IV Dzień V Kiedy inkwizytor wraz ze swoim stałym towarzystwem wkroczył do celi, aresztant już nie spał. -Jakież to radosne wieści mi przynosicie, księże kanoniku? -Radosnych, żadnych- jak się trafnie domyślasz. No, chyba, że ucieszy cię wieść, że ostatniej nocy, ku chwale kościoła i owieczek pańskich oraz ku radości włodarzy miasta i jego mieszkańców, do Lyonu zawitali sławni tępiciele herezji w osobie Jana Blonyn i Henryka, królewskiego seneszala z Rennes. A najdalej dzisiejszym wieczorem dojadą Bernard Crissiot i Conrado Salighieri. Zanim kanonik zdążył wygłosić swoją kwestię, jego wychowankowie, zrobiwszy, co do nich należy, zniknęli jak sen jaki złoty. -Więc jutro rozpocznie się proces? Duchowny skinął głową. -No, to teraz zaczną się setki donosów, zawiadomień, etcetera. Będziecie mieli pełne ręce roboty, żeby oddzielić ziarna od plew. Choć wielu inkwizytorów nie zaprząta sobie tym głowy, uważając, że lepiej posłać na śmierć setkę winnych, niż przeoczyć jednego niewinnego. -Cóż, tragicznym jest to, że są tacy, którzy próbują wykorzystać ostrze inkwizycji we własnych partykularnych celach. Zauważ jednak, jakże często wtedy to ostrze zwraca się przeciw nim. Heretyk nie ciągnął dalej tego wątku. -Nie obawiacie się teraz okazywania mi nadmiernych względów? –Spytał wskazując na stół i zastawę. -Moi szanowni, uczeni w piśmie konfratrzy, chwilowo mają taki natłok zajęć w materii legistycznej i formalnej w związku z procesem, że nie mają czasu zainteresować się ani twoją, ani moją osobą. Zadbałem o to. -Chylę czoła przed waszą zapobiegliwością. -Dziękuję uprzejmie. A teraz siadaj i przejdźmy do rzeczy. DeScorrio posłusznie usiadł. Kanonik poszedł w jego ślady, nalał wina i nałożył obydwu wołowiny z kapustą. -Opowiedz mi o rytuałach, które wykonywałeś. -Poza tym, o czym już mówiłem, to, od czego mam zacząć? -Od początku, najlepiej. -Oczywiście. Zdarzyło mi się wymienić kilka tytułów ksiąg zakazanych. Głównie rytuały tam zawarte. -Głównie, ale nie tyko. -Co jeszcze…? Podwójny Krąg Akermanna. Raczej w formie eksperiencji, żeby przekonać się o jego możliwościach. Cha, kiedyś była z tym kupa śmiechu. Na zamku jednego z moich przyjaciół –uprzedzając pytanie: w swoim czasie powiem, kogo –coś poszło nie tak, czegoś nie dopilnowaliśmy. Jedyny efekt był taki, iż rano okazało się, że w promieniu pół dnia drogi od zamku padły kury… Ale tylko czarne i to co do jednej. Jeszcze próbowałem Wezwanie Demonicznego Sługi, ale to straszna lipa! Kanonik uśmiechnął się lekko. -Widzę, że doskonale zdajecie sobie sprawę z zamaskowanej w rytuale pułapce i tkwiącym w nim niebezpieczeństwie. Ja podówczas nie wiedziałem. -I tak macie dużo szczęścia. -Szczęścia, owszem, ale bardziej siły woli i późno, bo późno, ale jednak fachowej wiedzy. I tak zajęło mi dobre dwa miesiące, zanim się pozbyłem kleszcza. Straciłem wtedy chyba ze trzydzieści funtów. -Jakiejże to, w tym konkretnym wypadku, wiedzy? -Drugi Krąg Odrzucenia. Ot i cała filozofia. -Mówiłeś o zabiegach nekromantycznych. -Już o to też zahaczyliśmy. To, co magowie powszechnie acz niepoprawnie nazywają „Księga Seta”, nic ponadto… -Inna rzecz, że chyba trudno by wymyślić coś ponadto. -Święte słowa. -Skąd miałeś te wszystkie tytuły i rytuały? Więzień wyciągnął się na krześle i skrzywił usta w nieprzyjemnym grymasie. -Nie ładnie, księże, zadawać pytania, na które doskonale zna się odpowiedź. Organizowali je dla mnie Wilhelm von Hohenburg oraz monachijski czarnoksiężnik Konrad Wernerhagen. Na pewno macie to w swoich aktach. Wiecie też doskonale, że Hohenburga, zanim zdążyliście położyć na nim ręce, zamęczył magdeburski inkwizytor a Wernerhagen, na moment przed aresztowaniem zeżarł chyba z garść pyłku czarnego lotosu. Przecież byliście tam osobiście- to musiał być bardzo niemiły widok. -Faktycznie, był. Wiesz skąd oni organizowali potrzebne tobie materiały? -Oczywiście, ze względów bezpieczeństwa –nie. Nawet nigdy nie próbowałem się dowiedzieć. Nie można zdradzić ani wsypać kogoś, o kim się nie wie. -A inni twoi kumotrzy, że się tak wyrażę: z cechu? -Znakomita większość z różnych, naturalnych i nienaturalnych powodów, tak jak wyżej nadmienieni, nie żyje. Głównie z powodu sprawnych działań Congregatio Sanctae Inquisitionis Haereticae Pravitatis. Jak i z powodów błędów w sztuce. -A ci, którzy żyją i jesteś w stanie wskazać? -Wszystko powiem na pierwszym niejawnym dniu procesu. Mam swoje powody, żeby tak postąpić, z resztą śmiem się domyślać, że macie księże swoje wcale dokładne informacje i podejrzenia, a po prostu chcecie to usłyszeć ode mnie. -Zaczynasz ze mną igrać, Adamie, a to niebezpieczna gra. -Wiem, księże, ale zrozumiecie moje motywy. Jeżeli uznacie, że czegoś nie dopowiedziałem, na pewno złożycie mi wizytę w mojej skromnej celi i dowiecie się całej interesującej was reszty. Przecie wam nie ucieknę. To, co wiem, również nie. -Niewątpliwie. Tym niemniej: dobrze, poczekam i w razie wątpliwości dopytam się jeszcze. Cierpliwość jest cnotą, jak mawiają. -Niewątpliwie macie jeszcze inne pytania? -Mam. Wspominałeś, że otrzymałeś zdolności nadnaturalne. Jakie, poza tymi, które wymieniłeś? -Tak. Potrafię leczyć przykładając dłonie, jednakże w bardzo ograniczonym zakresie. Jeżeli mam wytłumaczyć dokładnie jak to robię, to dokładnie nie potrafię. To bardzo intuicyjne działanie. Kiedy przykładam dłoń do bolącego miejsca, czuję jak przepływa przez nią jakby ciepło. Ci, których leczyłem, mówią również, że czuli ciepło i jakby fizyczny dotyk. A ja nie dotykałem podczas zabiegu. Między dłonią a ciałem zawsze zostaje z pół cala miejsca. Zamykam oczy, koncentruję się i wyobrażam sobie, że chore miejsce, to jakby biała mgiełka zawieszona w czerni. Wtedy, w zależności, co jestem w stanie zrobić, to swoją mocą ja albo rozpraszam- wypalam, albo wchłaniam. Raczej wchłaniam, bo rzadko mi się udaje rozproszyć. Dlatego też bardzo nieczęsto, tylko w szczególnych sytuacjach korzystam z tej zdolności, ponieważ później sam odchorowuję taką kurację. -Jakie jeszcze praktyki uskuteczniałeś? -Dużo pracowałem nad głębią zwierciadlaną, ale na skutek pewnego pożałowania godnego incydentu porzuciłem to. Tworząc głębię zwierciadlaną, otwieramy okno. Okno, przez które można wyjrzeć… -…Ale, przez które zawsze może coś wlecieć. –Uzupełnił zdanie duchowny. -Tak, właśnie tak. -I to ci się przydarzyło? -Owszem. Na zamku w Bochotnicy. Dawno temu gościłem tam przez kilka miesięcy. Jako nauczyciel szermierki i walki wręcz. –Nie patrzcie tak na mnie. Potępieni i heretycy też czasami mają problemy natury obiektywniej: potrzebują trochę grosza i względnego spokoju. A tamtejsi władycy –boczna gałąź szacownego i możnego rodu Kurowskich, ci konkretni z pewnymi inklinacjami do raubritterki a przez to bardzo zasobni, pieniądze płacili potężne. Za trzy miesiące dwanaście grzywien w srebrze. Oczywiście, nie mieli bladego pojęcia, czym, poza fechtunkiem się zajmuję. Miałem własną komnatę, zamykaną na klucz –ergo, w wieczornych i nocnych godzinach święty spokój i ciszę. Nie wiem, co tam przyciągnąłem, ale pewnie pałęta się tam po dziś dzień. Biorąc pod uwagę, że gospodarze cały czas na zamku urzędują, nie było to nic szczególnie paskudnego czy uciążliwego. Tym niemniej jednak, nauczka była nauczką i wyciągnąłem z niej pewne wnioski. -Potem? -W sumie to by było na tyle. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o magię rytualną. Pozostałe rzeczy to drobiazgi mające polepszyć siłę i refleks. A z ważnych… Przerwało mu pukanie do drzwi. -Wasz miłość! -Tak, Lorenzo? -Przyjechał mistrz Bernard Cissiot. Prosi natychmiast na spotkanie. Ważne ponoć kwestie. -Otwieraj. Wychodząc rzekł jeszcze: -Teraz nie będzie mi tak łatwo z tobą rozmawiać. Ale jeszcze przyjdę. -Do zobaczenia. |
PARAPSYCHOLOGIA,DUCHY,NAWIEDZENIA,HORROR,OPOWIADANIA,STRASZNE HISTORIE,ZAGADKI,NIEWYJAŚNIONE,ŚWIADOME ŚNIENIE,DEMONY,I WIELE INNYCH RZECZY
sobota, 24 września 2011
Heretyk i Kanonik cz.2 1
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz