bracie Conrado, wyczerpujące odpowiedzi na to i wcześniejsze wasze pytania znajdują się w aktach, o tu na stole. –Markidzianni niedbałym gestem urękawiczonej dłoni wskazał leżący przed sobą ogromny stos pergaminów i papierów. Mówił spokojnie, ale Adam doskonale słyszał wrzącą pod warstwą opanowania wściekłość. –Upraszam, więc po raz ostatni, o nie zadawanie tortur oskarżonemu, w wypadku pytań, na które ów już odpowiedział, a które to odpowiedzi nie pasują do waszego postrzegania herezji. Ponadto, zwracam uwagę trybunału, że przyzwolenie na tortury, wydane większością głosów, NIE OBEJMUJE pytań, na które oskarżony wyczerpująco odpowiedział, a które zostały dogłębnie zweryfikowane i potwierdzone. Wedle prawa, które wszyscy znamy, tu nie ma żadnej dyskusji i pola do interpretacji prawa! Wykładnia jest jasna i zamierzam dopilnować jej przestrzegania! Dymiącą wściekłość również usłyszał chyba chudy piemontczyk. Zrozumiał też –bo trudno było nie zrozumieć- ledwie skrywaną groźbę. Wprawdzie Conrado Salighieri dysponował władzą ogromna i jeszcze większymi powiązaniami, ale nawet przy jego pozycji otwarty konflikt z prawdopodobnym członkiem Wewnętrznego Oficjum, nie był czymś, czego ów by sobie mógł życzyć. Ale nie zamierzał też łatwo ustąpić pola: -Jesteście po stronie trybunału, czy tego plugawego heretyka? Odruchem zapaśnika przed walką, kanonik Markidzianni okręcił głowę. Rozległ się wyraźny trzask stawów w karku. -Jestem po stronie prawdy i prawa, bracie Salighieri! A jeżeli w to wątpicie, to zapraszam na weryfikację mojego powołania, moich kompetencji i kwalifikacji do Domus Veritatis! Tamtejsi bracia z pokorą i zrozumieniem wysłuchają naszych obiekcji i wątpliwości. Poczym nas rozsądzą. -Pax, bracia! Pax! –Rychło w czas wtrącił się przewodniczący trybunału. –Obydwaj bracia macie rację. Święty żar serca brata Conrado czyni go nieco zbyt zapalczywym, a wy bracie Andrea, trzymając się litery prawa, bywacie jednak zbyt wyrozumiali. Tuszę jednak, iż gorąca wiara i głębokie poczucie obowiązku pozwolą nam odnaleźć Aurea Medium. Do tego również służy ten trybunał. I tak właśnie będzie dobrze. Piemontczyk sapnął wściekle i dziarskim krokiem podszedł do swojego miejsca przy stole. Z fury papierzysk wydobył jakiś arkusz. -Mamy tu wiarygodne zeznanie dobrego chrześcijanina, że miejscowy aptekarz Joachim Stumberg zaopatrywał tego heretyka w magiczne drakwie i ingrediencje do czarów! Co na to powiesz, podły heretyku? –Zamachał nad oskarżonym pokrytą kleksami kartą i przy okazji szerokimi rękawami szaty, wypisz wymaluj, niczym sęp nad padliną. -Owszem, zaopatrywał mnie. W proszek przeciw wszom i syrop na kaszel. -Kłamiesz, psie! Kłamiesz, żeby ochronić swego kumotra! Kacie, przypieczcie go jeszcze, może zacznie sobie przypominać niecne handle z parszywym żydem! Markidzianni chrząknął i jak zwykle spokojnie podjął: -Kwestia pochodzenia drakwii i ingrediencji znalezionych w rzeczach oskarżonego, już została wyjaśniona i zweryfikowana jako prawdziwa. -Tak, ale zważcie, bracie Markidzianni, że być może ów przebiegły heretyk powiedział nam jedną prawdę, aby ukryć inną? ‘Cóż za porażająca logika’ Przemknęło przez myśl kanonikowi, ale Salighieri perorował dalej. -Ponad wszelką wątpliwość trzeba zbadać tą jakże ważną kwestię, czy ów kacerz i czarownik, poza oną wiedźmą nie miał innych wspólników w tym mieście, to do was szczególnie słowa skierowane- księże biskupie! A wy, szacowny bracie Markidzianni, którego zasługi w walce z herezją są niepodważalne i ogólnie znane! –Tu jego głos zabrzmiał aż nazbyt szczerą boleścią. -Przy całej swej mądrości, zbyt ufacie umysłowi i logice, podczas gdy prawdziwe zamysły Złego pojąć i zwalczyć można jedynie duszą i sercem! –Zakończył dramatycznie. DeScorrio, gdyby mógł, zabiłby mu brawo. Głos zabrał przewodniczący trybunału. -Przychylamy się do opinii brata Conrado. Badajcie, bracie, dalej. Przez połyskujące w kapturze oczy piemontczyka, przeleciała dzika satysfakcja. -Mistrzu, pozwólcie no z kleszczami. Oprawca wyciągnął z węgielnika jarzące się jasną czerwienią narzędzie. Kolejne słowa zwrócone już były do podsądnego: -Przypomniałeś sobie diabelski sługo, jak to było z tym aptekarzem? -Proszek na wszy i syrop na kaszel. -Znowu nie zostawiasz nam wyboru, o nieszczęsny! –Głos Salighieriego zabrzmiał dramatycznie. –Mistrzu, w wasze ręce… Kat zacisnął żarzące się szczęki kleszczy na wydatnym muskule z boku pod krawędzią klatki piersiowej. Dał się słyszeć syk, uniósł się dym i rozszedł fetor palonej skóry. Więzień nie krzyknął. Zacisnął tylko mocno zęby. Na czole wystąpiły żyły. Kat zacisnął mocniej i szarpnął. Obejmy kleszczy zeskoczyły z ciała. Tkwił w nich dymiący kawałek skóry. Wtedy pomocnik oprawcy przystąpił z rozpaloną z jednej strony sztabą żelaza i przytknął ją do krwawiącej rany. -Mów! -Powiedziałbym, żebyś pocałował mnie w rzyć, ale mógłbyś mnie zrozumieć zbyt dosłownie, ty żałosny sodomito. –Charknął deScorrio. Niestety, z powodu inkwizytorskiego kaptura zgromadzeni nie mogli zobaczyć wściekłej purpury, jaka wylała się na oblicze brata Salighierego. Z wyraźnym trudem powstrzymał się przed uderzeniem podsądnego. -Strappado! –Zaordynował przez zaciśnięte zęby. Katowscy pachołcy, wspomagani przez gwardzistów szparko odczepili więźnia od łoża sprawiedliwości. Kajdany w nogach przypięli do żelaznej obręczy wpuszczonej w podłogę. Z uprzednio skutych z przodu rak, zdjęli kajdany. W trakcie tej operacji każdą rękę deScorria trzymało oburącz po dwóch wyjątkowo rosłych i silnych drabów. Wiedzieli, co potrafi ów człowiek, kiedy ma wolne ręce. Skuli mu ręce z tyłu a do łańcucha zahaczyli krzepką konopną linę przewleczoną przez kółko wprawione w sufit. Dalej kina nawinięta była na okazały kołowrót, na sztywno przytwierdzony do podłogi. Kat z pomocnikiem poczęli kręcić korbą. Najpierw barki torturowanego podały się do przodu. Zaraz po tym stopy uniosły nad posadzkę, a kiedy naprężył się krótki łańcuch, ramiona powoli zaczęły wyłamywać się ze stawów i całe ciało wyprężyło się jak struna. Salighieri dał katu znak, aby ten zatrzymał torturę. -Idź się zabawiać z niedorosłymi chłopcami. –Wysapał podsądny. Chudzielec wydał z siebie jakieś nieokreślone warknięcie i skinął na kata. Zazgrzytała korba. Ciało podsądnego napinało się coraz mocniej. -Jeszcze jeden. –Sapnął kat na swoich pomocników. Natychmiast kolejny katowski czeladnik przystąpił do kołowrotu i chwycił za korbę. Stawy torturowanego powoli zaczęły się rozchodzić. Łokcie i ramiona. Kolana i biodra… -Wystarczy. Opuszczać. –Rozkazał ojciec Conrado. Ciało oskarżonego osunęło się bezwładnie na kamienie posadzki. Niespodziewanie ów, bardzo powoli, ale jednak samodzielnie począł wstawać. Wszyscy zgromadzeni zamarli. Widzieli wiele, ale czegoś takiego jeszcze nie. DeScorrio najpierw podciągnął nogi pod brzuch, potem z wielkim wysiłkiem dźwignął się na kolana, aż wreszcie wyprostował się całkowicie. Z całą mocą napięły się masywne muskuły pasa barkowego… I przy akompaniamencie obrzydliwego chrupnięcia wywichnięte stawy ramion wskoczyły na swoje miejsce. W mgnieniu oka do deScorria przypadli starannie dobrani i świetnie wyszkoleni gwardziści. Chwycili za głowę, ramiona i ręce. Obalili na posadzkę. Adam nawet się nie próbował się szarpać. Sił wystarczyło tylko, aby się podnieść i nastawić barki. I nie zemdleć przy tym. W momencie, w którym strażnicy obalili więźnia, kanonik Markidzianni gestem ręki pogonił swoich protegowanych. Ci w krótkich, dosadnych, żołnierskich słowach przeprosili gwardzistów i zakrzątali się przy nieszczęśniku. O dziwo, ten był cały czas przytomny. -Co za siła… -Wyszeptał niebotycznie zdumiony katowski mistrz, sam zbudowany jak zamkowa baszta. -Diabelska siła, mistrzu, diabelska siła! –Z zapamiętaniem krzyknął Conrado Salighieri. –Ale z pomocą Boga Wszechmogącego, tego trybunału i waszą, mistrzu, złamiemy ją! Na dany znak gwardziści i katowscy pachołcy pochwycili słaniającego się Adama i powlekli go na pręgierz… |
PARAPSYCHOLOGIA,DUCHY,NAWIEDZENIA,HORROR,OPOWIADANIA,STRASZNE HISTORIE,ZAGADKI,NIEWYJAŚNIONE,ŚWIADOME ŚNIENIE,DEMONY,I WIELE INNYCH RZECZY
sobota, 24 września 2011
Heretyk i Kanonik cz.2 3
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz