Dzień XXXVIII Ten dzień, który zaczął się bardzo wcześnie rano a zakończył bardzo późno w nocy, był jeszcze bardziej makabryczny od poprzedniego. Tym razem rzetelnie przygotowany merytorycznie Conrado Salighieri zadawał pytania przemyślnie, zręcznie obchodząc trudności piętrzone przez Markidzianniego i od czasu do czasu wspierającego go Jana. Bardzo zgrabnie wykazywał zatwardziałość heretyka i ukazywał setki heretyckich tajemnic, którymi ów nie chce się podzielić z miłościwym trybunałem. Na każdą okazję miał też przygotowany tuzin precedensów i osnów prawnych… Łoże sprawiedliwości. Strappado… Setki nic nieznaczących pytań… Stelaż tortur. Weneckie trzewiki. Znów nic niewnoszące pytania. Kleszcze i przypalanie. Wielogodzinna, przerywana pytaniami chłosta… Od czasu do czasu jakaś bezczelna odpowiedź oskarżonego, która oczywiście była tylko wodą na młyn oprawców. Znów stelaż tortur i łoże sprawiedliwości. Z godziny na godzinę jakiekolwiek słowa ze strony torturowanego były coraz rzadsze… Po raz wtóry chłosta. Potem strappado. Palenie żywym ogniem… Żelazna Dziewica… Sala tortur spłynęła krwią Adama deScorrio. Inkwizytor Conrado Salighieri w majestacie wszelkich praw kanonicznych i świeckich, za przyzwoleniem i aprobatą trybunału -przy jednym przeciw i jednym wstrzymującym się- napawał się swoją zemstą. Badanie przerwano dopiero, kiedy inkwizytorzy poczęli się obawiać, że heretyk nie dożyje ogłoszenia wyroku, a co gorsza publicznej egzekucji. Protegowani ojca Markidzianniego bardzo rzetelnie opatrzyli zmaltretowanego do granic możliwości oskarżonego. Potem przenieśli go do celi. W tym samym czasie trybunał udał się na zamkniętą naradę. Po kilkugodzinnej, niezwykle burzliwej dyskusji, bardzo przecież doświadczeni inkwizytorzy, doszli do wniosku, że już i tak z oskarżonego nic nie da się nowego wydobyć. Że prawdopodobnie powiedział całą prawdę, a nawet, jeżeli udało mu się coś zataić, to zgromadzonych dowodów jest tyle, że można by go skazać nie raz, ale co najmniej dziesięć razy. Conrado Salighieri uparcie majoryzował za dalszym, według niego, niezbędnym badaniem, ale tym razem trybunał przychylił się do opinii ojca Markidzianniego, wspieranego przez Jana z kaznodziejów. Przemawiał za nim wielki autorytet, niepodważalne kompetencje, ogromne doświadczenie i co tu dużo mówić, podejrzenie o przynależność do Wewnętrznego Oficjum, które po jego kilku wczorajszych uwagach jeszcze się wzmocniło a do którego jak świat światem nigdy nie trafił nikt przypadkowy. Delikatnie rzecz ujmując… Dzień XXXIX -Nazywamy, obwieszczamy, osądzamy i ogłaszamy cię, Adamie deScorrio, nieskruszonym, zawziętym i zatwardziałym heretykiem... –Pałające oczy wpatrywały się bez cienia litości w podsądnego, a krystalicznie czysty, natchniony wręcz, głos inkwizytora przewodzącego trybunałowi zdawał się unosić pod niebotycznie wysokim sklepieniem katedry. -Jako takiego wyłączamy cię słownie z powszechności kościelnej i z naszego Świętego Niepokalanego Kościoła, którego miłosierdzia okazałeś się niegodnym. Powinieneś zostać przekazany sądowi świeckiemu, wobec czego przekazujemy cię Jaśnie Oświeconemu diukowi miasta Lyon, obecnemu na tej sali, ażeby ci wymierzył sprawiedliwość, przy czym usilnie błagamy go, aby zechciał cię ukarać jak tylko można łagodnie i bez przelewu krwi. Niechaj Bóg w swym nieskończonym miłosierdziu się nad tobą zlituje, bo my już nie możemy… Bernard Crissiot, Andrea Markidzianii, Jan Blonyn, Henryk z Rennes, Conrado Salighieri, Jaques deCortaal, Humbert d’Aspet. Diuk wstał ze swojej loży i pobrzękując pyszną paradną zbroją, wespół z przybocznym i giermkiem wstąpili przed ołtarz. Zgromadzeni poczęli śpiewać „Ave Maria”. Inkwizytor podał arystokracie opieczętowany rulon pergaminu. Ceremonia przekazania zbrodniarza władzom świeckim dopełniła się. Diuk skinął pancerną dłonią. Najpierw z katedry wymaszerował zbrojny poczet złożony ze straży inkwizycyjnej i kilku duchownych, z krucyfiksem i kościelnymi chorągwiami. Za nimi trybunał. Potem, tak jak poprzednio, pomiędzy dwoma rzędami szczególnie starannie dobranych strażników- Adam deScorrio. Tym razem towarzyszyło mu dwóch młodych wychowanków kanonika Markidzianniego. Pomagali mu iść, nieledwie nieśli go i rzecz znamienna: uważali, aby nie przysparzać mu dodatkowych cierpień. Dalej, pozostali młodzi inkwizytorzy w równej, karnej kolumnie. Ponurą procesję zamykał kolejny poczet straży, a za pocztem pstrokata ciżba mieszkańców Lyonu i jego okolic; nie tylko tych najbliższych. Biedacy i bogacze. Arystokraci i łyki. Prawi i szumowiny… Nie szli daleko. Tylko do ratusza. Tamże odbył się ostatni akt procesu. Za stołem, uprzednio zajmowanym przez trybunał inkwizycyjny, zasiadł diuk Lyonu oraz sędziowie świeccy. Raz jeszcze odczytano oskarżenia i resume akt procesowych. Gdy formalności dobiegły końca, strojny i zbrojny diuk, z rąk kanclerza podjął okazały wolumin i przeczytał, co następuje: -Z mocy władzy nadanej mi przez Boga Wszechmogącego, Święty Kościół Pański i Jego Wysokość Króla Francji, wyrok na heretyka i zbrodniarza Adama deScorrio niniejszym wydaję. Ze względu na winę wątpliwości niepodlegającą, wobec braku skruchy najmniejszej, żalu za występki i ukorzenia się przed majestatem Pańskim, wobec wszelkich praw ludzkich i kościelnych, orzekamy jedyną słuszną karę. Śmierć, poprzez spalenie żywcem na stosie. Odłożywszy pergamin, kontynuował preorację: -Adamie deScorrio, heretyku! Niegodnym będąc stąpania po chrześcijańskiej ziemi, gdy czas nadejdzie z twierdzy na wóz marny zabrany będziesz. Na wozie tym, powieziony na miejsce sprawiedliwości zostaniesz. Tam, niegodnym będąc śmierci szybkiej i litościwej, a zwłoki twoje spoczywania pomiędzy chrześcijany, w płomieniach stosu na popiół spalonym będziesz. Prochy twoje, aby ziemi nie kalać, z czterech bombard, w cztery świata strony wystrzelone zostaną. Czas sprawiedliwości wyznaczamy na niedzielę najbliższą, to znaczy za dni trzy. Niechaj Bóg się nad tobą zlituje, heretyku. Zabrać go. Dzień XXXX W nieprzeniknionych ciemnościach swojej celi Adam deScorio z trudem podpełznął po wilgotnych kamieniach posadzki do drzwi celi. Kilkukrotnie uderzył w nie pięścią. Po chwili zza kraty dobiegł głos, który bez wątpienia nie należał do żadnego ze strażników. Mógł to być jedynie któryś z młodych podkomendnych ojca Markidzianniego. -Tak? -Powiedz kanonikowi Markidzianniemu… Powiedz mu, że… Że chcę się wyspowiadać. Nie usłyszał odpowiedzi, tylko do jego uszu dobiegł odgłos szybkich kroków po kamiennej posadzce korytarza. Więzień westchną ciężko i boleśnie, poczym wpełzł na swój cuchnący barłóg. Czekał cierpliwie, ale nikt nie nadchodził. Po wielu godzinach próżnego oczekiwania wreszcie okryła go błogosławiona łaska nieświadomości snu… Kanonik wszedł do celi i ukląkł przy skazańcu. -Jestem, tak jak prosiłeś. Wybacz, że nie przyszedłem od razu, ale wierz mi, nie mogłem. To, co się dzieje tam na górze w związku z procesem twoim i wszystkimi dodatkowymi, to istny cyrk i młyn w jednym. I nie tak prosto jest przekonać moich współbraci inkwizytorów abym mógł porozmawiać z tobą sam na sam. Z tą spowiedzią, to był znakomity pomysł… A może naprawdę chcesz się wyspowiadać? DeScorrio z trudem otworzył jedyne oko. Mimo zmasakrowanego, całkowicie wyprutego z wszelkich sił ciała, patrzyło ono na duchownego nad podziw bysto. Jednakże głos, który wydobył się z gardła tego strzępu człowieka, brzmiał tak jak wyglądało jego ciało: ledwie przypominał głos istoty ludzkiej: -Ech, księże, jednak nigdy nie przestaniecie wierzyć w nawrócenie na łożu śmierci… O ile ten cuchnący barłóg można nazwać łożem. Oczywiście był to tylko pretekst, żeby jeszcze raz z wami porozmawiać. Nie mógłbym spokojnie zdechnąć, nim nie wyjaśniłbym księdzu kilku kwestii… -Rozumiem i domyślałem się tego. A że do końca wierzyłem? Prawda. Zawsze wierzę. Ale nic to. Powiedzcie mi proszę, czemu wydaliście waszego konfratra, Gillesa deRais? Prawdę powiedziawszy, nie mogę uwierzyć… -W co? W to, że jest tym, kim jest? Czy w to, że go wydałem? -To, że go wydałeś i to z premedytacją. Dla czego? Adam deScorrio z wielkim trudem obrócił się na bok. Ksiądz Andrea zgarnął kłąb słomy i wsunął mu pod głowę. -Tak, to jedna z tych rzeczy, o których chciałem porozmawiać. Niech mi ksiądz nie przerywa, tylko słucha. Nie mam już wiele siły, a jeszcze jej potrzebuję na swój ostatni występ. Odetchnął głębiej i zamilkł na dłuższą chwilę zbierając siły. -Jak już ksiądz wie, swego czasu kilkukrotnie gościłem na zamku Gillesa deRais. Oddawaliśmy się tam pijaństwu, rozpuście, polowaniom i najróżniejszym innym rozrywkom. Poza tym studiowaliśmy rozmaite mądre księgi, przeprowadzali rozliczne eksperymenty magiczne i alchemiczne. Wieczorami bardzo dużo dyskutowaliśmy. Między innymi na temat Pisma Świętego. Zwłaszcza tego sprzed okresu ocenzurowania przez synody- Gilles ma kilka rozmaitych egzemplarzy- ale na temat kanonu biblijnego, również. Szczególnie naszą uwagę przykuła jedna postać… Postać, na której temat doszliśmy po niekończących się dysputach, do arcyciekawych wniosków. Judasz. Ten, który zdradził Jezusa, wydał go jego oprawcom. Imię jego i pamięć o nim została przeklęta na wieki… Judasz, synonim zdrajcy, najpodlejszego, najnikczemniejszego sprzedawczyka. A ja uważam, że ten wyklęty, potępiony Judasz był największym przyjacielem Chrystusa. Tym, bez którego Nowe Przymierze nigdy nie doszłoby do skutku. Był jedynym, który tak kochał Chrystusa, był jego tak wielkim przyjacielem, aby na wieki wieków w najokrutniejszy sposób zhańbić swoje imię. Ba! Jedynym, którego Chrystus mógł prosić o tak wielkiego poświęcenie! Jedynym, który by to dla niego zrobił. Kogo ksiądz wyobraża sobie na jego miejscu? Piotra, który trzy razy zaparł się Chrystusa i nie potrafił się do tego z podniesionym czołem przyznać? Żałosnego sodomitę Pawła? Proszę nie odpowiadać, odpowiedź jest jasna. Ktoś, kto powarzył się na tak wielkie poświęcenie, musiał być… Musiał być… Po prostu największym przyjacielem. Proszę nic nie mówić, już wyjaśniam, co to ma wspólnego z Gillesem i mną. Otóż, kiedy poznałem bliżej marszałka de Rais, poznałem bliżej w sensie jego tajemnych praktyk, bardzo szybko pomyślałem, żeby wydać go w wasze ręce. Dla czego? Byłem pewien, że ten wielki człowiek, potężny wojownik, znakomity strateg i genialny umysł, strasznie się pogubił w tym, co robił. Zgubił granicę między alchemią a jakimś upiornie groteskowym czarnoksięstwem, czczeniem Jego a koszmarną farsą. A to nie służy Jego celom. W żaden sposób. Wręcz przeciwnie. Myślałem, że oszalał z żalu i bólu po śmierci Joanny, że pogrążył się w jakimś najczarniejszym, najpotworniejszym szaleństwie. I chciałem położyć temu kres. A że w taki a nie inny sposób? W pewnych sytuacjach każdy sposób jest dobry, aby osiągnąć cel. Zwłaszcza tak trudny, jak powstrzymanie szaleństwa marszałka Francji- jednego z najpotężniejszych ludzi tego świata. Trucizna czy skrytobójstwo nie wchodziło w grę. Truciznę wyczuwał jakimś szóstym zmysłem. Kiedy byłem gościem na jego zamku widziałem, co pozostało z czterech skrytobójców, którzy dostali się do jego komnat. Straż zawołał dopiero po wszystkim… Tak, nie ma wątpliwości, że Jego moc naprawdę była przy Gillesie. No i dumałem jak tu go powstrzymać. No i wydumałem; a paradoksalnie naprawdę byłem i jestem jego przyjacielem. Trudno mi teraz odtworzyć, co przez te miesiące goszczenia w twierdzy Tiffauges działo się w mojej głowie. W końcu, kiedy stwierdziłem, że już za długo siedzę w jednym miejscu i wyruszałem w drogę… Przed wyjazdem Gilles zabrał mnie na długą przejażdżkę konną. Galopowaliśmy nocą jak diabły wcielone po jego ziemiach. Nie rozmawialiśmy. Do momentu, kiedy Gilles zatrzymał wierzchowca i powiedział do mnie: „Mój przyjacielu z dalekiego kraju, mój bracie, czuję, że kiedy wyjedziesz z bramy mojego zamku to już się nie zobaczymy. Nie, nie czuję. Wiem to. Widzimy się po raz ostatni i w związku z tym mam do ciebie wielką, ale to wielką prośbę. Do ciebie, bo nie ma już nikogo innego, kogo mógłbym obarczyć takim brzemieniem… Przyjacielu, gdybyś kiedyś wpadł żywy w ręce Inkwizycji…” Tutaj Gilles na chwilę zamilkł i ostatnie słowa wymówił ledwie słyszalnie: „Bądź moim Judaszem.” Zaniemówiłem. On tymczasem spiął konia i pogalopował do zamku. Ja natomiast stałem na wzgórzu niczym kandelabr na stole. Olśniło mnie. Pojąłem go. On nie oszalał. Doskonale wiedział, co robi. Miał pewną wizję i realizował ją z żelazną konsekwencją, dzień po dniu, spokojnie i metodycznie… Skazaniec zamilkł. Po prostu gardło odmówiło mu posłuszeństwa. Z trudnością przełknął ślinę. Odetchną boleśnie i mówił dalej: -Bardzo szybko po tym jak się poznaliśmy z Gillesem, stało się dla mnie oczywiste, że on po prostu strasznie kochał Joannę. Ale bardzo długo mi zajęło pojęcie jak bardzo. Tak bardzo, że chyba nie ma słów, które mogłyby to oddać. Tyle, może, że z całą pewnością była to jedyna istota na tym świecie, którą kochał. Kochał poza granice wszelkiego szaleństwa. A wyście mu ją odebrali. Zrobiliście z niej potwora. Z anioła. Ostatecznie pchnęli w bramę ognia… Teraz Wielki Marszałek Francji Gilles deRais mówi wam coś, czego wy nie możecie zrozumieć: „Patrzcie!!! Zgładziliście anioła jako potwora, więc patrzcie, czym jest potwór!!!” Cóż, moja konkluzja jest taka, że kiedy przyjdzie właściwy czas, to zrozumiecie. I zrozumiecie tak, że jeszcze lata po tym, jak dobiegnie końca jego proces, na jego wspomnienie będziecie się budzić z wrzaskiem! On już zadba o wszystko. Przy zeznaniach świadków blednąć będą najtwardsi inkwizytorzy. I nie będzie w ich słowach ni uncji przesady. Oczywiście, o to żeby byli żywi świadkowie, Gilles sam zadba. Gdyby nie chciał, nie mielibyście ani jednego faktycznego uczestnika jego praktyk. Rozumnie ksiądz? Jak już się pewnie ksiądz domyślił, Gilles jest tak jak ja, duszą Naznaczoną. Też nie miał wyboru. Ale kiedy na drodze jego życia pojawiła się Joanna, bardzo nie chciał taki być… Jego wola była tak potężna, że potrafił okiełznać swoją wewnętrzną bestię. Ale kiedy zabrakło Joanny, bestia się zbudziła. Jeszcze potworniejsza i krwi żądna niż kiedykolwiek wcześniej. Tym potworniejsza, że powodowana zimnym, dokładnie ukierunkowanym intelektem. On z żelazną konsekwencją dąży do stosu. Do Bramy Ognia -bo poza jej progiem czeka na niego Ona! Ona przeszła przez płomienie stosu, więc on musi pójść za nią… -Wierzycie w to? -To nie ma znaczenia, księże. Ważne, że on wierzy. Ale: tak, wierzę, że jeżeli jest jakaś transcendentalna sprawiedliwość, to on za Bramą Ognia spotka swoją umiłowaną Joannę. Zobaczycie sami: śmierć przyjmie z ulgą i… Radością. Tak jak ja wierzę, że w kolejnym życiu znów spotkam hrabinę von Buchenwald. Kanonik milczał długo po tych słowach. Wreszcie westchnął ciężko i podjął: -Teraz rozumiem, dla czego musiałeś to powiedzieć wobec całego trybunału. Zdawałeś sobie sprawę, że pod groźbą najpoważniejszej konsekwencji kazałbym ci to przemilczeć, a cała sprawa potoczyłaby się cichym, tajnym torem prowadzonym wyłącznie przez Wewnętrzne Oficjum. Tak jak się toczyła do tej pory. A sam baron wraz z kumotrami wylądowałby niepostrzeżenie w najgłębszych czeluściach Domus Veritatis, albo innego Ostrężnika. I nawet nikt by nie wiedział, kiedy i co się z nimi stało. Tak też powinno się stać. Chociażby ze względu na jego olbrzymią fachową wiedzę i niewyobrażalny ogrom zbrodni, o których nie chciałeś wiedzieć. A tak, dałeś mu to, co chciał. Będzie wielki proces, porównywalny pewnie z procesem templariuszy, w którym pokaże się twarz potwora de Rais -tak jak to sobie obmyślił. A potem upragniony stos. Przyznaję, podszedłeś mnie. W sposób tak wyrafinowany jak prosty. Nie okłamując mnie i nie nadużywając zaufania. A jak teraz pomyślę o naszej rozmowie, która się o ten temat otarła –niemal wprost mówiąc mi, co zamierzasz. -Oczywiście macie rację. -Jest jeszcze jedna kwestia, która nie daje mi spokoju. -Pytajcie. -Wyjaśnij mi, czemu ty, który z pogardą dla oprawców znosiłeś najsroższe tortury, który w żywe oczy kpiłeś na przesłuchaniach z inkwizytorów, wszystko jak na świętej spowiedzi mówisz mi?! Nie, nie chodzi mi o to, o co cię pytam- tu jest sprawa jasna: wiesz, ze mnie nie okłamiesz. Chodzi mi oto, o co cię NIE pytałem. Przedziwny grymas wykrzywił zmasakrowaną twarz więźnia. -Bo obowiązuje was tajemnica spowiedzi. -Nie kpij, deScorrio. Nie teraz. -Niechże ksiądz będzie łaskaw pomyśleć. -Od wielu dni o niewielu innych rzeczach myślę i jakoś nic nie wymyśliłem. Skazaniec odetchnął boleśnie. Samo mówienie sprawiało mu coraz większą mękę. -Sądzę, że wymyślił ksiądz, ale chce to usłyszeć ode mnie. Dobrze, więc. Pamięta ksiądz, co mówiłem o duszach naznaczonych? -Oczywiście, ja wszystko pamiętam. -Czy myśli ksiądz, że dotyczy to tylko Przeklętych…? Andrea Markidzianii na chwilę zaniemówił. -Uważacie, że ja… -Nie uważam! –DeScorrio przewał niespodziewanie gwałtownie i mocno. –Ja to wiem! Widzę to, jako i wy widzicie kamienie w murach mojej celi. To Jego dar. Chyba największy, z tych, którymi mnie zaszczycił. Adam zamilkł po tych słowach. Ale że inkwizytor również milczał, po kilku chwilach kontynuował: -Tak, jest ksiądz taki sam jak ja. Po drugiej stronie -wróg śmiertelny- ale taki sam jak ja… Awers i rewers tej samej monety. Dlatego też wiem, że wiele rzeczy, o których księdzu powiedziałem, nie zostały przez was spisane i jest tak, jakbym głazu je powierzył… To już chyba koniec spowiedzi heretyka… -Jeszcze tylko jedno pytanie mi się kołacze. Czy zechcecie odpowiedzieć? -Już odpowiadam… Widząc zaskoczenie w oczach kanonika kontynuował: -Czyż nie chcecie mnie zapytać, czy po tym wszystkim: mękach, upodleniu i doświadczeniu mnie wszystkim chyba, co można sobie wyobrazić, osamotniony, setki mil od umiłowanej kobiety, nie zwątpiłem, czy nie pojawiła się w moim sercu myśl, że w całym życiu błądziłem? Czy nie targa mną rozpacz i wściekłość, że mimo poświęcenia Mu całego życia, kończę tak a nie inaczej; że doprowadziło mnie to do takiego a nie innego końca- końca w smrodzie, bólu i upodleniu? Kiedy inkwizytor kiwną twierdząco głową, rzekł: -Nie. Nie zwątpiłem. Nie, nie targa mną wściekłość i rozpacz. Oczywiście powiem księdzu, dlaczego. Tyle, że będą to moje ostatnie do was słowa. A Teraz bardzo, bardzo księdzu za wszystko dziękuję. I proszę już zostawić mnie moim myślom i mojemu cierpieniu. Andrea Markidżianii ujął dłoń strzępu człowieka, który przed nim leżał. Popatrzył mu w oko. Nawet teraz czuł bijącą z dłoni i spojrzenia siłę. -Ja tobie również dziękuję… I jeszcze jedno: chcę żebyście wiedzieli, że ja już dawno mam oko na tego chorego z nienawiści do ludzi piemonckiego obłąkańca. Od dawna zbieram materiały i informacje. Jednakże on, paradoksalnie, jest bardzo metodyczny i ostrożny w swoim szaleństwie. Ale kiedyś popełni błąd… Zrobi coś, czego robić nie powinien, z czego nawet papież nie będzie mógł go wybronić… -A wtedy? -A wtedy własnoręcznie zawlokę go do Domus Veritatis. A potem podpalę jego stos i dopilnuję, żeby zdychał długo. Poczym wstał i klasnął. Drzwi otworzyły się natychmiast. Jeszcze w progu odwrócił się na chwilę a wtedy Adam deScorrio oznajmił: -Wy mówicie: „…dopóki śmierć nas nie rozłączy”, my mówimy: „i nawet śmierć nas nie rozłączy.” On nigdy nie zapomina o swoich dzieciach i zawsze się o nie troszczy- choć czasami w bardzo dziwny sposób. Epilog Oto i nastał długo oczekiwany dzień wykonania wyroku. Oczekiwany dłużej niż owe trzy dni, bo przecież od chwili rozpoczęcia procesu, wiadomym było, że zbrodniarz tak straszliwy i wyjątkowy jak deScorrio nie wywinie się od stosu… Dzień był słoneczny i piękny. Wiał lekki wiaterek. Już na długo przed południem na głównym placu miejskim tłumny były takie, że zdawało się, iż lada chwila elewacje otaczających go budynków zaczną trzeszczeć w szwach. Szczelny kordon straży książęcej ledwo dawał radę utrzymać szpaler, którym miał przejechać wóz ze skazańcem. Również krąg wojska tworzący krąg wokół stosu miał problemy z utrzymaniem w ryzach tłumu niezliczonej gawiedzi. Takie widowiska zawsze cieszyły się niesłabnącą popularnością wśród nie tylko motłochu oraz i bardziej szacownych warstw społecznych, ale egzekucja takiego zbrodniarza i heretyka tak zatwardziałego jak deScorrio musiała pobić wszelkie rekordy. To było wydarzenie nieledwie na miarę egzekucji Jakuba deMolay i preceptorów zakonu templariuszy. Miejsce kaźni przygotowane było po mistrzowsku. Skazaniec miał nie tyle spłonąć, co raczej przez długie, bardzo długie godziny piec się powoli na wolnym ogniu. Miało to dostarczyć rozwrzeszczanej tłuszczy niezapomnianych wrażeń, potencjalnym heretykom przykładu grozy, a duszy skazanego poprzez otchłań niezmierzonego bólu i poprzez oczyszczający ogień zapewnić ochronę duszy nieśmiertelnej przed potępieniem wiekuistym. Druga wersja głosiła, że skazanych palono na stosie, aby nie zaznali łaski zmartwychwstania w dniu Sądu Ostatecznego. Efekt ten sam- założenia zupełnie inne, ale tak czy inaczej: dusza przecież jest najważniejsza… Mistrz katowski wraz z pomocnikami stali w rzędzie przed stosem i cierpliwie czekali wielkie chwile demonstracji swojego kunsztu. Na godzinę przed południem na trybunie honorowej wybudowanej przed fasadą ratusza zasiedli książę i włodarze miasta, oraz sędziowie świeccy. Viri probi zajęli przewidziane dla nich miejsca nieopodal stosu, wewnątrz kręgu zbrojnych. Na pół godziny przed południem na tą samą trybunę honorową dostojnie wkroczyli biskup oraz szacowne gremium braci inkwizytorów w pełnym składzie. W końcu zabrzmiały kościelne dzwony obwieszczające południe i początek ponurego widowiska ‘ad maiorem dei gloriam’. Gdy dzwony ucichły w szpaler gwardzistów wtoczył się ciągnięty przez dwie żałosne chabety wóz drabiniasty. A na nim, przykuty do słupa, w stronę swego przeznaczenia podążał Adam deScorrio. W ostatniej drodze towarzyszyło mu dwóch gwardzistów i pro forma tylko- mnich spowiednik. Skazaniec wyglądał makabrycznie. Ogólnym kształtem tylko przypominał jeszcze człowieka. Wyłupione oko i potwornie opuchnięta, fioletowo-sina, zniekształcona twarz, pokryta jednym wielkim skrzepem. Powykręcana, bezwładna lewa ręka o zwęglonej dłoni. Muskularne ramiona i zapadnięta klatka piersiowa, będące jedną wielką wybroczyną. Poszarpane kleszczami, upiornie poparzone boki. Niezwykle szerokie, schłostane do niemożliwości plecy, pozbawione całych połaci skóry. Na całym ciele jedna na drugiej kłute rany od kolców Żelaznej Dziewicy… Widok był porażający tak, że stojącym najbliżej mieszkańcom Lyonu, opatrzonym w okrutnych aktach sprawiedliwości kościelnej na chwilę odebrało oddech. Ale tylko na chwilę. Najpierw koło zmaltretowanej głowy heretyka śmignęła, poganiana ordynarnym wyzwiskiem, nadgnita główka sałaty. Zaraz za nią głąb kapuściany. Zgniłe jabłko. Rozmiękła brukiew. Zdeptana cebula. Zepsute jajo… Cały deszcz wszelakiego cuchnącego plugastwa sypał już się na wóz. Spowiednik i gwardziści usunęli się na skraj platformy, ale i tak, co rusz jakieś fragmenty smrodliwych pocisków rozbryzgujących się na umęczonym ciele skazańca lądowały na ich pancerzach i ubiorach. Zgiełk i jazgot panowały ogłuszające. Prostackie inwektywy, wyzwiska, szyderstwa i śmiechy uradowanego motłochu… Z trybuny u stóp ratusza patrzył na to pobladły z bezsilnej wściekłości zakapturzony inkwizytor Andrea Markidzianni. -Odi profanum vulgus… -Mówiliście coś, świątobliwy ojcze inkwizytorze? –Zagadnął jego również zakapturzony sąsiad, po głosie nieomylnie zidentyfikowany jako Jan Blonyn. -Głośno myślałem. -Ach, tak. Tymczasem wóz zatrzymał się u stóp stosu. Gwardziści odczepili kajdany od słupa. W tej chwili deScorrio omal nie upadł, ale olbrzymim wysiłkiem woli utrzymał się na nogach. Czterech katowskich pachołków podeszło do wozu i podjęło skazańca. Chcieli go poprowadzić, ale on coś do nich powiedział przez powybijane zęby i poszedł pomiędzy nimi o własnych siłach. Sam, nie szarpany i nie popychany z godnością wstąpił na stos. Mistrz własnoręcznie przytroczył jego kajdany do słupa pośrodku stosu. Zagrzmiały trąby. Cisza zapanowała jak makiem zasiał. Wtedy na plac dostojnie wkroczył książęcy herold z rulonem pergaminu w rękach. Rozwinął pergamin i grzmiącym głosem począł czytać. -Dnia dzisiejszego, dnia świętych Piotra i Pawła prawu kościelnemu i świeckiemu zadość się stanie, albowiem, my diuk miasta Lyon zarządzamy egzekucję skazanego Adama deScorrio. Ów, za udowodnione rozliczne zbrodnie, takie jak: oddawanie czci diabłu, składanie ofiar krwawych z dzieciątek niewinnych, bluźnierstwa nieprzeliczone, do kacerstwa nakłanianie i sprowadzanie niewinnych na drogę herezji, Zbawiciela się wyparcie, rzucanie uroków, dostarczanie Żydom krwi dzieciątek do macy wyrobu, wielokrotne morderstwa z podszeptów Złego a wreszcie na sabatach obrzydliwe gwałty sodomicznie, oraz wiele innych występków, o których w trosce naszej o spokój ducha mieszkańców Lyonu nie powiemy, sądzony był. Wobec braku skruchy najmniejszej i uporczywego trwania podsądnego w błędach herezji, Trybunał najdostojniejszy w ręce nasze rzeczonego przekazał. Takoż my, czyniąc zadość prawom papieskim i królewskim na jedyną słuszną i adekwatną do występków karę spalenia na stosie żywcem Adama deScorrio skazujemy. Ad maiorem dei gloriam. Znów wybuchł dziki harmider. Znów w powietrzu krzyżowały się złorzeczenia, inwektywy, klątwy, modlitwy i psalmy. Ale jeszcze jednej tradycji musiało stać się zadość. Po raz wtóry zagrzmiały trąby. A kiedy zapadła cisza, przewodniczący trybunału podniósł się z miejsca i zwrócił się do skazańca. -Adamie deScorrio, heretyku! Z łaski, matki naszej, Kościoła, raz jeszcze zwracamy się do ciebie z błaganiem żarliwym: Wyrzeknij się Złego, o łaskę i rozgrzeszenie proś a będzie ci ona dana. Uchroń swą duszę nieśmiertelną przed potępieniem wiekuistym, a ciało swoje przed męką nieogarniętą. Bo jeśli od błędów herezji odstąpisz, kat tedy szyję ci złamie a jeno twoje doczesne szczątki na stosie spłoną. Na te słowa przed pomiędzy tłum gawiedzi a stos wyszedł kat, pokazując wszem i wobec dzierżoną w rękach garotę. DeScorrio natomiast powoli uniósł głowę i spojrzenie jedynego oka wbił w postać inkwizytora. -Elilama sabahtanii. –Wypowiedział nad podziw wyraźnie i mocno, poczym głowa opadła mu na psiersi. Na tak niesłychaną bezczelność zasiadające na trybunie gremium aż z niedowierzaniem kręciło głowami, a po tłumnie widzów poniósł się głuchy pomruk, jak odgłos odległego grzmotu. Trąby odezwały się po raz trzeci. Dostojny i strojny z łaski króla dzierżca miasta wstał i do katowskiego mistrza powiedział: -Czyńcie swoją powinność. Kat od kosza z żarem odpalił pochodnie, za nim trzech jego pomocników. Podeszli do stosu z czterech stron i podłożyli ogień. Tłum zaintonował pieśń „Chwalimy cię Wielki Boże”. Stos chwycił ogień i strzelił językami ognia. Skazaniec miał skowyczeć w mękach na miejscu kaźni przez bardzo długie godziny… Drewno było suche jak wiór, żeby skazany nie udusił się w gęstym dymie i ułożone tak sprytnie i zmyślnie, żeby płomienie nie biły zbyt wysoko i za szybko nie strawiły heretyckiego ciała. Stos rozpalał się, choć płomienie nie sięgały jeszcze ciała i nie omiatał go nieznośny żar. Skazaniec wyprostował się i znów uniósł głowę. Omiótł wzrokiem nieprzeliczony śpiewający tłum. Na zmasakrowanej twarzy wypisała się wyższość, duma i pogarda. Chwilę później spojrzenie jedynego oka przepłynęło przez trybunę i spośród zakapturzonych postaci bezbłędnie wyłuskało inkwizytora Adreeę Markidzianniego. Spojrzenie heretyka skrzyżowało się ze spojrzeniem kanonika. Wtedy na twarzy tego pierwszego ukazał się jakby cień cynicznego i pokpiwającego uśmiechu. Jego usta wypowiedziały bezgłośnie jakieś słowa, a kanonik Markidzianni miał wrażenie, że słyszy szept deScorria gdzieś w głębi samej duszy: ‘Wrócę, mój wrogu -mój bracie. Wrócę.’ Markidzianni skupił swoją wolę. Zamknął oczy. ‘Będę czekał.’ I znów głos w duszy: ‘Jak nie w tym życiu, to w innym…’ W tym momencie, choć nie miało się to prawa zdarzyć, stos buchnął nagle kłębem gęstego, jakby tłustego i zawiesistego, ciemnego dymu. Sylwetka skazańca stała się niemal niewidoczna. Kanonik Markidzianni zdążył jeszcze zauważyć, że Adam z całej mocy wciąga do płuc duszący opar. Raz i drugi. Potem stracił go z oczu- całun dymu spowił nieszczęśnika całkowicie. Gdy po kilku już chwilach dym się rozwiał, wszyscy zgromadzeni zobaczyli ciało skazańca bezwładnie wiszące na łańcuchach. Martwe. Stos tymczasem, jakby kpiąc sobie z katowskiego mistrzostwa, zahuczał wściekłym płomieniem. Ogień strawił martwe ciało w niespełna dwa pacierze. Zawiedziony tłum rozpraszał się szybko wracając do swoich codziennych spraw i problemów. Gromieni diukowskim wzrokiem oprawcy uwijali się wokół stosu, ale oczywiście było już za późno na cokolwiek. Duchowni modlili się głośno. Andrea Markidzianni pokiwał do siebie głową i do własnych myśli wyszeptał: -On nigdy nie zapomina o swoich dzieciach i zawsze się o nie troszczy- choć czasami w bardzo dziwny sposób… xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx |
PARAPSYCHOLOGIA,DUCHY,NAWIEDZENIA,HORROR,OPOWIADANIA,STRASZNE HISTORIE,ZAGADKI,NIEWYJAŚNIONE,ŚWIADOME ŚNIENIE,DEMONY,I WIELE INNYCH RZECZY
sobota, 24 września 2011
Heretyk i Kanonik cz.2 4 ostatnia
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz