NOWY OBRAZ UKŁADU SŁONECZNEGO
BEZ KSIĘŻYCA NIE MA ŻYCIA • NIEZNANE NIEBEZPIECZEŃSTWO WE WSZECHŚWIECIE • CZY PLANETY SĄ NIEPOTRZEBNE?
Gdy chodzi o konsekwencje hamującego działania Księżyca, mówiliśmy dotychczas tylko o znaczeniu tego rzadko uwzględnianego faktu, że dzień nasz liczy sobie akurat 24 godziny, oraz o komplikacjach i niebezpieczeństwach grożących w przypadku, gdyby kiedykolwiek miało dojść do załamania czasowego porządku żywej przyrody na naszej Ziemi sterowanego tym rytmem. Jeżeli teraz przypomnimy sobie rozległe powiązania, które doprowadziły nas do tego etapu naszych rozważań, zobaczymy, że dotarliśmy do punktu, gdzie krąg naszego toku myślowego się zamyka. Jakkolwiek nikły byłby bowiem efekt tarcia pływów w świadomości naszego krótkiego żywota, wpływ jego jest decydujący dla kuli ziemskiej jako całości. Możemy się teraz pokusić o sformułowanie pewnego stwierdzenia – po wszystkich naszych poprzednich rozważaniach nieomal trywialnego: Ziemia od niepamiętnych już czasów – od kiedy ma swój Księżyc – bynajmniej nie obraca się z absolutną regularnością. Tym samym usunięte zostały wszystkie trudności, które jak nam się zdawało, występowały jeszcze w odniesieniu do teorii prądnicy zastosowanej do ziemskiego pola magnetycznego, teoria ta stała się naszym punktem wyjściowym. Przypomnijmy sobie owo zagadnienie' jedyne przy obecnym stanie naszej wiedzy prawdopodobne wyjaśnienie faktu, że Ziemia pomimo wysokiej temperatury swego metalicznego jądra zachowuje się jak ogromny magnes sztabkowy, opiera się na hipotezie, że płynne części owego jądra wykonują wewnątrz Ziemi ruchy własne, pozwalające na to, aby jądro obracało się jak twornik prądnicy wytwarzającej prąd. Jeżeli w taki sposób w środku Ziemi przepływają prądy elektryczne, istnienie pola magnetycznego przestaje być zagadką, gdyż – jak wszyscy kiedyś uczyliśmy się w szkole na lekcjach fizyki – każdemu prądowi elektrycznemu towarzyszy pole magnetyczne.
Problem, który się tu wyłonił przed nami, wywodzi się z pytania, jakie właściwie mogłyby być przyczyny takiego ruchu własnego jądra ziemskiego. Jeżeli się bowiem wychodzi z takiego założenia, jakie jeszcze do niedawna akceptował cały świat, że Ziemia obraca się od miliardów lat równomiernie wokół swojej osi, musiałaby ona już od dawna "zabierać z sobą" wszystkie części swego płynnego wnętrza z tą samą prędkością i nie byłoby żadnego uzasadnienia dla ruchu własnego jej jądra. Jak pamiętamy, wielu naukowców ratowało się w tej sytuacji dodatkową hipotezą o występowaniu termicznych ruchów konwektywnych we wnętrzu Ziemi. Miały one doprowadzić do ruchów wirowych, które jakoby rotacja ziemska poniekąd "porządkowała" i łączyła w systematyczną całość, aż wreszcie całe płynne jądro ziemskie poruszało się jednolicie i wywołało efekt prądnicy. Taka próba wyjaśnienia sprawy miała – jak też już wspominaliśmy – kilka niepokojących braków. Abstrahując już od wszystkich jej zawiłości, "łączenie w całość" i "porządkowanie" wielu pierwotnie różnych ruchów wirowych jest to typowa ad hoc skonstruowana teoria pomocnicza nie do udowodnienia. Ponadto hipoteza ta nie daje odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak do Ziemi podobna planeta jak Wenus nie ma podobnego do ziemskiego pola magnetycznego. Wszystkie trudności znikają i wszelkie dodatkowe i pomocnicze hipotezy stają się zbędne z chwilą, gdy się zrozumie, że cały ten problem w ogóle nie istnieje, że chodzi tu o problem pozorny, wypływający z błędnych założeń.
To że płynne wnętrze Ziemi nie obraca się z taką samą prędkością jak stały płaszcz ziemski i stała skorupa ziemska, wcale nie jest zagadkowe. Przeciwnie, zupełnie oczywisty i możliwy do udowodnienia jest fakt, że jądro nie może uczestniczyć w rotacji ziemskiej z tą samą prędkością. Księżyc przez mechanizm tarcia pływów stale hamuje bieżąco, chociaż bardzo powoli, obrót Ziemi; jest to okoliczność, która w sposób nieunikniony musi doprowadzić do powstania "zróżnicowanej rotacji" pomiędzy płynnym jądrem, pozostającym zawsze nieco w tyle przy tym hamowaniu, a stałym płaszczem Ziemi. Motoru zatem owej prądnicy, wytwarzającej ziemskie pole magnetyczne, a tym samym magnetyczną ochronę osłaniającą nas przed "twardą" częścią promieniowania słonecznego, to jest przed wiatrem słonecznym, nie należy wcale szukać w samej Ziemi, lecz w odległości 380 000 kilometrów: jest nim bowiem Księżyc. W świetle tego nowego ujęcia, szczególnie przekonywający ukazuje się nam związek pomiędzy osią obrotu Ziemi a osią jej pola magnetycznego. Właśnie owo opóźnienie rotacji ziemskiej w wyniku hamującego działania Księżyca i wreszcie sama rotacja wywołują powstanie pola magnetycznego. Holderlin opiewał jeszcze naszego satelitę jako "bladego towarzysza", sunącego gdzieś wysoko nad naszymi głowami, obojętnego na nasz los. Holderlin mylił się. Bez Księżyca Ziemia nie nadawałaby się do zamieszkania.
Nawet jeżeli krąg naszej drogi myślowej wreszcie się teraz zamknął, przypatrując się bliżej całości, widzimy, że wcale jeszcze nie powróciliśmy do naszego punktu wyjściowego. Na podstawie wszystkiego, co omawialiśmy do tej pory w poprzednich rozdziałach tej książki, pewien aspekt bardzo istotny dla oceny sytuacji naszej Ziemi w wolnym Wszechświecie niepostrzeżenie uległ zasadniczej zmianie: otóż Ziemia nie jest wcale statkiem kosmicznym. Owa analogia pomiędzy naszą planetą a poruszającym się w obszarach Kosmosu Układem, zamkniętym w sobie i samowystarczalnym – była o wiele zanadto uproszczona, a przede wszystkim niepełna. Nie uwzględniała ona jeszcze powiązań i procesów, które w ostatnich czasach nauka odkryła we Wszechświecie. Jeżeli teraz ponownie uprzytomnimy sobie sytuację, stwierdzimy, że Ziemia jest tylko częścią statku kosmicznego, właściwie tylko kabiną dla załogi – załogą jest cała ludzkość i wszystkie zwierzęta – złożonego skomplikowanego systemu, znacznie większego, aniżeli nam się przedtem zdawało, którego bardzo liczne części są wzajemnie powiązane w różnoraki sposób. Dopiero teraz możemy w pełni docenić budowę kosmicznego mobilu, którego kunsztownie utrzymywana równowaga stanowi podstawę naszej egzystencji. Spróbujmy krótko raz jeszcze podsumowując naszkicować sytuację, która się teraz powoli wyłoniła.
W czasie podróży naszej przez Wszechświat jesteśmy ograniczeni do ekosfery trzeciej planety pewnej gwiazdy stałej, której nadaliśmy imię "Słońce". Ekosferą uczeni nazywają stosunkowo bardzo małą strefę, w której wyłącznie urzeczywistnione są liczne i w najwyższym stopniu kompleksowe warunki, na jakie zdane jest utrzymanie całego ziemskiego życia. Tę przestrzeń życiową trzeba sobie wyobrazić jako cieniutką błonkę powlekającą powierzchnię Ziemi. Poza jej granicami, życie już nie jest możliwe bez kosztownych technicznych urządzeń ochronnych znanych nam z astronautyki czy też wyposażenia nurków głębokomorskich. Tymczasem warunki w obrębie ekosfery, pozwalające na utrzymanie, życia, nawet jeżeli raz powstały, wcale nie są zapewnione po wszystkie czasy ani nawet na dłuższy okres. Wręcz przeciwnie, są one wynikiem zmiennego oddziaływania bardzo rozmaitych sił równoważących się wzajemnie na przestrzeni bardzo nieraz odległych rejonów Wszechświata.
Owa strefa Wszechświata – najwidoczniej niezbędna do zapewnienia nam dalszego trwania swojskiego i codziennego środowiska, które wskutek tej codziennej swojskości wydaje się tak solidne i niezmienne – owa strefa, jak coraz wyraźniej wykazują badania szczególnie ostatnich lat, jest znacznie rozleglejsza, aniżeli jeszcze do niedawna sądzono. Nakład ponoszony dla zapewnienia przetrwania naszego świata przez wieki nieoczekiwanie okazał się olbrzymi. Korzenie naszego bytu sięgają daleko w przestrzeń międzyplanetarną, która na podstawie obowiązującego do tej pory obrazu świata wydawała nam się tak wroga życiu i obca. Wroga i obca na podstawie takiego widzenia świata, jakie naszą właściwą przestrzeń życiową (ten jedyny rejon powierzchni ziemskiej, w którym naprawdę możemy normalnie poruszać się i przebywać) uważało za całkowicie wyizolowaną i ostro oddzieloną od sąsiadującego
Wszechświata, nie mającego z nią jakoby żadnych powiązań poza tym jednym tylko, że Słońce nas ogrzewa i oświetla.
Okazało się, że w rzeczywistości sprawa wygląda zupełnie inaczej. Wprawdzie istotnie Słońce swą potężną energią przede wszystkim w postaci światła i ciepła utrzymuje w ruchu na powierzchni Ziemi, w ekosferze, wielkie obiegi, dzięki którym zapasy tlenu, wody i pokarmu, nie występujące z natury w nieograniczonych ilościach, wciąż się regenerują. Nie jest jednakże tak, że Słońce produkuje tylko światło i ciepło. Ilość produkowanej przezeń energii jest tak wielka, że niezmienność warunków, które stwarza w otaczającej je części Wszechświata, zawierającej również Ziemię, może być utrzymana przez miliardy lat tylko przez atomowe procesy syntezy. Jednakże owe reakcje jądrowe wyzwalają nie tylko światło i ciepło, lecz – o czym już była mowa – oprócz innych form energii także promieniowanie korpuskularne, a mianowicie wiatr słoneczny składający się z bardzo prędkich protonów i elektronów.
Jak się okazuje, także to korpuskularne promieniowanie słoneczne ma dla nas życiowe znaczenie. Na skrajnych granicach Układu Słonecznego, gdzieś na wysokości orbity Plutona, w odległości mniej więcej 6 miliardów kilometrów od nas – uderza ono w materię międzygwiazdową wolnego Wszechświata, tworząc przy tym wokół naszego Układu ową olbrzymią kulę chroniącą nas przed ultratwardymi śmiertelnymi promieniami kosmicznymi, które napierają na nas ze wszystkich kierunków od granic Drogi Mlecznej.
Mówienie o podróżach kosmicznych już dziś jest więc sprawą przedwczesną i stanowi przesadę także z drugiego jeszcze powodu. Pierwszy wymieniliśmy już na początku tej książki. Rozmiary i odległości w naszym własnym Układzie Słonecznym są – jak to uzmysłowiliśmy sobie na przykładzie modelu myślowego – tak wielkie (nie mówiąc już wcale o dystansach międzygwiazdowych, a cóż dopiero międzygalaktycznych), że w porównaniu z tym skok na Księżyc reprezentuje tylko bardzo mały odcinek drogi. Przypomnijmy sobie to zagadnienie i zobrazujmy je raz jeszcze innym przykładem: gdybyśmy zredukowali odległość Ziemia – Księżyc do trasy lekkiego marszu dziennego, to jest do 20 kilometrów, wówczas odległość Plutona od nas wynosiłaby jeszcze tyle co obecnie odległość Księżyca. Drugie zastrzeżenie, które musimy dorzucić, teraz kiedy już rozpatrzyliśmy bliżej rzeczywistą sytuację Ziemi w Kosmosie, i które dotyczy nie tylko wszystkich dzisiejszych astronautycznych prób i usiłowań człowieka, ale co najmniej jeszcze najbliższych przyszłych pokoleń, o ile nie w ogóle całej przyszłości – wynika z poznania, że wolny Wszechświat naprawdę rozpoczyna się dopiero poza Układem Słonecznym, a mianowicie poza ową kulistą granicą szoku, którą Słońce roztacza wokół całego swego Układu Planetarnego przez emanowany przez siebie prąd plazmy. Dopiero za granicami tej kuli panują "warunki kosmiczne" we właściwym tego słowa znaczeniu. Właśnie owe tutaj raz jeszcze rekapitulowane odkrycia naukowe otwierają nam oczy na to, że w rzeczywistości w ogóle jeszcze nie wiemy, jak wygląda, jakie panują warunki w tym "wolnym" Wszechświecie. Wewnątrz bowiem olbrzymiej kuli poddanej przez wiatr słoneczny bombardowaniu kosmicznych promieni, sytuacja jest nieomal wyłącznie opanowana przez Słońce, i to w takim stopniu, że należy uważać ją za całkowicie specyficzną, a zatem nie może ona stanowić podstawy przeprowadzania analogu do przestrzeni znajdującej się poza obrębem tego rejonu.
Dopiero owa kula ze swoją średnicą 12 miliardów kilometrów stanowi zewnętrzny zarys statku kosmicznego, na którym lecimy przez Wszechświat, dla którego Ziemia – biorąc ściśle – jest w rzeczywistości tylko kabiną dla personelu. Tak długo jak astronautyka będzie się ograniczać do lotów międzyplanetarnych, a więc może nawet i na zawsze, jeszcze wciąż nie będą w grę wchodziły loty "kosmiczne" w ścisłym tego słowa znaczeniu, a jedynie loty pomiędzy poszczególnymi częściami składowymi statku kosmicznego; my zaś możemy uważać się. za jego załogę. Mówiliśmy przed chwilą i obszernie wyjaśnialiśmy przyczyny, dla których międzygwiazdowa podróż kosmiczna, to znaczy loty pokonujące "międzygwiazdowe" odległości położone pomiędzy układami planetarnymi sąsiadujących ze sobą gwiazd stałych – może nigdy nie będą mogły być zrealizowane. Z drugiej jednak strony, marzenie o locie przez Wszechświat wśród gwiazd jest już dziś w pewnym sensie spełnione: wszyscy lecimy przecież już przez ten Kosmos od początku dziejów ludzkości wraz z całym Układem Słonecznym. Może podróż taka, trwająca setki, tysiące albo i miliony lat, wcale nie jest możliwa przy mniejszym nakładzie sił.
Druga kula, której ochrona jest nam niezbędna, równie niewidoczna jak pierwsza, o średnicy przeciętnej liczącej "tylko" 200 000 kilometrów, znacznie mniejsza i także dopiero przed kilku laty odkryta – to ziemska magnetosfera. Osłania ona – używając raz jeszcze analogii do statku kosmicznego » – zamieszkałą przez załogę część statku, to jest Ziemię, przed śmiertelnym promieniowaniem, produkowanym poza ciepłem i światłem przez atomowy reaktor, niezbędny dla całego Układu jako dostawca energii. Owa druga magnetyczna tarcza ochronna powstaje dzięki oddziaływaniu Księżyca na obrót Ziemi.
Gdy teraz spojrzymy na ten pokrótce naszkicowany obraz, ukazujący nam nasz Układ Słoneczny w nowym świetle, i na rolę, jaką w nirn odgrywa Ziemia – wydać się może, jakoby pozostałe planety naszego Układu nie uczestniczyły w całej tej grze sił, jakoby były poniekąd niepotrzebne i zbędne dla sprawy wpływów kształtujących powierzchnię naszej Ziemi w ekosferę, w strefę nadającą się do zamieszkania przez ludzi, zwierzęta i rośliny Nie powinniśmy dać się zwieść temu wrażeniu. Wszystko, o czym dotąd mówiliśmy, zostało odkryte dopiero w ostatnich latach. Nikt nic o tym nie wiedział w poprzednich stuleciach. I nikomu także – a to jest z punktu widzenia dzisiejszej sytuacji znamienne – w ogóle nie wpadło na myśl, że do pełnego obrazu czegokolwiek jeszcze może brakować. Zdumiewające jest, jak bardzo się obraz zmienił w ciągu tak niewielu lat. A to jest powód, dla którego powinniśmy być przekonani, że daleko jeszcze do odkrycia wszystkich "rzeczywiście istniejących wpływów i powiązań, powinniśmy pamiętać, że wszystkie dotychczasowe doświadczenia nabyte w trakcie badań nad światem, przemawiają za tym, że w przyrodzie nie tylko nic nie dzieje się bez przyczyny, ale też nie bez skutków Aczkolwiek dzisiaj po prostu nie dość wiemy, aby móc przewidzieć, co by się stało, gdyby na przykład jedna z innych planet znikła z naszego Układu, to jednak nawet i cząstka odkryta do tej pory, pozwala nam przypuszczać, że skutki byłyby radykalne, prawdopodobnie wręcz niebezpieczne, że konsekwencje byłyby odczuwalne aż w ostatnim zakątku Układu Słonecznego, a bezsprzecznie i w tej stosunkowo bardzo małej strefie, która nam w tym Układzie przypada w udziale. Jeżeli chodzi o te sprawy, nauka nasza postawiła dopiero pierwsze kroki w nowej dziedzinie, w której oczekują nas jeszcze niezliczone odkrycia i niespodzianki.
Przez zrozumienie, że dla naszego istnienia potrzebna jest cała przestrzeń zajmowana przez Układ Słoneczny, wcale jeszcze nie otrzymaliśmy odpowiedzi na pytanie obejmujące całość zagadnienia Przez poznanie, że siły i powiązania prowadzące grę na tak potężnych przestrzeniach i odległościach stwarzają na powierzchni Ziemi, jak gdyby w punkcie zogniskowania, owe warunki kształtujące nasze środowisko, jedyne warunki umożliwiające powstanie i zachowanie takich kruchych i nieprawdopodobnych struktur, jakimi są żywe organizmy – przez to poznanie, pytanie pierwotne objęło tylko szerszy zasięg. Wyszliśmy z założenia, że Ziemia nie jest samowystarczalna. Od tego czasu dowiedzieliśmy się, że dopiero twór tak wielki i skomplikowany jak Układ Słoneczny może być uważany za jednostkę kosmiczną, zamkniętą w sobie, której wewnętrzną stałość uzasadnić można siłami pochodzącymi z tegoż Układu.
Tym samym stajemy obecnie przed następnym pytaniem, sięgającym poza owe powiązania, a mianowicie, w jakim stosunku "statek kosmiczny Układ Słoneczny" znajduje się do Wszechświata rozpoczynającego się poza jego granicami; czy sunie poprzez niewymierne głębie tych przestrzeni w izolacji, wewnętrznym bezruchu i zamknięciu od zewnątrz, czy też ten większy Układ ze swej strony także ulega wpływom i określany jest w swojej odrębności przez jeszcze dalej sięgające powiązania, wpływy i siły pochodzące z otchłani Kosmosu.
Dziwnym trafem pierwszą wskazówką, że istnieje tego rodzaju powiązanie spajające cały Wszechświat, było rozpatrzenie pewnej "kosmicznej awarii", która przed około 700000 lat przejściowo dotkliwie zakłóciła kunsztowną budowę Układu Słonecznego w miejscu w każdym razie z naszej perspektywy zupełnie decydującym: w owym czasie osłona ziemskiego pola magnetycznego uległa całkowitemu zanikowi. Dokładne przebadanie tego dramatycznego zdarzenia wykazało, że nie stało się to po raz pierwszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz