sobota, 24 września 2011

Heretyk i Kanonik cz.2 2


Proces
Dzień I
Machina kościelnej sprawiedliwości działała sprawnie. Kiedy tylko pełne gremium inkwizytorów zawitało do miasta, w ciągu jednego dnia dopełniono formalności prawnych w postaci ceremonialnego przekazania listów uwierzytelniających i kompetencyjnych, oraz dokonano wyboru miejsca na sąd. Siłą rzeczy był to tzw. plac katedralny ze względu na bezpośrednią bliskość katedry z jednej i ratusza z drugiej. Powierzchnię miał ogromną, stanowił centrum handlowe oraz pełnił funkcję miejsca wszelakich zgromadzeń –miejsce wypisz, wymaluj idealne pod każdym względem..
Na zapowiedziane zawczasu spotkanie, na które przybył niemal cały kler z miasta i okolic, miejscy oficjele wszystkich szczebli w komplecie, oraz całe tłumy wiernych, inkwizytorzy wygłosili pierwsze kazanie. Z namaszczeniem i wielką pompą ogłoszono pierwszy dzień procesu ohydnego heretyka Adama deScorrio, oraz powołując się na swoje uprawnienia i wspierając powagą urzędu, wezwali obywateli miasta do ujawnienia wszystkich znanych im heretyków, bądź tych, których o herezję można podejrzewać.
Następnie uroczyście sformowano pełen trybunał, zgodnie z obowiązującymi prawami zapraszając do niego miejscowego biskupa, oraz przełożonego najważniejszego lokalnego klasztoru. Wybór padł na opata klasztoru dominikanów, również ze względu na doświadczenie owego w zwalczaniu herezji.
Powołano przysięgłego notariusza, towarzyszących mu pisarzy, skrybów i pomocników, wraz z całym warsztatem pracy.
Zwołano ławników -‘viri probi’ -w liczbie dwunastu, rekrutujących się spośród najcnotliwszych, najpobożniejszych i najbardziej szacownych –czyli najbogatszych -obywateli miasta.
Ostatecznie, jako zwyczajowe ukoronowanie dnia, na wieczornej mszy, koncelebrowanej przez biskupa, inkwizytorzy proklamowali kolejny nieodłączny element procesu: czas łaski, ustalony tym razem na trzydzieści i trzy dni.
DeScorrio w swojej celi oddawał się medytacji i rozmyślaniom nad swoim życiem.
Rozmyślania przerwał mu jeden z wychowanków kanonika Markidzianniego, informując go o rozpoczęciu procesu. Więzień podziękował grzecznie.
Dzień II
Odrzwia celi otwarły się przy wtórze pisku nienatłuszczonych zawiasów. Trzech zakapturzonych zgodnie z protokołem inkwizytorów weszło do środka. Nieszczególny wzrost pierwszego, w połączeniu z niezwykle masywną budową i okulawieniem na lewą nogę, bezsprzecznie wskazywał na kanonika Markidzianiiego. Sprężyste sylwetki i sprawne ruchy pozostałych dwóch -na jego wychowanków. Na zewnątrz było aż gęsto od ludzi w blachach i kolczugach z orężem w rękach. Śmierdzieli potem i strachem, choć był ich tuzin, nie licząc stałej obsady więzienia. Co drugi dzierżył w rękach załadowaną kuszę.
-Witam, mości kanoniku. –Rzekł więzień, zanim inkwizytor zdążył się odezwać. –Przyszliście zabrać mnie na odczytanie aktu oskarżenia i popertraktować na temat, czy dam się zakuć w kajdany po dobroci?
-Zawsze podziwiałem twoją przenikliwość, deScorrio. No, więc jak?
-Oczywiście, pójdę po dobroci. Choć martwi mnie to, że ludzie gotowi sobie pomyśleć, że ten straszny deScorrio jednak wcale nie taki straszny. Cała moja reputacja legnie w gruzach.
Po tych słowach poszedł w kierunku wyjścia. Kiedy wyszedł, stanął w lekkim rozkroku i wyciągnął przed siebie ręce.
-Czyńcie swoją powinność, panowie żołnierze.
Gwardziści, ośmieleni osobą tak potężnego inkwizytora jak Andrea Markidzianni, sprawnie i szybko zatrzasnęli żelazne obręcze na nadgarstkach i kostkach więźnia. Chwycili go za barki i ramiona.
-Nie trzeba mnie szarpać ani wlec. Sam pójdę. –Warknął więzień.
Strażnicy spojrzeli pytająco na inkwizytora.
-Posłuchać go i ustawić szyk. –Sucho zakomenderował duchowny.
Zbrojni sformowali dwa rzędy z więźniem po środku. Kanonik stanął na czele kolumny.
-Znakomicie. Tylko pamiętajcie, co gorliwsi: jeżeli któryś go szturchnie- tu wskazał na osobę deScorria –to ja go szturchnę tak, że po Sąd Ostateczny nie zapomni. Idziemy.
Przez labirynt korytarzy i schodów pochód zmierzał do wyjścia z twierdzy. Gdy wyszli na dziedziniec, deScorrio, który od tygodnia nie oglądał słońca, musiał zatrzymać się i zacisnąć powieki. Osłonić oczu ręką nie mógł, bo nie pozwalał na to zbyt krótki łańcuch. Któryś ze strażników szarpną go brutalnie za ramię.
-Zostaw! Poczekamy. –Adam usłyszał głos księdza Andrei.
Więzień pochyliwszy głowę zamrugał kilka razy i zmrużywszy oczy do wąskich szparek, stwierdził:
-Jestem gotów.
-Idziemy.
Zbrojna kolumna podjęła swój marsz. DeScorrio zauważył, że dołącza się do nich jeszcze cała grupa młodych inkwizytorów Markidzianniego, oczywiście w tradycyjnych inkwizytorskich kapturach. Ci również ustawili się w dwóch rzędach i pomaszerowali za kolumną zbrojnych. Cały pochód przemierzył dziedziniec i wymaszerował przez bramę twierdzy.
Ulica miasta, prowadząca bezpośrednio na miejsce sądu na całej długości, po obydwu stronach, obstawiona była szpalerem wojska. Z okien, oraz spoza ramion i tarcz żołnierzy pospólstwo z wielką ciekawością przyglądało się idącej kolumnie. Panujący zgiełk, dla uszu więźnia, które ostatnimi dniami słyszały niemal wyłącznie ciszę więziennych murów, wydawał się nieznośnym hałasem. Do placu katedralnego na szczęście nie było daleko. Ledwie jakieś dwadzieścia minut wolnego marszu.
Dotarłszy wreszcie na miejsce sądu, idąc cały czas szpalerem gwardzistów, kondukt zatrzymał się dopiero przed długim stołem, za którym zasiadał trybunał w pełnym składzie. Jedno miejsce, bezpośrednio po prawej stronie przewodniczącego trybunału stało puste. Tradycyjnie było to miejsce przynależne głównemu inkwizytorowi śledczemu. W momencie, w którym cały kondukt stanął naprzeciw sędziów, kanonik Andrea zajął owe wolne miejsce.
Obok stały jeszcze dwa mniejsze stoły, a przy każdym dwóch skrybów. Rozmaitej maści kleryków, żołnierzy i rycerstwa kręciło się tu całe multum. Prowizoryczne barierki i kordon gwardzistów odgradzał masę gawiedzi od części sądowej. Jako, że posiedzenie już trwało, było względnie cicho. Nie jest rozsądne ani mądre przeszkadzać w pracy trybunałowi inkwizycyjnemu, zwłaszcza w tak niezwykle sławnym składzie.
Jeszcze nie było świadków i innych podsądnych, którzy z czasem na pewno się znajdą.
To był dzień Adama deScorrio.
Przewodniczący trybunału wstał i rozpoczął:
-Czy ty jesteś człowiekiem znanym jako Adam deScorrio? –Mówił głosem niezwykle donośnym, w sposób dostojny i namaszczony.
-Bez dwóch zdań to ja.
-Czy jest ktoś, kto bez wątpliwości potwierdzi tożsamość oskarżonego? –Dalej czynił zadość tradycyjnym procedurom przewodniczący.
-Ja potwierdzam. –Uniósł rękę ksiądz Andrea; dla postronnych obserwatorów po prostu potężnie zbudowany duchowny i główny śledczy- tak jak pozostali w dokładnie kryjącym twarz, szpiczastym kapturze.
-Jako, że potwierdzenie tożsamości przez członka trybunału wyklucza dalszą weryfikację, tożsamość podsądnego uznajemy za pewną. –Poinformował zgromadzonych ten sam inkwizytor.
-Miło mi. –Prychnął deScorrio.
-Oto akt oskarżenia skierowany przeciwko tobie, Adamie deScorrio, spisany na podstawie wieloletniego śledztwa i badania twych postępków. –Głos inkwizytora jeszcze przybrał na sile.
Dla jeszcze lepszego efektu, inkwizytor zrobił teatralną pauzę i wziąwszy głęboki wdech począł czytać z ogromnego, licznie opieczętowanego pergaminu.
-My, z łaski Boga Wszechmogącego, kościoła jedynego rzymsko-katolickiego, Ojca Świętego Eugeniusza IV, z woli Wielkiego Inkwizytora Wilhelma Merrici, na chwałę Bożą trybunał Sanctum Oficium, wobec dowodów śledztwa długotrwałego, zeznań świadków, etc, stawiamy tobie, Adamie deScorrio listę zarzucanych zbrodni następującą…
DeScorrio wiedział dobrze, że odczytywanie aktu potrwa dość długo i nawet nie udawał, że słucha. Preoracja nie obchodziła go kompletnie, zresztą jej punkty i podpunkty znał doskonale. Za to z ciekawością rozglądał się po zgromadzonej publiczności i śledził reakcje, jakie poszczególne zbrodnie w ludziach wywołują. Początkowo rozczarował się nieco, bo znakomita większość twarzy wyrażała doskonałą wręcz tępotę. Z resztą, gdy tylko jeden z drugim orientowali się, ze podsądny patrzy w ich stronę, natychmiast połami szat zasłaniali twarze i chybcikiem umykali na inne miejsce. DeScorrio uśmiechnął się pod wąsem do swoich myśli. ‘Jasne, przecież każdy wie, że tak straszny czarownik samym tylko spojrzeniem z czystej złośliwości może uczciwego chrześcijanina jakąś klątwą zaprawić.’
Początkowa część zbrodni była mocno oklepana: kacerstwo, wyparcie się wiary, bluźnierstwo, czarostwo, satanizm i jako taka nie budziła specjalnych emocji przyzwyczajonego do takich przedstawień miejskiego motłochu. Dopiero, gdy inkwizytor odczytywał zarzuty bardziej szczegółowe: przyzywanie demonów, zabójstwa łowców czarownic i członków straży inkwizycyjnej, składanie Szatanowi dzieciątek niewinnych, tłum zaczął przejawiać coraz większe zainteresowanie. Na pospolitych i co tu dużo gadać, niezbyt urodziwych i z reguły niedomytych mieszczańskich gębach malowało się to zdumienie, to niedowierzanie, to niekłamane przerażenie…
Ale kiedy inkwizytor doszedł do akapitu o obcowaniu cielesnym z sukkubami, Adam wyłowił w tłumnie, wychyloną z lektyki, niekłamanie piękną -pewnie szlachciankę, albo wyjątkowo bogatą mieszczkę- o pełnych, karminowych ustach i imponującym frontonie gorsetu. Ta twarz i wlepione w niego spojrzenie wyrażały chorobliwą wręcz fascynację. DeScorrio puścił jej perskie oko.
-Czy oskarżony zrozumiał treść dokumentu!? –Te słowa oderwały podsądnego od studiowania szczegółów fizjonomii pięknej nieznajomej, które ze względu na sporą odległość wymagało pewnego skupienia.
-Co? A, tak. Oczywiście! –Odpowiedział niefrasobliwie oskarżony i z wyrazem cielęcej niewinności w oczach popatrzył na przewodniczącego.
-Czy przyznajesz się do zarzucanych ci zbrodni przeciw wierze i ludziom?
-Ni ch… To jest, chciałem powiedzieć, że…
W tym momencie w słowo oskarżonemu wszedł ów mocarny duchowny zasiadający w trybunale jako pierwszy śledczy.
-Moim protokolarnym pensum jest powiadomienie cię, oskarżony, że wedle 
prawa, dopóty, dopóki trwa czas łaski twoim prawem jest nie odpowiadać na tak postawione pytanie.
-Dziękuję, wasza inkwizytorska miłość. Niniejszym korzystam z tego prawa.
Skrzypnęły po pergaminie pióra skrybów.
Teraz, realizując kolejny punkt protokołu z miejsca wstał inny członek trybunału i suchym, jakby trzeszczącym głosem ogłosił:
-Mam obowiązek zakomunikowania ci, heretyku, iż, jako że wczoraj rozpoczął się twój oficjalny proces, zgodnie z obowiązującymi z miłościwej woli Ojca Świętego Eugeniusza IV i Wielkiego Inkwizytora Wilhelma Merrici procedurami, masz prawo sporządzić teraz listę twoich wrogów, których ewentualne zeznania mogą zostać przez trybunał poddane surowej krytyce, albo nawet całkowicie pominięte.
Więzień skrzywił się.
-Z całego serca dziękuję i niniejszym zrzekam się tego przywileju.
‘Bo wiem ile w moim konkretnym przypadku on jest warty’ przemknęło mu przez myśl ale głośno tego nie powiedział.
Głos znów zabrał przewodniczący:
-W nawiązaniu do wczorajszego kazania, po raz wtóry ogłaszam wszem i wobec, że heretycy zgłaszający się bez wezwania do trybunału i odwołujący tu swe błędy, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności, poza zwykłą pokutą konfesjonału i nie mogą już być ścigani przez władze świeckie. Unikną w ten sposób jakichkolwiek konsekwencji prawnych, ale jako nawróceni zobowiązują się do trwania w wierze, a także do jej obrony, a więc między innymi do współpracy z inkwizytorami w zwalczaniu herezji; w przeciwnym wypadku - zgodnie z postanowieniami synodu w Tarragonie - znów staną się podejrzanymi. Nadmienić jeszcze muszę, że w nadzwyczajnej sytuacji, jaką jest twój przypadek, Adamie deScorrio, powyższa łaska traci swoją moc prawną. Przysługuje ci -jedynie w wypadku skorzystania czasu łaski to jest: ukorzenia się przed majestatem kościoła, wyznania win i wyrzeczenia się błędów herezji –z łaski trybunału nadzwyczajne złagodzenie kary.
-Pojąłem.
-A więc, razem z dniem dzisiejszym, czasu łaski pozostało jeszcze dni trzydzieści i dwa. Czy oskarżony ma jeszcze coś do powiedzenia?
-Absolutnie nie, proszę miłościwego trybunału.
Siedzący po lewej stronie przewodniczącego, przygarbiony, mikrego wzrostu inkwizytor, na którym habit wisiał jak na strachu na wróble, w którym deScorrio domyślił się Conrada Salighieri, niespodziewanie silnym i niepasującym do swojej fizjonomii głosem zakomenderował:
-Straż, odprowadzić oskarżonego w miejsce odosobnienia.
To również było również usankcjonowane prawnie: heretycy tak wyjątkowo niebezpieczni jak Adam deScorrio nie przebywali poza miejscem uwięzienia dłużej, niż to absolutnie niezbędne. De facto cały jawny proces odbywał się bez nich. Z ich udziałem odbywała się część niejawna, czyli w sali tortur. Aresztant doskonale wiedział, że niewykluczone, iż nie zobaczy słońca nawet w dniu ogłoszenia wyroku. Głównie dla tego, że pewnie nie będzie w stanie a na świeże powietrze oprawcy wyprowadzą go dopiero w dniu egzekucji.
Tą samą drogą, tak samo szpalerem zbrojnych, kondukt gwardzistów i kleryków Markidzianniego odprowadził podsądnego do celi.
Na miejscu, nie mając duchowego wsparcia znamienitego inkwizytora, strażnicy nie ośmielili się zdjąć więźniowi kajdan.









Dzień III
DeScorrio cierpliwie czekał na kanonika. A gdy ten wreszcie przyszedł, ucieszył się szczerze.
-Witam, księże. Myślałem, że już nie zawitacie na moje pokoje.
-Gdzieżbym mógł. Nie zdążyliśmy przedyskutować kilku kwestii. A dzisiaj to prawdopodobnie jedna z ostatnich, jak nie ostatnia okazja, żebyśmy mogli w spokoju porozmawiać. Proces ruszył, przywala mnie natłok obowiązków, no i jesteś też pewnie świadomy, że inni inkwizytorzy mogą niechętnie patrzeć na nasze pogawędki.
Adam pokiwał ze zrozumieniem głową. W tym wypadku sformułowanie „niechętnie patrzeć”
Mogło oznaczać bardzo wiele. Wprawdzie kanonik, z racji przynależności do Wewnętrznego Oficium i innych piastowanych godności był w zasadzie nie do ruszenia przez kolegów po fachu, ale cóż, nie mógł nadużywać swoich przywilejów i jawnie nie stosować się do obowiązujących praw.
-Właściwie, po rozpoczęciu procesu, bez świadków w ogóle nie powinienem się z tobą spotykać. Tym razem jeszcze coś sensownego wymyślę, żeby papieskiej kancelarii ulżyć w przewalaniu raportów i donosów na moją skromną, nic nieznaczącą osobę, ale, jak już wspomniałem, przypuszczalnie to nasze ostatnie spotkanie w cztery oczy.
-Domyślałem się tego.
DeScorrio Podniósł z barłogu dwa podarowane mu przez kanonika koce, złożył każdy z nich na cztery i ułożył na podłodze. Kajdany trochę mu przeszkadzały, ale nie miał problemów z poradzeniem sobie.
-Usiądźmy, księże, bo nam nogi zdrętwieją. – Poczym usiadł po turecku na swoim kocu. Duchowny poszedł w jego ślady. Kaganek postawił pomiędzy więźniem a sobą.
-Nie mieliśmy czasu dokończyć kilku kwestii naszych, jakże interesujących konwersacji. Jeszcze trochę pytań mnie nurtuje. Przede wszystkim, skąd w ogóle wiecie o Domus Veritatis?
-Teraz już tam chyba jednak nie trafię?
Kanonik zmrużył oczy.
-Nie bądź taki cwany, deScorrio. Bo w celu przetransportowania cię do Domus Veritatis zawsze, w każdej chwili- nawet na ćwierć pacierza przed egzekucją, mogę przerwać twój proces. A tam ojcowie dominikanie mają swoje metody nawet na twardszych od ciebie. Metody, na które twoje umiejętność blokowania odczucia bólu pomogą ci jak umarłemu kadzidło. Nazwa opactwa, zważ, nie wzięła się z powietrza. Poza tym mamy pewną umowę, przypominam. Nie powiesz mi, powiesz to tam. Ażeby ułatwić ci podjęcie decyzji, powiadamiam, że już jedną nogą jesteś w drodze.
-Ktoś kiedyś mi powiedział: „jeżeli miałbyś tam trafić, to połknij swój język. Albo przegryź sobie żyły. Tak będzie lepiej.” –Oświadczył Adam bardzo spokojnie, ale uwadze Andrei nie umknęło nikłe drgnięcie ust i znikome, trwające mgnienie oka rozszerzenie źrenic.
-Kto.
-Towarzysz broni z czasów bitwy pod Orleanem.
-Nadużywasz mojej cierpliwości, Adamie. –Głos duchownego nie zmienił się ani na jotę, -Pytam, więc po raz wtóry i ostatni: kto?
-Ktoś, kto tam był…
Kanonik zamyślił się głęboko. Poczym, po dłuższej chwili, bardziej stwierdził, niż zapytał:
-Ośmiostopowy moloch o posturze bardziej tytana, niż człowieka. Długie, ciemne, ale nie czarne włosy, jasne, lecz bliżej nieokreślonego koloru oczy, regularne rysy, znakomite maniery… Świetny szermierz, nieprawdopodobnie sprawny, potwornie silny, wszechstronnie wykształcony, niezwykle oczytany –wręcz erudyta…
-Znałem go pod imieniem Anton. Jak nazywa się naprawdę- nie mam pojęcia.
-Skąd go znasz?
-Jak już nadmieniłem, walczyliśmy ramię w ramię pod Orleanem i w wielu innych bitwach pod rozkazami Gillesa de Rais i marszałka „Ira Dei” Le Hira. Tam się pokumaliśmy. Później jeszcze kilka razy spotkałem go na zamku Tiffauges. Ostatni raz jakieś trzy lata temu. Potem wyjechał i ślad po nim zaginął.
-Tak, był w Domus Veritatis i to nawet dwukrotnie. Najpierw, jako dominikanin, potem jako więzień. Jeden jedyny, któremu kiedykolwiek udało się stamtąd uciec, ale to było ponad dwadzieścia lat temu… A jako mnich, jeszcze z dekadę wcześniej… Na jaki wiek wyglądał?
-Bo ja wiem? Tak na najwyżej trzydzieści i to znakomicie utrzymane trzydzieści, nie więcej. Śladu siwizny, zmarszczek, doskonałe zęby… -Tu więzień urwał i pogrążył się w myślach. Widać było, że próbuje sobie coś przypomnieć. Faktycznie, po namyśle podjął watek. - Zaraz, zaraz… Często w rozmowach z Gillesem i mną, opowiadał o bitwach pod Tannenbergiem, Askalonem, Rogami Hattin, Bannockburn, ujściem Warnawy, czy Poities, tej z Roku Pańskiego siedemset trzydziestego drugiego… Opowiadał zupełnie jakby… Jakby tam był…
-Coś jeszcze o nim wiesz? Muszę wiedzieć absolutnie wszystko.
-Słowo heretyka, że niewiele. Poza tym, co powiedziałem, pewnie mniej niż wy. Ot, że parał się wiedzą tajemną, szczególnie nekromancją. Że drapnął z Domus Veritatis, ale absolutnie nigdy o tym, co tam doświadczył nie wspominał. Nawet jednym słowem czy aluzją- poza sentencją, którą wam w całości przytoczyłem. Tyle. Od siebie mogę dodać, że w obyciu bardzo miły i taktowny człowiek. Co ciekawe, straszny w boju, poza polem bitwy jakąkolwiek przemoc traktował jako ostateczność i bardzo nie lubił szafowania ludzkim życiem. No, jeszcze może to, że i on, przy całej swojej wiedzy, nie był nieomylny…
-Co macie na myśli?
Adam uśmiechnął się do swoich wspomnień.
-Kiedyś na zamku Tiffagues, pod pozorem ćwiczeń z ciężką bombardą –taką na pół wiadra prochu, eksperymentowaliśmy z zaklęciem „Kugelblitz”. Celem miał być zdezelowany wóz taborowy. Inkantacja, owszem mu się udała, grom ściągną mocny jak zaraza. Ale ten… -Więzień teatralnie zawiesił głos.- …Zamiast w wóz, wyrżnął w zamkową chlewnię. Gnojówka i flaki wyfrunęły nawet poza zamkowe mury. Baron nie był specjalnie zachwycony.
Inkwizytor wyobraził sobie możnowładczą, wypieszczoną siedzibę od odsadzek po dachówki obryzganą świńskimi odchodami oraz upstrzoną girlandami jelit i zaniósł się szczerym, niewymuszonym śmiechem. Ale szybko spoważniał.
-Nie wspominał o niczym, co mogłoby podpowiedzieć gdzie się udaje?
-Wspominał.
-Twoja bezczelność zaczyna przekraczać granice dobrego smaku.
-Do Tybetu. To chyba nieco poza granicami waszej jurysdykcji. –Skomentował z jadowitą satysfakcją i natychmiast tego pożałował napotykając wzrok inkwizytora.
-Obydwaj wiemy, że są pewni ludzie, dla których jurysdykcja nie ma znaczenia…
DeScorrio zamknął się i miał ochotę podjąć próbę ugryzienia się w zadek.
Inkwizytor bacznie obserwował więźnia.
-Jesteś absolutnie pewien?
-Tak.
Dusza deScorria skręcała się ze strachu. Absolutnie nie okłamał inkwizytora, nie próbowałby nawet, bo wiedział, że ten człowiek ma wręcz nienaturalny dar wyczuwania kłamstwa. A nie miał wątpliwości, że gdyby został na kłamstwie przyłapany, nieodwołalnie skończyłoby się to podróżą w Alpy w jedną stronę. Nie okłamał go, ale nie powiedział też całej prawdy… Że Tybet nie był celem ostatecznym Antona. Gdyby padło jeszcze jakieś pytanie o cel podróży rzeczonego, musiałby odpowiedzieć a bardzo tego nie chciał. Miał świadomość, że jeszcze dzisiejszego dnia pomknęliby gońcy do Domus Veritatis z informacją arcyważnej kategorii…
-Tybet jest ogromny. Wiecie konkretnie, w jaką część Tybetu mógł się udać?
Adam, gdyby mógł, najchętniej odetchnąłby z ulgą. Na tak sformułowane pytanie mógł odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
-Nie.
Oczy kanonika mierzyły więźnia.
‘Jak wymierzone we mnie lufy hakownic… Kiedy wystrzelą?’
-On powiedział ci o mojej jakże zaszczytnej przynależności? Nawet dla hierarchów i moich braci inkwizytorów, którzy będą ze mną prowadzić twój proces, to tylko blade podejrzenie. A ty wiesz.
-Tak.
-No to mam rozwiązanie kolejnej nurtującej mnie zagadki.
Ni stąd, ni zowąd ksiądz uśmiechnął się i wydobył spod habitu pękaty gąsiorek.
-Golnij sobie. Tylko ostrożnie.
Golnął. Oczy omal nie wyszły mu na wierzch, poczerwieniał a oddech uwiązł mu w piersiach.
-Oż… Co to jest?
-Eau la vie. Wynalazek mnichów z południowego zachodu Francji. Z jabłek.
-Ale dobre. Mocne jak sama zaraza. Pyszności. Gdybym jeszcze miał okazję, pewnie zamieszkałbym na południowym zachodzie Francji, został pijakiem i zapił się tym specjałem na śmierć. Więc myliłem się: jednak jest coś dobrego, co ludzkość zawdzięcza kościołowi.
Kanonik nie skomentował, natomiast pociągnął sążnisty łyk.
-Co byś robił w życiu, gdybyśmy cię nie pojmali? –Zagadnął.
-Oczywiście to, co dotychczas. No i brał udział w każdej wojnie, na którą bym się załapał. Nic tak nie koi skołatanych nerwów, jak dobra mediolanka na grzbiecie, solidny ogier pod zadkiem, morgensztern w garści i warkot werbli przed bitwą.
-Wiem, że sporo walczyłeś. –Podjął temat duchowny, podając więźniowi gąsiorek. -Ja też, jakkolwiek moje odczucia na temat zestawienia bitwy i kojenia nerwów są nieco inne. Wspomniałeś o Orleanie. Byłeś tam w bezpośredniej obstawie Joanny. Opowiedz mi o tej bitwie.
Adam znów pociągnął tęgo, a kiedy odzyskał oddech, uśmiechną się do wspomnień.
-Ech, oczywiście pamiętam Orlean chwila po chwili… W pewnym momencie zostaliśmy pod sztandarem tylko chorąży deVrinal, Joanna, jej przyboczny i osobisty ochroniarz Jan z Aulon, Le Hire, Anton, Gilles oraz ja. Wszyscy bez koni. Zanim dotarła do nas odsiecz, otaczał nas istny wał trupów i dogorywających. Antonowi złamał się miecz i wyrzynał ciężkozbrojnych piechurów dwoma puginałami. Ja ledwo mogłem utrzymać korbacz w ręku, tak drzewce było mokre od krwi. De Rais walczył na dwa! Jan i Gilles cały czas osłaniali Joannę… To było coś niesamowitego. Coś, czego nie da się opowiedzieć… Ależ to była dzika jatka! W nocy, kiedy wreszcie wydostałem się ze zbroi, moja przeszywanica była całkiem sztywna –tak była przesiąknięta krwią, choć ja nie byłem nawet draśnięty. Kurwa, lepiej byłoby dla niej, gdyby wtedy zginęła, tak jak kilka godzin wcześniej hrabina Le Hire, siostra marszałka… Przecież ten skurwiel delfin nawet nie kiwnął palcem, żeby ją ratować. A myśmy mogli, lecz nam nie dano szansy…-Tu deScorrio zamilkł i pogrążył się we wspomnieniach.
Kanonik nie przerywał mu tej chwili zadumy.
-A wie ksiądz, co było najbardziej niesamowite? Ano, to, że ten wcielony anioł w swoim najbliższym otoczeniu miał pięć oszalałych potworów: swego przybocznego -Jana, wielkiego marszałka -Le Hira, swą prawą rękę i człowieka do bardzo specjalnych poruczeń -De Raisa z jego towarzyszami -Antonem i mną. Z tego trzech zaprzedanych Ciemności, którzy wtedy pod Orleanem, gdy byliśmy pewni, że już po nas, modliło się do Niego… A przy niej… Przy niej byliśmy… Byliśmy… -Oczy mu się zamgliły; więzień znów odpłynął w świat swoich myśli. Pewnie wracał do chwil wielkiej glorii i chwały.
-Ludźmi. –Dokończył za niego duchowny.
-Tak, ludźmi… -Potwierdził ledwie słyszalnie. –Widzę, że ksiądz naprawdę rozumie. Anton się nie mylił… -Tu urwał i zamilkł. Na długo.
Duchowny i to uhonorował, cierpliwie czekając aż jego rozmówca wróci do tego świata. Faktycznie, w końcu mgła rozwiała się w oczach niegdysiejszego bohatera wojennego.
-Przy niej nie dało się nie być człowiekiem. –Skwitował.
Kanonik chciał coś powiedzieć, ale w tej samej chwili rozległo się gwałtowne pukanie w drzwi. W panującej ciszy głośne niczym wystrzał z bombardy.
-Tak? Rzucił w stronę okienka inkwizytor.
-To ja, Lorenzo, wasza miłość. Pokornie przepraszam, że ośmielam się przeszkadzać, ale bracia inkwizytorzy proszą waszą miłość.
-Cholera, muszę iść. Postaram się jeszcze cię odwiedzić. Jest jeszcze tyle pytań… -Poczym w stronę okienka: -Otwórz, Lorenzo.
Natychmiast wykonano polecenie, ale kanonik już stojąc w progu raz jeszcze zwrócił się do więźnia:
-Ty, to pierwszy. Anton, to drugi. A trzeci?
-Niechże ksiądz uszanuje mój intelekt i nie wciska mi ciemnoty, że nie wie.

Dzień IV-XXXII
Czas łaski. Okres namysłu. Trwał nie mniej jak trzydzieści dni, ale często przeciągał się na dwa, czy nawet trzy miesiące, a poświęcony był szeregowi misji, publicznych konferencji i dysput najlepszych teologów o prawdach wiary i błędach herezji. Tutaj o jakimkolwiek przeciągnięciu nie mogło być mowy, albowiem już pierwszego dnia został odgórnie określony. Wszelakich teologów, uczonych w prawie kanonicznym legistów, kościelnych delegacji i tym podobnych, jak zwykle w przy takich okazjach, nazjeżdżało się, co niemiara.
Trwał korowód publicznych samooskarżeń, odpustów, modłów, prelekcji, zażartych dyskusji, pokut…
Na inkwizytorskich stołach, jak przewidział deScorrio, piętrzyły się stosy informacji, zeznań i niezliczonych donosów…
Kanonik Andrea Markidzianni, mimo najszczerszych starań, nie mógł sam odwiedzić aresztanta. Każdego dnia któryś z jego wychowanków poprzez okienną kratę w drzwiach celi pytał więźnia, czy ten nie prosi o doprowadzenie przed trybunał. Ten grzecznie, ale uparcie odmawiał.

Dzień XXXIII
Przyszedł ostatni dzień czasu łaski. Na placu katedralnym i w twierdzy inkwizytorzy mieli huk roboty. Trybunał ogłosił, że o ile do północy Adam deScorrio nie skorzysta z czasu łaski, dalsza część postępowania w jego sprawie toczyć się będzie w trybie tajnym. Z resztą, jak na potrzeby krwi żądnej gawiedzi, spraw do prowadzenia w sposób jawny będzie wystarczająco. Oczywiście nie wszyscy podli kacerze zechcieli skorzystać z niezmierzonej dobroci braci inkwizytorów i dobrowolnie poddać się konfesjonalnej pokucie. Po tych sięgnie mocarna ręka prawa. Nieuchronnie zbliżał się czas orki na ugornej niwie, a potem okrutnego żniwa.
Kończył się czas łaski, zaczynał czas gniewu.
DeScorrio nie poprosił o doprowadzenie przed trybunał.

Dzień XXXIV
Duża sala w lochach pod zachodnim skrzydłem cytadeli oświetlona była tak, że było niemal tak jasno jak w południe słonecznego dnia. Na sali tłoczno. Za długim stołem zasiadało dostojne, zakapturzone inkwizytorskie gremium w liczbie siedmiu głów.
Pod ścianami i przy drzwiach stały liczne straże.
Dwóch skrybów trzymało już w dłoniach pióra i wygładzało łokciami przygotowane arkusze.
Pomiędzy koszmarnymi urządzeniami i paleniskami pełnymi rozżarzonych węgli kręcili się katowscy pachołcy doglądając narzędzi i czyniąc ostatnie przygotowania. Oczywiście było to całkowicie zbędne- wszystko idealnie gotowe było na długie godziny przed przybyciem inkwizycyjnych śledczych- po prostu należało to do tradycyjnego rytuału.
Sam mistrz małodobry cierpliwie czekał na swoje wielkie chwile stojąc obok stołu inkwizytorów.
Nie brakowało też na sali młodych podopiecznych inkwizytora Markidzianniego, którzy poza funkcją specjalnej ochrony inkwizytorów, pełnili również funkcje medyków. Towarzyszyło im kilku terminatorów ze świty Conrado Salighieriego. Zajmowali specjalnie dla nich przeznaczoną ławę.
Inkwizytor siedzący po środku wstał i gromkim głosem zakomenderował:
-Wprowadzić oskarżonego!
Bez skrzypnięcia otworzyły się drzwi i ośmiu drabów wprowadziło skutego heretyka. Był już przygotowany do badania, a więc nagi i całkowicie pozbawiony owłosienia. Ale w odróżnieniu od znakomitej większości ludzi w jego sytuacji nie wyglądał nawet za grosz żałośnie. Nagość nie krępowała ani nie onieśmielała go na jotę nawet. Ba, wydawał się wręcz dumny z obnażonego, sękatego od muskułów ciała. Szedł prosto, na tyle na ile pozwalał krótki łańcuch między kostkami –pewnie i z tym ledwie widocznym, przemykającym po kącikach ust cynicznym grymasem. Otoczony kordonem straży, stanął vis a vis śledczych.
Ten sam duchowny ogłosił wobec zgromadzonych:
-Otwieram pierwszy dzień badania człowieka posługującego się imieniem i nazwiskiem Adam deScorrio. Lista zarzutów jest następująca…
W miarę jak inkwizytor po raz pierwszy czytał –pełny tym razem -akt oskarżenia, co niektórzy ze składu śledczego aż kręcili z niedowierzaniem głowami, mimo, że już z grubsza go znali przecież znali. Oskarżony tymczasem, jak uprzednio, zdawał się sprawiać wrażenie jakby cała rzecz jego nie dotyczyła. W końcu ów skończył odczytywanie trzymanych w rękach pergaminów i donośnie zapytał:
-Czy ty, Adamie deScorrio, przyznajesz się do zarzucanych zbrodni i występków?
Skrzypnęły pióra skrybów.
-Właściwie tak. -Rzuci swobodnie więzień.
Na chwilę zapadła cisza zakłócana tyko potrzaskiwaniem węgli w paleniskach.
Któryś ze zgromadzonych inkwizytorów krzyknął na skrybów:
-Zaprotokołować, że oskarżony przyznał się do wszystkich zarzucanych mu zbrodni!
-Niech wam będzie, że do wszystkich. Tak będzie prościej i oszczędzi wszystkim zbędnej fatygi.
Ten sam, już mniej egzaltowanie polecił:
-Zapisać, że potwierdził!
Siedzący po sąsiedzku pochylił się w jego stronę i szepnął doń kilka zdań, a do pisarzy rzucił krótko:
-In extenso!
Tymczasem ten po środku odkaszlnął i dostojnym, namaszczonym głosem zadał kolejne pytanie:
-Kiedy i jak poszedłeś drogą ciemności?
Podsądny zastanowił się kilka chwil.
-To było na polu bitwy niedaleko Le Mans. Wpadliśmy wtedy niespodziewanie na zagon hobiliarów. Zostałem raniony toporem w ramię. Obaliłem się z konia. Kiedy otworzyłem oczy, było po bitwie. Czułem, że umieram. Ujrzałem wtedy na pokrytym trupami polu samotnego jeźdźca. Odziany był całkowicie na czarno, w czarnych blachach na karym konisku w czarnym kropierzu i takich, że ladrach. Na kropierzu wyszyte złotem i purpurą odwrócone krzyże. Na tarczy szkarłatny, jakby krwią wyrysowany pentagram. Podjechał do mnie. Poczułem wyraźny zapach smoły i siarki. Poprzez szpary hełmu wyraźnie widziałem gorejące czerwono oczy. Wyciągnął do mnie pancerną lewą rękę i odezwał się grzmiącym głosem: „wybrałem ciebie, abyś mi służył ciałem i duszą aż po swoje ostatnie tchnienie! Twoja dusza jest moja Adamie deScorrio i zawsze nią była. Będziesz studiował czarną magię, nakłaniał do herezji niewinnych i nurzał się w nieprawości ku mojej chwale!”. Straciłem przytomność, a kiedy ją odzyskałem, byłem w pełni sił a zadana mi niemal śmiertelna rana znikła bez śladu. Ja byłem już zupełnie kimś innym. Tak to się zaczęło…
Zacięcie skrobały pióra skrybów. Inkwizytorzy, jak ogłuszeni tak straszliwym wyznaniem milczeli.
-Kto współdziałał z tobą w twoich diabelskich praktykach? –Zapytał w końcu ten, co zwykle.
-Domingo Servantes y Garcia, hiszpański astrolog.
Miarowo poskrzypywały pióra a jeden z podopiecznych księdza Markidzianiego chrząkną cicho i powiedział:
-Za pozwoleniem waszych świątobliwości…
-Tak, młodzieńcze?
-Nadmieniony heretyk trzy miesiące temu został skazany na stos przez trybunał w Kordobie.
-Ktoś jeszcze?
-Wilhelm Konrad von Hohenburg, alchemik z Magdeburga.
Tenże sam młody inkwizytor, gdy tylko heretyk skończył, już niepytany, natychmiast rzekł:
-Wilhelm Konrad von Hohenburg blisko rok temu zszedł podczas przesłuchania przed magdeburskim inkwizytorem.
-Istvan Sabo, węgierski nekromanta.
-Istvan Sabo spłonął w Belgradzie już blisko pięć lat temu.
- Konrad Wernerhagen, czarnoksiężnik z Monachium.
- Konrad Wernerhagen popełnił samobójstwo tuż przed aresztowaniem dwa lata temu.
Dostojny i namaszczony głos, tym razem zdradzający już pewne nutki irytacji zapytał inaczej:
-Kto z żyjących jeszcze heretyków współdziałał z tobą w twoich diabelskich praktykach?
A wtedy gromem przetoczyły się przez salę słowa, po których na długą chwilę zapadła martwa cisza:
-Gilles de Rais, baron Tiffauges.
Descorrio obserwował, jaki efekt wywarły jego słowa. Na dostojnym trybunale zapanował chwilowy chaos. Zgromadzeni zaczęli nagle wszyscy naraz mówić jeden przez drugiego podniesionymi głosami, żywo przy tym gestykulując. Dwie osoby się nie włączyły w chwilowy rozgardiasz. Pierwszą był Andera Markidzianni, który siedział spokojny i absolutnie nieporuszony z rękoma skrzyżowanymi na piersiach.
‘Wiedziałeś, stary, chytry lisie. Wiedziałem, że wiedziałeś! Ty i Wewnętrzne Oficjum. Już pewnie dawno za nim węszyliście. Ale cię przechytrzyłem, choć jeszcze tego nie wiesz, i nie wiesz, dla czego.’ -Adam w myślach uśmiechnął się do siebie.
Drugą osobą natomiast -rosły i korpulentny duchowny, który pochylił się mocno do przodu i wsparłszy brodę na dłoniach wbił spojrzenie w podsądnego. Nie umknęło to uwadze owego. Nie wiedzieć, czemu, heretyk domyślał się w nim Jana Blonyn.
Tenże cierpliwie poczekał, aż jego towarzysze przycichnął nieco, poczym cichym, matowym głosem spytał:
-To bardzo poważne oskarżenie Adamie deScorrio. Czy jesteś pewien i możesz poprzeć je jakimiś przesłankami?
-Wasza inkwizytorska miłość. Znam marszałka od wielu lat. Walczyłem razem z nim pod rozkazami hrabiego LeHire. Całymi miesiącami gościłem w twierdzy Tiffagues, widziałem, co tam się działo. Popytajcie tylko tamtejszą ludność. Odpowiedzą wam, ze na zamku zamieszkał diabeł. Wiem, lud prosty mówi tak, o co drugim możnowładcy, który ich gnębi. Ale w tym wypadku nie mylą się wiele. Opowiedzą wam o przepadających bez wieść całymi dziesiątkami młodych dziewczętach i dzieciach. O nocnych eskapadach barona po włościach, po których zawsze ktoś znika. O tym, co dzieje się wewnątrz murów, oczywiście wam nie powiedzą. To powiem wam ja. Baron, ze względu na moją wiedzę, praktyki i jako dawnemu towarzyszowi broni darzył mnie bardzo daleko idącym zaufaniem. W związku z tym na własne oczy widziałem wiele z tego, co działo się na jego zamkach.
Niejako delektując się wrażeniem, jakie wywołał, deScorrio ciągnął dalej:
-Baron oddaje cześć Lucyferowi i para się czarną magią. W twierdzy odbywają się orgie tak wyuzdane, że moje własne ekscesy to nawet niegodne wzmianki incydenty. Dzikie orgie u stóp podobizny Bafometa, na których wychwala się imię Księcia Ciemności. Na jego dworze gości od dawna poszukiwany przez was florentczyk, Francesco Prelati, kapłan Lucyfera i kilku innych znacznych wyznawców Zła. Wiem to, bo widziałem go tam, tako jak i was widzę. Odbywają się tam regularne czarne msze. Składane są tam na nich ludzkie ofiary, ale tego akurat z całkowitą pewnością poświadczyć nie mogę, bo pryncypialnie nigdy w takich obrzędach nie brałem udziału. Wiem jednak z całą pewnością, że pracują nad czarnoksięską –nie alchemiczną, wersją kamienia filozoficznego –jak na razie bezskutecznie, oraz nad czarnomagicznym eliksirem młodości –z całkiem dobrymi i obiecującymi efektami. Eliksiru jako takiego nie wyekstrahowali, jednakże uzyskali napój, który wprawdzie nie odmładza, ale przywraca siły witalne, znakomicie zwiększa krzepę i moce męskie. Jednorazowe działanie utrzymuje się przez kilka tygodni, a czasami nawet dobrze ponad miesiąc. Sądzę, że uczeni i doświadczeni inkwizytorzy, tacy jak wasze miłości, doskonale wiedzą, jakich substratów wymagają takie badania –i to w dużych ilościach. To samo dzieje się w dwóch innych zamkach barona Champtoce i Machecoul. Wystarczy tylko tam poszukać i to z grubsza a dowodów będziecie mieli tyle, że wystarczy, aby skazać de Raisa i jego towarzyszy, nie raz, ale po wielokroć. Kończąc mój wywód: baron i jego świta, to jedyni jeszcze żyjący heretycy, których jestem w stanie wskazać.
Gdy deScorrio skończył, na sali po raz kolejny panowała kompletna cisza. Kompletna. Nawet skrybowie zamarli przerażeni tym, co usłyszeli. Zdawało się, że z wrażenia nawet węgiel przygasł w żelaznych koszach.
-Czy osobiście braliście udział w praktykach barona? –Zapytał ten sam matowy głos Jana Blonyn.
-Poniekąd już odpowiedziałem na to pytanie. W jednych tak, w innych nie. Brałem udział w orgiach, eksperymentach z czarnoksięskimi zaklęciami i niektórych pracach alchemicznych. W krwawych ofiarach natomiast, oraz próbach stworzenia kamienia filozoficznego i eliksiru młodości –absolutnie nie. Jakim bym sam nie był potworem, są rzeczy, którymi się brzydzę i do których ręki nigdy nie przyłożę.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz