niedziela, 25 września 2011

WIATR SŁONECZNY


WIATR SŁONECZNY

CHORĄGIEWKI W PRZESTWORZU • EXPLORER SPOWODOWAŁ ZAMIESZANIE • ŚMIERTELNY PAS • PRZESTRZEŃ KOSMICZNA NIE JEST PUSTA
Jednym z najważniejszych odkryć astronomicznych ostatnich dziesiątków lat jest stwierdzenie, że Słońce emanuje nie tylko energię, czyli promieniowanie elektromagnetyczne. Jak każdy reaktor atomowy Słońce ponadto emituje jeszcze materialne promienie "korpuskularne", składające się z nadzwyczaj szybkich jąder atomowych i elektronów, opuszczających powierzchnię Słońca z prędkościami około 500 kilometrów na sekundę; gdy następnie, w kilka dni później, przelatują one koło Ziemi, dzieje się to z szybkością przekraczającą jeszcze tysiąckrotnie szybkość dźwięku. Ujawniono zatem pewną cechę Słońca, o której jeszcze parę lat przedtem nic nie było wiadomo, a która pozwala nam pod pewnym względem spojrzeć w zupełnie nowym świetle na znaczenie Słońca dla naszej egzystencji. Jeżeli bowiem wolno dzisiaj już wydać sąd o konsekwencjach tego odkrycia, okazuje się, że możemy Słońce uważać za "życiodajną" gwiazdą dla nas tu na Ziemi nie tylko dlatego, że jest jedynym dostarczycielem energii, lecz w równym stopniu dlatego, że ono właśnie chroni nas przed skądinąd śmiertelnymi wpływami sięgającymi ku nam z głębi Wszechświata. Aby to zrozumieć, musimy się najpierw nieco dokładniej zapoznać z osobliwymi cechami wydzielanego przez Słońce prądu cząstek, czyli "wiatru słonecznego", jak nazwane zostało owo zjawisko.
Fakt, że Słońce musi emanować jakąś tajemniczą odpychającą siłę, znany był już od bardzo dawna. W pewnych określonych okolicznościach nie można było nie zauważyć tej siły, a mianowicie wtedy, gdy jedna z bardzo licznych komet należących do naszego Układu Słonecznego zbliżała się do Słońca. :
Komety, czyli "gwiazdy z warkoczem", które w dawnych czasach wskutek swego nieoczekiwanego pojawienia się i charakterystycznego wyglądu uważano za oznaki zbliżających się wojen i klęsk, w rzeczywistości są stosunkowo małymi, zimnymi okruchami materii o średnicy liczącej tylko kilkaset, najwyżej do tysiąca kilometrów; krążą one wokół Słońca po bardzo ekscentrycznych, a więc niezwykle wydłużonych eliptycznych torach. Z obliczeń tych torów wynika, że niektóre z nich .potrzebują kilku tysięcy lat na jedno tylko okrążenie i że w najbardziej od Słońca odległych miejscach swych torów – Oddalają się odeń o 2 albo nawet . 3 lata świetlne!
Siła przyciągania Słońca wystarcza więc na utrzymywanie tych ciał w obrębie naszego Układu nawet w takiej naprawdę już astronomicznej odległości. Zwracamy przy tym uwagę, że odległość ta stanowi przecież już połowę przeciętnego wymiaru odległości pomiędzy sąsiadującymi układami słonecznymi. Pomimo więc niesłychanego oddalenia między gwiazdami- stałymi, w związku z czym wydaje się zupełnie nieprawdopodobne, aby kiedykolwiek w przyszłości ziemscy astronauci mogli wkroczyć na powierzchnię nawet najbliżej leżącego obcego układu słonecznego – istnieje jednak jakiś bezpośredni materialny kontakt pomiędzy dwoma sąsiadującymi układami tego rodzaju. Mianowicie w najdalszych od słońc punktach tych układów przecinają się tory należących do nich komet, a wobec nieregularności tych torów, zakłócanych dodatkowo wciąż od nowa – w punktach obiegu zbliżonych do słońc – przez wpływ krążących tam planet, można z dużą pewnością przyjąć, że w tych krańcowych punktach raz po raz dochodzi do wymiany komet. Raz po raz zdarzyć się może, że kometa taka przechodzi z jednego układu do drugiego i zaczyna okrążać inne, obce słońce.
Gdy będziemy tę myśl snuć dalej i gdy weźmiemy pod uwagę, że większość komet wreszcie kiedyś wskutek wzrastających zakłóceń torów zostaje przechwycona i zniszczona przez planety, to znaczy, że po średnim żywocie, trwającym prawdopodobnie "tylko" milion lat, trafia na jakąś planetę w postaci "spadających gwiazd", czyli meteorów – dojdziemy do przekonania, że i na naszej Ziemi istnieć musi materia nie tylko nie pochodząca z tej Ziemi, ale wręcz z jakiegoś obcego układu słonecznego naszego kosmicznego sąsiedztwa.
W dalszym ciągu książki powrócimy jeszcze do owej wymiany materii występującej stale we Wszechświecie, i to nawet w o wiele większych przestrzeniach. W tym miejscu komety interesują nas z zupełnie innej przyczyny. Gdy bowiem te wędrujące kosmiczne okruchy materii, zazwyczaj zimne i wskutek zbyt dalekich odległości niewidoczne na swoich ekscentrycznych orbitach, zbliżą się prędzej czy później do Słońca, nabierają nagle pod jego wpływem właśnie tego wyglądu, który w takie przerażenie wprawiał naszych przodków. Rozgrzanie przez Słońce powoduje wydzielenie gazów ze stałego jądra komety – metodą spektroskopową stwierdzono obecność tlenku węgla i azotu; gazy te oddalają się od jądra z szybkością do 1000 kilometrów na sekundę i – również pod wpływem promieniowania słonecznego – zaczynają świecić. W ten sposób powstaje dziwaczny warkocz komety, zdobiący ją tylko na odcinku tej najkrótszej części toru, która jest najbliżej Słońca. Warkocz ów dochodzi do 100, a nawet do 200 milionów kilometrów długości.
Astronomowie zauważyli już dawno, że owe warkocze komet zwrócone są zawsze w tym samym charakterystycznym kierunku. Można by oczywiście w pierwszej chwili sądzić, że kometa swój ogromnie długi warkocz powinna ciągnąć za sobą. Tymczasem mniemanie takie jest znowu skutkiem naszego przyzwyczajenia do warunków ziemskich. W przestrzeni Wszechświata nie ma przecież oporu powietrza – jakaż więc siła miałaby powodować, że kometa ciągnie swój warkocz za sobą? W zasadzie można by przyjąć, że kierunek warkoczy jest przypadkowy i dowolny, że wskazują one każdorazowo w zupełnie różne strony w sposób nieregularny i nie do przewidzenia. Tymczasem tak właśnie nie jest. Ustawienie jest zawsze niezwykle charakterystyczne i u wszystkich komet takie samo: a mianowicie warkocz zawsze ciągnie się w kierunku przeciwnym niż Słońce.
Schemat nasz ukazuje widok oglądany przez astronoma obserwującego kometę w czasie jej przelotu w pobliżu Słońca. Szkic oddaje pozycję komety w stosunku do Słońca oraz rejestrowany jednocześnie kierunek warkocza w czasie kilku następujących po sobie faz obserwacji. Widać, jak kometa w czasie pierwszej części swojej drogi ku Słońcu w miarę zbliżania się doń rzeczywiście zdaje się wlec swój warkocz za sobą. Ale dalszy przebieg zdarzeń ukazuje dopiero sytuację prawdziwa. W każdym punkcie toru warkocz ustawiony jest w kierunku przeciwnym do Słońca, co wreszcie doprowadza do tego, że kometa po przekroczeniu punktu najbardziej do Słońca zbliżonego zaczyna nawet warkocz "popychać" przed sobą. Na podstawie takich obserwacji domyślano się już od dawna, że Słońce musi emanować jakąś odpychającą siłę, powodującą, że warkocze komet zachowują się we Wszechświecie jak chorągiewki na dachu. Do niedawna nie było wiadomo, jaka to jest siła. Jedni sądzili, że jest nią ciśnienie promieniowanego przez Słońce światła. Obliczenia wykazały, że hipoteza ta jest w każdym razie możliwa do przyjęcia, gdyż bardzo nawet jasno świecące warkocze komet w rzeczywistości są tak niezwykle rzadkie, że gęstość gazu, z którego się składają, odpowiada mniej więcej próżni wytworzonej na Ziemi przy użyciu nowoczesnych środków technicznych. Także silnie świecąca tęcza może sprawić wrażenie bardzo "masywnej", pomimo że jest prawie bezcielesna. Jednakże od dawna już pewna grupa uczonych reprezentowała pogląd, że ów obserwowany u komet "efekt chorągiewki na dachu" Wywołany jest małymi, elektrycznie naładowanymi cząstkami, wysyłanymi przez Słońce we wszystkich kierunkach z dużą szybkością.
Teoria ta – niezależnie od warkoczy komet – znajdowała jeszcze potwierdzenie w innym zjawisku, przez co niebawem zyskała w pewnym stopniu przewagę nad "teorią ciśnienia światła". Tym zjawiskiem były dawno znane zorze polarne, zwane w naszych szerokościach geograficznych także "zorzą północną", widoczne zresztą w zupełnie taki sam sposób na Antarktydzie. Wydawało się, że owa tajemnicza gra bladych świateł i kolorów, występująca w nieregularnych odstępach czasu w bardzo wysokich warstwach ziemskiej atmosfery – 80 lub więcej kilometrów nad powierzchnią Ziemi – i to wyłącznie w pobliżu biegunów – musi mieć jakiś związek z magnetyzmem ziemskim. Sądzono, że prawdopodobnie powstaje wskutek zderzenia naładowanych elektrycznie cząstek z atmosferą ziemską. Cząstki musiały być bezwzględnie naładowane elektrycznie, w przeciwnym bowiem razie nie mogłyby ulegać wpływom pól magnetycznych, a wpływ ten był oczywisty, bo inaczej dlaczego właśnie oba bieguny naszego globu byłyby tak wyraźnie przez cząstki te faworyzowane? Za ich pochodzeniem od Słońca przemawiał z kolei bardzo mocny argument: zaobserwowano mianowicie, że zorze polarne zjawiały się w postaci wyjątkowo wyrazistej i jasnej wówczas, gdy parę dni przedtem odnotowywano szczególnie silne oznaki wzmożonej aktywności na powierzchni Słońca, a więc duże protuberancje bądź pochodnie słoneczne (por. ilustr. 15). Stąd norweski fizyk Olaf Birkeland już w roku 1896 wysunął teorię, że zorze polarne wywołuje rodzaj emanowanego przez Słońce "promieniowania korpuskularnego", rodzaj "wiatru" złożonego z niesłychanie drobnych cząstek, które muszą być naelektryzowane. Na tym chwilowo stanęło, nie było bowiem podówczas jeszcze możliwości zebrania dalszych doświadczeń, pozwalających na podjęcie decyzji i przyznanie racji którejkolwiek ze stron.
Sytuacja uległa zmianie dopiero sześćdziesiąt lat później, gdy Rosjanie i Amerykanie rozpoczęli swe doświadczenia we Wszechświecie. Już trzeci spośród startujących sztucznych satelitów, wypuszczony po Sputniku I i Sputniku II przez Amerykanów w dniu l lutego 1958 roku Explorer I, przekazał swoim pozostałym na Ziemi konstruktorom dane pomiarowe całkowicie nieoczekiwane. Informacje te zrazu wywołały pewne zamieszanie wskutek nieodpowiedniego wyskalowa-nia pewnego przyrządu w stosunku do niespodziewanych warunków pola obserwacji; jednakże w dalszym przebiegu wypadków informacje, uzupełnione następnymi, celowo kierowanymi obserwacjami rejestrowanymi przez satelity, ułożyły się w zupełnie nowy obraz stanu Wszechświata w pobliżu Ziemi, obraz, w którym stara teoria Olafa Birkelanda zajęła należne sobie miejsce.
Z inicjatywy amerykańskiego fizyka van Allena wbudowano bowiem do Explorera I licznik Geigera do rejestracji naładowanych cząstek w górnych warstwach atmosfery ziemskiej. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego van Allen w swoim czasie przeforsował tę propozycję. Explorer I ważył tylko 13,9 kilogramów, ładunek był więc odpowiednio bardzo ograniczony i dobór sprzętu uczestniczącego w tej pierwszej amerykańskiej misji we Wszechświecie był wynikiem długiej, a częściowo i zażartej dyskusji. W każdym razie w dniu startu, to jest l lutego 1958 roku, licznik van Allena brał udział w wyprawie, a jest to fakt, który miał całkowicie dotychczas nie znanemu fizykowi zapewnić światową sławę.
Ironia losu sprawiła, że aparat ów w czasie pierwszego lotu w decydujących rejonach nad powierzchnią ziemską nie składał w ogóle żadnych meldunków. Radiowe przekazy licznika, które do tej chwili działały zupełnie zadowalająco, powyżej wysokości około 1000 kilometrów nad Ziemią ustały zupełnie. Van Allen – a jest to niewątpliwie jego zasługa – wpadł na pomysł, że przyczyną mógł być fakt, iż liczba elektrycznie naładowanych cząstek w tym rejonie jest może jeszcze znacznie większa, aniżeli przypuszczano, że zatem radiowe urządzenie przekaźnikowe po prostu strajkowało, bo było "przekarmione". Wobec takiego podejrzenia wyposażono startujący osiem tygodni później Expk»rer III w odpowiednio mniej czule wyskalowany aparat, który istotnie przekazał, że na wysokości 1000 kilometrów i powyżej rozpoczyna się strefa niespodziewanie intensywnego i przenikliwego promieniowania. W trakcie dalszych obserwacji przez następne satelity okazało się, że strefa ta obejmuje rejon w formie jak gdyby pasa okalającego Ziemię w płaszczyźnie równika i że promieniowanie osiąga najwyższy stopień intensywności na wysokości około 5000 kilometrów nad powierzchnią Ziemi. Powyżej intensywność promieniowania zrazu znowu maleje. Ale na wysokości jeszcze większej, bo około 20 000 kilometrów nad Ziemią, natrafiono na drugi tego rodzaju "pas promieniowania", który okazał się o wiele szerszy i otacza Ziemię prawie całkowicie, bo tylko z wyjątkiem dwóch stosunkowo małych "dziur" ponad oboma biegunami ziemskimi, Morę okazały się prawie całkowicie wolne od promieniowania. Oba "pasy" noszą dzisiaj imię człowieka, któremu na myśl przyszło dołożenie licznika do wyposażenia Explorera I.
Naturalnie że sporo czasu musiało upłynąć, zanim znaleziono chociażby częściową i prowizoryczną odpowiedź na wszystkie pytania, które wyłoniły się wskutek tego odkrycia. Jedno zdawało się pewne od początku: dopiero co narodzona astronautyka chyba utknęła w ślepej uliczce. Intensywność bowiem promieniowania sygnalizowanego przez Explorera III i następne satelity była absolutnie śmiertelna. Wydawało się więc, że dalsze badania przestrzeni Wszechświata przez nie obsadzone załogą rakiety l sondy przestrzenne wprawdzie były możliwe, natomiast przybierające właśnie realne kształty marzenie o podróży człowieka w Kosmos, a więc o prawdziwej astronautyce, skończyło się jeszcze przed rozpoczęciem. Promieniowanie było tak intensywne, że gdyby ludzie mieli przebywać w jego zasięgu bez trwałego uszkodzenia, należałoby stosować osłony ołowiane o ciężarze wielu ton. Wyglądało na to, że ludzkość została umieszczona w jakimś odosobnieniu przez siły przyrody, na których przezwyciężenie technika w najbliższym czasie nie znajdzie żadnych środków. W pewnym momencie – jako jedyne wyjście z sytuacji – rozpatrywano możliwość zakładania przyszłych stacji i w ogóle wyrzutni dla załogowych próbnych lotów kosmicznych na terenach wiecznych lodów w Antarktydzie; sądzono, że tylko przez start z jednego z biegunów będzie można ominąć oba pasy promieniowania. Koszty związane z takim przymusowym rozwiązaniem byłyby prawdopodobnie zahamowały rozwój astronautyki na okres dziesiątków lat.
Na szczęście wszystkie te kłopoty wyrosłe w pierwszej chwili okazały się mniej groźne, aniżeli się na początku zdawało. Wprawdzie promieniowanie w pasach van Allena jest rzeczywiście śmiertelne, ale tylko wówczas gdy organizm poddany jest jego działaniu przez czas dłuższy. Ta okoliczność oraz fakt, że także drugi pas promieniowania szybko traci na intensywności na wysokościach ponad mniej więcej 30 000 kilometrów, pozwoliły uznać wszelkie uprzednie obawy za bezprzedmiotowe. Dla bezpieczeństwa wystarcza zupełnie przekraczanie pasów promieniowania z prędkością rozwijaną normalnie przy próbnych lotach kosmicznych. Czas, w którym astronauci są narażeni na panujące tam promieniowanie, jest tak krótki, że według wszelkich dotychczasowych doświadczeń nie należy oczekiwać jakichkolwiek złych skutków dla ich zdrowia. Stąd w następnych latach do chwili obecnej nigdy już nie było mowy o owych dwóch pasach promieniowania w związku z astronautyką uprawianą przez człowieka.
Tymczasem odkrycie obu tych stref promieniowania – w zupełnie innym powiązaniu, jak się okazało, o wiele bardziej podstawowym i pełnym znaczenia – zapoczątkowało całkowicie nową dyscyplinę, a mianowicie badania nad tak zwaną "przestrzenią międzyplanetarną", to znaczy tą częścią Wszechświata, w której znajduje się nasz własny Układ Słoneczny. Powodów, dla których nauka o przestrzeni międzyplanetarnej rozwinęła się w odrębną gałąź wiedzy, jest wiele. Oczywiście że znaczną rolę odgrywa przy tym fakt, iż w najbliższym czasie będziemy mogli badać wyłącznie ten znajdujący się w naszym najbliższym sąsiedztwie odcinek Wszechświata, ale nie tylko jak dotąd przyrządami astronomicznymi ustawionymi tutaj na Ziemi, lecz wprost i bezpośrednio za pomocą sond przestrzennych i załogowych lotów kosmicznych. Jednakże ta raczej zewnętrzna i określona stanem naszej aktualnej techniki granica została dawno już w znamienny sposób zalegalizowana przez poznanie, że ów "międzyplanetarny" wycinek Wszechświata rzeczywiście zasadniczo różni się pewnymi właściwościami mającymi dla nas życiowe znaczenie od rozpoczynającego się dopiero poza jego obrębem "wolnego" Kosmosu. Trzeci wreszcie powód, który pobudził obecne zainteresowanie badaniami nad przestrzenią międzyplanetarną, związany jest z podstawową zmianą naszego obrazu przestrzeni Wszechświata.
Na samym początku mówiliśmy już o tym – a w pewnym sensie jest to myśl przewodnia całej książki – że do tej pory człowiek, od kiedy i o ile rozpatrywał naukowo przestrzeń poza atmosferą ziemską, zawsze wychodził z założenia, że przestrzeń ta jest pusta, że jest – mówiąc po laicku – tylko przestrzenią, pustym odstępem między ciałami niebieskimi unoszącymi się w niej w ogromnych odległościach od siebie. Także naukowcy myśleli podobnie, nawet jeżeli myśli tej nie formułowali expressis verbis. Jeszcze dziesięć lat temu astronom, zapytany, dlaczego człowiek nie mógłby przeżyć w warunkach kosmicznych bez pomocy środków technicznych, wskazałby prawdopodobnie przede wszystkim na te czynniki, których we Wszechświecie nie ma, a więc na brak powietrza do oddychania, ciepła czy też ciśnienia atmosferycznego. Dzisiaj odpowiedz na to samo pytanie byłaby niewątpliwie uzupełniona wieloma czynnikami zupełnie innej kategorii, a wiec zwróceniem uwagi na wpływy i siły, których działanie zaczyna się dopiero poza naszą atmosferą i których obecność zagraża nam we Wszechświecie, jak na przykład rozbłyski słoneczne, promieniowanie kosmiczne, plazma słoneczna albo właśnie owe pasy promieniowania.
Innymi słowy: podczas gdy wszyscy ludzie, a także naukowcy, wychodzili do niedawna z założenia, że Wszechświat jest pusty, że nie jest niczym innym jak "niczym", w którym Ziemia porusza się zdana na siebie w zupełnej izolacji, szybko narastające od czasu pierwszych startów Explorerów i Łunników rezultaty badań pozwoliły nam zobaczyć zupełnie inny obraz. Wszechświat nie jest w żadnym razie pusty, wypełniony jest niezliczoną ilością sił i czynników, przez nas jeszcze bardzo słabo ogarniętych, ukazujących go jako widownią potężnych, stale w nim przebiegających procesów; już dzisiaj okazało się, że niektóre z nich mają niezwykle ważne znaczenie dla naszych losów tu na Ziemi, pomimo że do niedawna nie śniło nam się nawet o ich istnieniu i że ich w ogóle w normalnych warunkach nie zauważamy.
Jak już wspomniałem, wszystko zaczęło się zaledwie przed dziesięciu laty od odkrycia pasów promieniowania. Bliższe badania wykazały, że ob* pasy składają się z koncentracji elektrycznie naładowanych cząstek, przy czym zewnętrzny większy pas złożony jest przeważnie z elektronów, a w wewnętrznym przeważają protony. Poza tym występują w bardzo znikomej ilości jądra atomów helu. Skąd pochodzą owe poruszające się nad naszymi głowami w danym rejonie cząstki atomowe wykazujące tak wielkie energie? W rachubę wchodzi jedno tylko źródło, a jest nim Słońce. Zadanie polegało więc teraz na wytropieniu, w jaki sposób cząstki te ze Słońca docierają do najwyższych warstw naszej atmosfery, i na udowodnieniu, że są one rzeczywiście pochodzenia słonecznego. Do sprawy tej przystąpiono systematycznie przy użyciu środków obserwacyjnych, jakimi są satelity. Dane dostarczone przez sondy, przede wszystkim radzieckie sondy księżycowe Łunnik I i Łunnik II, a także przez amerykańskie satelity Mariner II i Explorer X, bardzo szybko dostarczyły dowodów na to, że "wiato słoneczny" stanowiący od dziesiątków lat temat kontrowersyjny w środowisku fizyków, rzeczywiście istnieje.
Podsumowując mamy przed sobą następujący niezwykły i nowy zupełnie obraz: Słońce nie tylko emanuje ogromne ilości promieniowania elektromagnetycznego, przede wszystkim światła i ciepła, lecz także promienie korpuskularne w postaci – głównie – protonów i elektronów, opuszczających powierzchnię Słońca we wszystkich kierunkach z szybkością przekraczającą ponad tysiąckrotnie szybkość dźwięku. W zasadzie cząstki te są wyrzucane w przestrzeń z wszystkich miejsc powierzchni Słońca w kierunku dokładnie pionowym. Stosunkowo szybki obrót Słońca – jeden obrót w czasie około 25 dni, a tempo to dla tak wielkiej kuli jest szybkością ogromną – wywołuje przy tym efekt, który można by porównać do efektu aparatu obrotowego do zraszania trawników; powoduje on, że tory odlatujących od Słońca cząstek tworzą stosunkowo bardzo wydłużone spirale.
Słońce więc wysyła promieniowanie nie tylko niematerialne, to znaczy fale elektromagnetyczne, lecz jakkolwiek dziwacznie to brzmi – samo "rozprasza" się także cieleśnie, materialnie, na wszystkie strony Wszechświata. Z obliczeń opartych na danych przekazanych przez satelity wynika, że w ten sposób Słońce traci w każdej sekundzie nie mniej niż milion ton swojej materii. Jest to ilość niesłychana, ale wobec niewyobrażalnego ogromu Słońca stanowi dlań stosunkowo nieznaczny "upust krwi". Przez cały długi okres swojej dotychczasowej egzystencji Słońce utraciło przez to do dnia dzisiejszego niecałą jedną dziesięciotysięczną część swojej łącznej masy.
Nazwa "wiatr" słoneczny jest nadzwyczaj trafna i pełna wyrazu, bo obrazuje nam, że przy tym zjawisku nie chodzi o promieniowanie w zwykłym znaczeniu, lecz o emanację materialnych cząstek, aczkolwiek bardzo drobnych, należących do atomowych rzędów wielkości. We Wszechświecie więc dosłownie "wieje" wiatr wychodzący ze Słońca, wprawdzie wiatr tak niezwykle rzadki, że pomimo swej olbrzymiej szybkości nie poruszyłby żadnej ziemskiej chorągwi. Ale siła jego jest oczywiście dostateczna na poruszenie tworu równie rzadkiego i pozbawionego ciężaru jak on, a więc na przykład warkocza komety. Nie ma dzisiaj już żadnej wątpliwości, że wiatr, który sygnalizują chorągiewki warkoczy komet, jest składającym się z protonów i elektronów wiatrem słonecznym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz