sobota, 24 września 2011

Heretyk i Kanonik cz.2


III
Dzień IV
De Scorria obudziło łomotnięcie drzwi. Odruchowo natychmiast zerwał się na nogi, ale natychmiast z powrotem spoczął na kocu, bo do celi wchodził nie kto inny, jak inkwizytor Markidzianni. Za nim jego podopieczni, którzy rozstawiwszy meble oraz zastawę ulotnili się w mgnieniu oka..
-Witaj, Adamie.
Tenże chciał odpowiedzieć jakimś uszczypliwym powitaniem, ale gdy tylko spojrzał w oczy księdzu zapytał tylko:
-Co się stało?
-Mam dla ciebie bardzo niewesołe nowiny…
Więzień aż prychnął na te 
słowa.
-Ech, a czy siedząc w lochach Świętej Inkwizycji można oczekiwać wesołych nowin??? Darujcie sobie takie introdukcje. No, co się stało?
-Ano do miasta lada chwila wręcz, zjadą pozostali członkowie trybunału. Z tych ważniejszych Jan Blonyn z zakonu Kaznodziejów i królewski seneszal z Rennes.
-O Janie z Kaznodziejów słyszałem wiele dobrego. Ponoć zrównoważony człowiek, absolutnie nienadużywający władzy, obiektywny –jak na inkwizytora, niezbyt szparki w ferowaniu wyroków, stroniący w miarę możliwości od tortur. A ten seneszal, Henryk -to wyjątkowe bydle.
-Prawda to. Ale żeby było jeszcze gorzej: między nimi znany ci Conrado Salighieri.
DeScorrio przez kilka chwil trawił otrzymaną informację. W trakcie trawienia odsunął sobie krzesło i usiadł za stołem.
-Szalony Rzeźnik z Piemontu.
-Tak, niektórzy go tak nazywają. –Odparł duchowny siadając.
-Przyzna ksiądz, że nie bez kozery? O ile się orientuję, wy także nie pałacie do niego jakąś szczególną atencją?
-Moje sympatie czy antypatie nie mają tu nic do rzeczy. Przede wszystkim jego kompetencje i uprawnienia nieledwie równe są moim, po drugie: ma glejty i pełnomocnictwa samego Ojca Świętego, a po trzecie wreszcie: cztery lata temu w Padwie pochlastaliście jego bratanka. Wylizał się, ale chirurg musiał mu rękę odjąć a po tym, co mu zostało z twarzy, tylko jawnogrzesznice mu pozostały ku pociesze… Wierzajcie mi, deScorrio, on wam tego nie daruje- pomijając wszystko inne.
-Zasłużył, skurwiel.
-Myślę, że ten –nie wątpię- fakt, nie zmieni podejścia do ciebie świątobliwego brata Conrado Salighieri.
Więzień wzruszył ramionami.
-Dwie konkluzje mi się w tej chwili nasuwają; trzy właściwie. Po pierwsze: naprawdę mamy już niewiele 
czasu. Po drugie: z całą pewnością psu na budę nasza umowa odnośnie tortur. Po trzecie: mam dużą szansę, że tak czy inaczej nie trafię do owego gościnnego przybytku braci Dominikanów, którego nazwa mi nie przejdzie przez gardło. Ten obłąkany piemontczyk o wyglądzie pokręconego sodomity nie pała specjalną miłością do Wewnętrznego Oficjum, a jest –bydle -tak ustawioną szarą eminencją, że nawet wy musicie się z nim bardzo liczyć… Zwłaszcza, że jak ksiądz sam był łaskaw zauważyć, ma glejty i pełnomocnictwa.
-Nic dodać, nic ująć. –Skomentował kanonik wielce dwuznacznym tonem.
Zapadła cisza. Ani jeden ani drugi nie kwapili się, aby ją przerwać. W końcu deScorrio nalał księdzu oraz sobie wina, poczym rzucił w powietrze kilka wyjątkowo ordynarnych określeń w kilku różnych językach, a na koniec stwierdził:
-Cholera, szybko się spełzają. Sądziłem, że będziemy mieli więcej czasu. Jak im wszystkim w takim tempie udało się pokonać taką drogę? –W miarę jak mówił kolejne słowa wypływały coraz wolniej… Poczym stuknął otwartą dłonią w czoło i dokończył: -Nie musicie odpowiadać. Jestem idiotą i właśnie to do mnie dotarło.
Duchowny kiwnął głową i rzekł:
-Faktycznie, chyba właśnie doszedłeś do tego, że sidła na ciebie były zastawione na długo zanim w nie wpadłeś.
-A wy byliście tak pewni tego, ze się w nie wpakuję, że już dawno temu można się było wyprawić w drogę. Szczerze gratuluję. Nie wątpię też, że to osobista wasza zasługa i plan mojego pojmania, którego szczegółów –ubolewam -nie znam, również wasz.
-Nieskromnie przyznam, że słusznie nie wątpicie. Ale mylicie się w jednej kwestii: mianowicie, absolutnej pewności nie miałem. Owszem, starałem się przewidzieć wszystkie możliwości, ale jak to mówią: różnie bywa. A co do planu: cóż, było tego tyle, że szkoda cennego czasu na opowiadanie. Może tyle, że plątałeś się w sidłach już od kilku tygodni, ale muszę przyznać, że byłeś wyjątkowo trudnym oraz wymagającym przeciwnikiem i do końca wszystko się mogło zdarzyć.
-A więc miałem szansę…
-Od chwili, kiedy przekroczyłeś bramy tego miasta, już nie.
-Skąd ksiądz wiedział, że się tu zjawię?
Kanonik uśmiechnął się pod nosem.
-Na podstawie zebranych informacji… Czułem, że prędzej czy później tu zawitasz. A moi podopieczni czekali na ciebie od dawna. Ale zostawmy to. Teraz mam poważne pytanie.- Duchowny mówił chłodno. -Ci, których napotykałeś na swojej drodze, Adamie. Ci, którym –jak to sam określałeś- pomagałeś i chroniłeś.
DeScorrio wyprostował plecy, uniósł głowę a na jego twarzy zagościł wyraz… Tryumfu!
-Ja wszystko przewidziałem księże! Z góry zapowiadam, że nie usłyszycie ode mnie nic, co by mogło wam pomóc poodławiać tych ludzi. Choćbyście zaciągnęli mnie do braciszków w Alpach –nic konkretnego się nie dowiecie! Bo nie mogę wam powiedzieć czegoś, czego nie wiem!
-Jaśniej, deScorrio. –Warknął inkwizytor.
-Już tłumaczę. –Głos więźnia zabarwił się nieprzyjemnymi, jakby przemądrzałymi tonami. –Zdając sobie sprawę, że prędzej czy później prawdopodobnie skończę, tak jak właśnie kończę, pomyślałem o wszystkim. On dał mi moc rozpoznawania Wybranych, czy też jak wolicie, Potępionych. Zawsze, gdy na kogoś takiego natrafiłem, najpierw długo kręciłem się wokół niego, czy niej, jak pies wokół jeża. Czasami po kilka miesięcy. Prędzej czy później, zawsze znajdowałem okazję, żeby zdybać taką osobę sam na sam. Zaczynałem od tego, że opowiadałem delikwentowi o tym, co się z nim dzieje… O snach i wizjach, jakie go nachodzą. O niewytłumaczalnych lękach i przeczuciach… O… Ksiądz dobrze wie, o czym. A potem zadawałem pytanie, czy chce abym mu pomógł. Nikt nigdy nie odmówił. W tedy pokazywałem takiemu jego prawdziwą twarz.
-Jak?
-Najprościej jak można. Ciemny pokój, zwierciadło i świeca.
-Rozumiem. Kontynuuj.
-No i kiedy minął pierwszy szok, zaczynaliśmy naukę. Nigdy żadnych imion i nazwisk. Oni nie wiedzieli jak ja się nazywam- ja, nigdy, przenigdy jak oni. Absolutnie tego przestrzegałem i pilnowałem konspiracji. Bezwzględnie też wymagałem tego od nich. Alternatywa była jasna od początku. Kiedy kończyliśmy naukę, musieli dostosować się do jednego mojego warunku: a mianowicie mówiłem im: „Teraz wyjedź. Im dalej, tym lepiej. Jeżeli masz jasne włosy, zafarbuj je na rudo, jeżeli kędzierzawe czarne, to je zetnij. Jeżeli jesteś gruby, schudnij. Jeżeli jesteś chudy, utyj. Jeżeli masz prosty nos, to ci go złamię i będzie jak pogrzebacz…”. I tak dalej, i tak dalej. Ale najważniejsze było oczywiście: „Wyjedź. Spokojnie, bez pośpiechu, żeby nie powodować podejrzeń. Byle daleko, i tak, żebym ja, ani nikt inny nawet nie mógł się domyślać, dokąd”. Jeżeli nie mieli tyle pieniędzy, ja im je dawałem. Na wyjazd i choćby, jakie takie urządzenie się na początek.
-A, jeżeli ktoś by się nie dostosował?
-Przecież ksiądz wie. Sztylet albo garota. Rozumiecie, księże, że inaczej nie można. Tylko zamknąć usta na wieki wieków. Tak, więc nie jestem w stanie nikogo księdzu wskazać. Choćbym nie wiem jak chciał.
-Bardzo mądrze deScorrio. Czego uczyłeś tych ludzi?
-Przede wszystkim, tego, kim są. Jak sobie radzić z najbardziej uciążliwymi tego konsekwencjami. Jak to sobie wszystko w życiu poukładać. Jak z tym żyć… Przy okazji trochę ogólnych wiadomości z biblii i innych pism, trochę medycyny, zielarstwa. To tak ogólne, bo wszystko zależało od każdego indywidualnego przypadku z osobna.
-Demonologia?
-Tylko trochę teorii. Pewne podstawy. Wtłaczałem im do głowy, czego w jakże fałszywym poczuciu nowo zdobytej potęgi absolutnie mają nie robić. I jak powoli i z umiarem zdobywać nową wiedzę.
-Ile trwała taka nauka?
-Bardzo różnie. Kilka tygodni, czasami miesięcy…
-Ilu było tych ludzi?
-Zaraz… Siedmioro… Nie, ośmioro.
-Gdzie? I jacy to byli ludzie?
-Młoda arystokratka z Bolonii. Mieszane rodzeństwo z Bristolu, potomstwo jakiejś bogatej rodziny. Kmiecy syn spod Brandenburga, nie pamiętam jak się nazywała wieś. Dobrze urodzona, szalenie urodziwa dama z Gdańska. Kleryk z Porto- nie żyje; nie potrafił się pogodzić z tym, kim jest. Hrabianka z Bolzano. Młody kupiec z Schallaburga. Rycerz z Roskilde –też nie żyje. Więc dziewięcioro. Z żyjących, jak już wspominałem, nie mam bladego pojęcia, co się z nimi dzieje i gdzie aktualnie mogą przebywać.
-Sukkuby?
-Jakże frapujący i zajmujący temat… -DeScorrio znów się uśmiechnął, tym razem nad wyraz obleśnie. –Oczywiście powiązany ściśle z zarzutami przyzywania demonów. Wystarczyło trochę pozmieniać niektóre procedury wzywania bytów nadnaturalnych, zawarte w Natura Daemonum. W inwokacji zamiast „daemon” – „succubus”, przy dolnym ramieniu pentagramu symbol kobiecości… Tyle, tak naprawdę- brzmi prosto, ale w istocie to wcale nie proste. Demonologia i „inwokacjologia” to nie sztywne, nienaruszalne formuły. To materia, którą, przy odpowiedniej wiedzy można rzeźbić jak glinę i układać na swoją modłę. Tworzyć własne kompozycje. Tyle, że to niezbyt bezpieczna zabawa… Nie zawsze wychodzi to, co się planowało. Stąd wśród przedstawicieli tej jakże specyficznej gałęzi nauki duża śmiertelność- nie tylko na skutek waszych działań. Ale wracając do naszych interesujących istotek… Jak już się uda taką wezwać –bywa różnie. Wbrew pozorom nie są to stworzenia dyszące żądzą mordu i zniszczenia. Fakt, zaatakowane, bądź zagrożone zamieniają się w oszalałe bestie. A potrafią być niewyobrażalnie niebezpieczne. Stąd tyle przypadków śmiertelnych i opętań, nawet wśród bardzo doświadczonych wzywaczaczy. Podstawowy błąd, który popełniają nieomal wszyscy, polega na tym, że wezwana istota trafia natychmiast w pułapkę zaklęć i artefaktów mających ją spętać i siłą nagiąć do woli przyzywającego. Ot, zwykła ludzka, niewyobrażalna głupota. Głupota, jako, że spętana istota wykona tylko i wyłącznie to, do czego ją wola czarownika nagnie. I będzie czekać jakiejś chwili słabości, a każdą niejasność zinterpretuje tak, że czarownikowi w pięty pójdzie. Uwolnione dyszą wściekłą żądzą zemsty i wyłapią nawet najdrobniejszą ku niej okazję. Po dobremu, natomiast… -Znów uśmiech, tym razem znacznie mniej obleśny, a bardziej rozmarzony. –Po dobremu wykazują niezwykłą własną inwencję i zaangażowanie… I można później spać spokojnie, bez magicznych barier i talizmanów. Z resztą, wyobrażenie sukkuby, jako istoty tak wściekłej, morderczej i niszczycielskiej, jak pięknej, wzięło się też z tego, że wielu magów, ja też, używa do ceremonii wezwania ofiary z własnej krwi. A kiedy istota się materializuje spotyka ją to, o czym powiedziałem wcześniej. Przekładając na ludzki język: ktoś zaprasza księdza do swojego domu, ze wszystkimi konwenansami i wielką serdecznością, wita księdza chlebem i solą, sam symbolicznie odrobinę tej soli również spożywając, a jak tylko ksiądz przekroczy próg, próbuje was uwięzić, zakuć w kajdany i zrobić z was niewolnika. To prawie dokładnie to samo, tyle, że w 
wypadku istot tak nieprawdopodobnie dumnych jak sukkuby –o wiele, wiele bardziej. A że są w śród nich stworzenia o bardzo różnej mocy, to raz, drugi czy trzeci takiemu się uda, aż końcu trafi na istotę, dla której zamykające kręgi i inkantacje są taką przeszkodą jak dla was płócienne przepierzenie. No i wtedy lecą wióry… One, doprowadzone do szału, nie wiedzą, co to litość, a gniew sukkuby nieprędko stygnie. Dlatego, też wszystkie te z nich wzywanych w ten sposób imiennie po raz kolejny, jak tyko mają okazję, z całą mocą i furią atakują prewencyjne. Przed czym trzeba się zabezpieczyć, najlepiej którymś z Kręgów Odepchnięcia. Natomiast, kiedy stwierdzają, że nie się nastaje w żaden sposób się na ich swobodę, można zacząć dyskusję. A one… One uwielbiają ciepło ludzkiego ciała, uwalniającą się podczas zbliżenia energię, bicie naszych serc. Nie są interesowne, bo poza muśnięciem cielesności, tak naprawdę to niewiele możemy im zagwarantować. Oczywiście uważać trzeba, bo i one jak ludzie, miewają bardzo różne charaktery, ale moja konkluzja jest taka, że i tak są lepsze niż bardzo wiele kobiet, które na drodze swego życia napotkałem… Naprawdę, gdyby nie ludzka głupota i przeświadczenie, że najlepiej i najprościej załatwiać wszystko przemocą, podstępem i siłą, byłyby to naprawdę w miarę nieszkodliwe stworzenia. Innych istot w zasadzie nie wzywałem, z paroma wyjątkami, kiedy kierując się wskazówkami zawartymi w egipskich pismach musiałem zdać kilka pytań tym, których nie ma już na tym łez padole. Więc w kwestii przyzywania tak zwanych demonów już się nie wypowiem, bo nic w zasadzie nie wiem. Znam tylko pewne podstawy teoretyczne, zawarte w literaturze, o której wspominaliśmy.
Kanonik wstał.
-Wystarczy na dzisiaj. I tak dużo tego. Obowiązki na górze wzywają. Ponadto, znowuż muszę sobie to i owo poukładać. Poczynić zapiski.
-Do rychłego zobaczenia.
Kanonik wezwał swych podopiecznych a kiedy wychodzili, rzucił:
-Bywaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz