KOSMICZNY PIRUET
DOKŁADNOŚĆ DO JEDNEJ MILIARDOWEJ CZĘŚCI PRO-MILLE • ZAGADKOWY RYTM ZIEMSKI • CZY ISTNIEJE CZAS ABSOLUTNY? 0 OBROTY SĄ SZYBSZE, BO PADA DESZCZ
Zawsze, gdy w jesieni liście spadają z drzew, Ziemia obraca się odrobiną prędzej. Wszystkie dni są więc w jesieni troszeczkę krótsze od "normalnej" 24-godzinnej przeciętnej. Różnica nie jest wielka, ale bezspornie uchwytna: wzrasta do maksymalnej wielkości 0,06 sekundy, których jesiennym dniom jak gdyby "brakuje". Każdej wiosny dokładnie ta sama ilość znowu im przybywa. Jest to jeden z elementów zakłócających – jak się przy dokładniejszych badaniach okazało – rotację naszego globu, uchodzącą do tej pory za regularną. Poza tym wykryto jeszcze kilka innych zakłóceń, z chwilą gdy powstały zegary przewyższające swoją dokładnością wszystkie naturalne astronomiczne mierniki czasu w takim stopniu, że umożliwiły naukowcom kontrolowanie tychże mierników. Bardzo szybko ujawniło się, że ich przysłowiowa regularność nie jest tak bezsporna, jak dotąd sądzono, w każdym razie wtedy gdy przeprowadzano kontrolę z dokładnością, na jaką pozwalały nowe zegary. W roku 1929 wynaleziono najpierw zegary kwarcowe. Zasada ich polega na tym, że kryształ kwarcowy można przez zastosowanie prądu elektrycznego wprowadzić w nadzwyczaj szybkie, a zarazem niezmiernie regularne drgania. A przecież drgania o możliwie największej regularności stanowią podstawę wszelkich pomiarów czasu, a więc zarówno dawnych zegarów wahadłowych, jak sprężynowych, wyposażonych w "drgający balans". Przy wykorzystaniu drgającego kryształu kwarcowego jako zegara trzeba było oczywiście jeszcze rozwiązać bardzo trudne problemy natury technicznej, związane ze znalezieniem jakiegoś sposobu rejestrowania czy też liczenia jego drgań bez oddziaływania na nie. Gdy to się udało, osiągnięto za jednym zamachem dokładność do jednej milionowej sekundy na dobę.
Istnieje jednak pewna decydująca wada charakterystyczna dla wszystkich zegarów kwarcowych, uszczuplająca w bardzo poważnym stopniu ogromny postęp reprezentowany przez zegary tego typu. Kryształ kwarcowy bowiem przez narzucane mu elektryczne drgania stosunkowo szybko zmienia swoje właściwości mechaniczne. A od nich wszak zależy częstotliwość jego drgania. Innymi słowy, uzyskano wprawdzie zegary o precyzji do tej pory wręcz niewiarygodnej, ale ich niezwykła dokładność trwa przez czas stosunkowo krótki, w najlepszym razie kilku miesięcy. Po tym okresie występują odchylenia w chodzie zegara, które unicestwiają wszystkie dopiero co osiągnięte korzyści. Zatem zegary kwarcowe raczej nie nadawały się do sprawdzania obrotów Ziemi, kiedy mierzyć należało nie tylko długość doby, lecz także długość roku.
Dopiero od niewielu więcej niż kilkunastu lat dysponujemy chronometrami spełniającymi wszystkie wymagania, jakie stawia zadanie przekontrolowania astronomicznej normy czasu. Zegary owe również mierzą czas przez wykorzystanie procesu naturalnego, którym jednak w tym przypadku nie jest już astronomiczny przebieg ruchu, lecz drgania atomów określonego pierwiastka. Nie musimy się tutaj zajmować szczegółowo budową tych zegarów ani sposobem, w jaki został rozwiązany problem rejestracji tego rodzaju drgań atomowych z ich nadzwyczaj wysokimi częstotliwościami. Ważny dla nas jest fakt, że naturalna norma drgań własnych określonego atomu pozwala na wręcz niewyobrażalną dokładność pomiarów i że precyzja takiego atomowego zegara – tak brzmi nazwa całego urządzenia – według tego, co nam wiadomo, jest absolutnie stała.
Precyzja tego nowego pokolenia zegarów jest rzeczywiście tak wyjątkowa, że nawet trudno ją zilustrować przykładem. Wyrażona zwykłymi cyframi wynosi 10~łs, czyli l: 10 bilionów. Jest to dokładność do jednej dziesięciomiliardowej części promille. Wszystko to brzmi dumnie, ale laikowi matematycznemu niewiele mówi. Stopień niezawodności nowej normy czasu staje się bardziej zrozumiały, gdy sobie wyobrazimy, że dwa zegary atomowe, które by zostały skonstruowane i wzajemnie zsynchronizowane w roku zerowym, a następnie całkowicie pozostawione w spokoju, obecnie – to znaczy 2000 lat później – różniłyby się między sobą o najwyżej jedną tysiączną sekundy. Na czym jednak właściwie polega korzyść takiej niewiarygodnej dokładności? Możliwość rozłożenia jednej milionowej części sekundy na dziesiątki tysięcy dokładnie równych sobie części ułamkowych może istotnie zaspokoić ambicję technika opętanego dążeniem do najwyższych szczytów dokładności, ale laikowi nasuwa się pytanie, jakie to procesy mają być jeszcze mierzone przy użyciu miernika czasu, którego skala wykazuje ułamkowe części jednej milionowej sekundy. Tymczasem takie postawienie pytania jest błędne. Nie chodzi bowiem oczywiście o to, aby obliczać procesy w takich rzędach wielkości, lecz jedynie różnice w czasie. Niezwykłe możliwości wynikające z wynalezienia zegarów atomowych polegają na precyzji synchronizacji różnych procesów i na całkowicie niezawodnym sprawdzaniu stałości określonych przebiegów.
W poprzednim rozdziale była już mowa o tym, że przed kilku laty zadano sobie trud zsynchronizowania Europy z Ameryką z dokładnością do jednej milionowej sekundy przy użyciu trzech zegarów atomowych, z których jeden był przewożony w tę i znowu w tamtą stronę samolotem. Po co ten cały kram? Jedna z wielu odpowiedzi na to pytanie brzmi, że taka precyzyjna synchronizacja stwarza warunki do całkowicie nowego systemu lokacji samolotów. W dzisiejszych czasach już nie admirałowie gotowi są wydawać bajońskie sumy na coraz większe udoskonalenia pomiarów czasu; obecnie mecenasami w tym zakresie są przede wszystkim marszałkowie broni powietrznej. Gdyż system lokacyjny oparty na porównaniu czasów przebycia poszczególnych odcinków drogi przez fale radiowe jest uniezależniony od pogody i nie ulega wpływom ani atmosferycznym, ani umyślnych zakłóceń.
Lokacja dokonywana jest w zasadzie w następujący sposób: kilka nadajników nieregularnie rozrzuconych na dużym terenie, wypromieniowuje krótki przerywany sygnał w dokładnie tym samym czasie. Sygnały te, odbierane na pokładzie samolotu, dochodzą oczywiście nie całkiem jednocześnie, nigdy bowiem wszystkie nadajniki nie będą się znajdowały w równej odległości od samolotu, a także dlatego że nawet sygnał radiowy, jakkolwiek bardzo prędki, potrzebuje pewnego czasu na przebycie drogi między nadajnikiem a samolotem. Kwarcowy zegar na pokładzie samolotu rejestruje różnice czasu pomiędzy nadejściem rozmaitych sygnałów, z których każdy jest jednoznacznie przyporządkowany do określonego nadajnika przez nieco odmienne częstotliwości. Zmierzone interwały czasowe wprowadza się do komputera, który przelicza je na różnice odległości. Wtedy wystarczy tylko, aby nawigator naniósł owe odległości na swoją mapę, na której zaznaczone są miejsca umieszczenia nadajników; po czym może on dokładnie podać, gdzie znajduje się samolot w chwili pomiarów.
Niezbędnym warunkiem tego systemu jest naturalnie możliwie precyzyjna synchronizacja nadajników wysyłających sygnały czasowe. Tylko w przypadku gdy owe wysłania następują naprawdę jednocześnie, można obliczać wymierzone na pokładzie samolotu różnice czasów jako wynik różnic między odcinkami dróg sygnałów radiowych, a więc jako odległości pomiędzy nadajnikiem a samolotem. Przy szybkości tych sygnałów wynoszącej 300000 kilometrów na sekundę – różnica czasu jednej milionowej części sekundy odpowiada już odcinkowi drogi długości 300 metrów. O taką wielkość więc wszystkie lokacje uzyskane tym systemem byłyby już z góry wadliwe, gdyby synchronizacja wszystkich nadajników wysyłających sygnały czasowe wykazywała dokładność "tylko" do jednej milionowej sekundy. Dzięki temu zaś, że zegar atomowy jest wciąż przenoszony z jednego z uczestniczących nadajników do następnego, gdzie dokonuje się skalowania i regulacji zegara atomowego zainstalowanego tam na stałe, można zapewnić "jednoczesność" wypuszczania sygnałów przez poszczególne nadajniki z dokładnością do stumilionowej części sekundy, a nawet i więcej. Byłaby to więc teoretycznie tolerancja błędu do tylko 3 metrów przy każdej lokacji. (Naturalnie że z tej teoretycznie osiągalnej precyzji zawsze znaczna część przepada znów w wyniku nieuchronnych błędów w pomiarach i obliczeniach.) W miarę jak tym sposobem przez coraz dokładniejsze przestrzeganie "jednoczesności" między grupami nadajników następuje coraz dalsza redukcja tolerancji błędu, dochodzimy powoli do stanu, gdy lokacja będzie tak niezawodna (teoretycznie błędy wynosić będą już tylko centymetry czy też nawet milimetry), że pewnego dnia zostanie na tej zasadzie skonstruowany w pełni zautomatyzowany system robota-pilota ze sterowanym przez komputer lądowaniem w nocy bądź też w gęstej mgle.
Obecnie już wykorzystuje się opisany proces do celów wojskowych. Na przykład łodzie podwodne po długotrwałym zanurzeniu albo też w czasie zanurzenia ustalają swoją pozycję przy użyciu otwartej boi odbiornikowej, stosując pomiary oparte na różnicach czasu nadejścia sygnałów zsynchronizowanych wzajemnie nadajników. Metoda ta ma tę niezwykłą zaletę, że łodzie same mogą pozostawać "nieme" i nie zdradzać swej obecności przez własne sygnały namiarowe. Z podobnych przyczyn także w astronautyce, na przykład przy zdalnym sterowaniu sond kosmicznych, niezbędna jest synchronizacja o równie wielkiej precyzji. Niechaj pociechą nam będzie świadomość, że prędzej czy później ten proces, gdy całkowicie dojrzeje i stanie się w dostatecznym stopniu opłacalny, zostanie niewątpliwie zastosowany także w powszechnej komunikacji lotniczej do sterowania automatycznych systemów lądowania, a więc na użytek "zwykłych" cywilów.
Drugą decydującą zaletą, jaką daje niebywała precyzja zegarów atomowych, jest możliwość sprawdzania stałości pewnych przebiegów z dokładnością większą aniżeli do tej pory. Ma to przede wszystkim nieocenione znaczenie dla wielu zagadnień naukowych. Mówiliśmy na początku tego rozdziału o tym, że Ziemia zawsze w jesieni obraca się nieco prędzej, a na wiosnę o tę samą wartość znowu wolniej (do 0,06 sekundy na 24 godziny). Bez zegarów atomowych nie wiedzielibyśmy jeszcze do tej pory nic o tej niedawno odkrytej, związanej z porami roku, a więc "sezonowej", periodycznej nieregularności obrotu naszej planety. Naturalnie nie odczuwamy tego całego, wysoce interesującego i ciągle jeszcze nie całkowicie wyjaśnionego zjawiska wcale, na to wahania te są o wiele za nikłe. Ale nie potrafimy ich stwierdzić również przez pomiary. Tak drobne różnice w czasie, które zresztą powstają bardzo stopniowo, na przestrzeni tygodni i miesięcy, możemy rejestrować nawet najdokładniejszymi zegarami "zwyczajnymi" tylko wówczas, gdy różnice te stopniowo coraz bardziej się sumują na długich odcinkach czasu, aż urosną do wymiernego odchylenia pomiędzy wartością teoretycznie obliczoną a faktycznie wymierzoną. Tymczasem w tym przypadku chodzi przecież o wahania periodyczne, które na przestrzeni pełnego roku zawsze się znowu w regularnym rytmie wyrównują.
Regularność owych periodycznych wahań ziemskiej rotacji mogłaby może zrazu budzić pewne wątpliwości. Okresowe zmiany prędkości, z jaką Księżyc zdawał się krążyć wokół Ziemi, przy dokładniejszej analizie zjawiska okazały się przecież swego czasu zmianami pozornymi. Złudzenie to wywołane było przez sprawdzanie ruchu Księżyca przy użyciu pewnej miary czasu uznawanej za stałą, a która w rzeczywistości podległa była długofalowej niedokładności biegu, odczuwalnej dopiero po setkach lat. Czy zatem i ta dziwaczna, uzależniona od pór roku okresowość rotacji ziemskiej nie jest może także złudzeniem, którego źródła szukać należy w okresowości zastosowanego w tym przypadku atomowego miernika czasu? Zapytując inaczej: czy możemy dzisiaj właściwie być absolutnie pewni, że używany przez nas obecnie wzorzec czasu naprawdę jest stały?
Odpowiedź na to musi brzmieć zasadniczo: "nie". Nie mamy żadnego sposobu zbadania stałości tych atomowych częstotliwości, chyba że kiedyś będziemy dysponowali możliwością stosowania wzorca jeszcze dokładniejszego. Ale tego nie można sobie wyobrazić nawet teoretycznie, a cóż dopiero praktycznie. Poza tym taka sytuacja przesunęłaby tylko postawiony tutaj problem w czasie, gdyż to samo pytanie – stały czy też nie? – można by sobie naturalnie zaraz znowu postawić w odniesieniu do tego nowego wzorca. Właśnie w stosunku do krótkookresowych wahań rotacji ziemskiej związanych z porami roku – a to samo dotyczy także innych do tej pory odkrytych czynników zakłócających – wiele jest jeszcze nie wyjaśnionych zagadnień szczegółowych (odkrycie ich jest wszak sprawą zupełnie nową), pomimo to jednak zasadnicze powiązania pomiędzy zmianami prędkości obrotu Ziemi a pewnymi związanymi z porami roku procesami zachodzącymi na jej powierzchni są tak oczywiste, że nie można już w żadnym razie wątpić w realność samego zjawiska.
W zasadzie musimy więc oświadczyć, że nie możemy wiedzieć, czy atomowy miernik czasu jest naprawdę stały. Zarówno logika, jak wszystkie doświadczenia naukowe zdają się za tym przemawiać. Mimo to trzeba przyznać, że procesy przebiegające w czasie możemy zawsze mierzyć tylko przez porównanie ze zjawiskami periodycznymi, co do których zakładamy, że przebiegają równomiernie. Z początku do tego celu przyjmowano obroty Ziemi. Wreszcie już nawet zegar wahadłowy udowodnił – poprzez okrężną drogę pomiarów prędkości Księżyca – że wzorzec ten nie jest tak stały, za jaki go uważano. Obecnie z kolei badamy ową klasyczną normę, to jest rotację ziemską, zegarami atomowymi. Nie mamy żadnej możliwości sprawdzenia ich stałości. Gdyby na przykład w toku dziejów Wszechświata atomowe częstotliwości wahań z wolna wzrastały bądź się zmniejszały – jest to czysta spekulacja myślowa, której ani udowodnić, ani zaprzeczyć nie można – nie moglibyśmy nic o tym wiedzieć. A tymczasem błąd z tego wynikający, dla nas niewidoczny, tkwiłby we wszystkich prawidłach i wzorach, którymi usiłujemy Wszechświat ten opisać.
Mierzyć znaczy "porównywać". Przy każdym pomiarze jest się zależnym bez względu na wyniki od niezawodności zastosowanego miernika. Gdyby jakiś nadziemski demon potrafił świat cały, począwszy od rozmiarów subatomowych aż do przeciętnego odstępu pomiędzy poszczególnymi galaktykami, ścisnąć bądź rozciągnąć tysiąc lub milionkroć – nic nie moglibyśmy z tego zauważyć, gdyż w zmianie tej uczestniczylibyśmy i my sami, i wszystkie nasze mierniki. A gdyby ta sama istota wpadła na pomysł zwolnienia bądź przyspieszenia wszystkich przebiegających w tym Wszechświecie procesów albo też "zatrzymania" całego świata na pewien dowolny przeciąg czasu – i to również stanowiłoby zdarzenie dla nas niezauważalne.
Wszystkie te rozważania i dociekania – o ile pamiętamy – nie mają nic wspólnego z czasem "jako takim". Wymienione tutaj możliwości dotyczą wyłącznie zasadniczych warunków, które musi uwzględnić naukowiec przystępujący do definiowania i mierzenia czasu "obiektywnego". Właśnie owe rozważania wykazać mogą nawet bardzo dobitnie, że nie pozostaje mu nic innego, jak postępować całkowicie pragmatycznie, czyli – jak się dzisiaj chętnie mówi – "operatywnie". Przez swoje postępowanie praktyczne, swoje działanie, czy też rzeczywiście "operowanie", definiuje on to, co mierzy, w tym przypadku więc czas, absolutnie bez żadnej możliwości rozumowego dociekania, czym właściwie "jest" czas i w jakim sensie może on w ogóle w tej abstrakcyjnej formie istnieć. Do roku 1965 sekunda oficjalnie była jedną 31 556 925,9747 częścią roku. Od 1965 roku za sekundę uchodzi czas potrzebny na to, aby atom cezu wahnął się tam i z powrotem 9192 631770,0 razy. Jest to uchwała podjęta w 1964 roku w Paryżu przez Generalne Zgromadzenie Międzynarodowego Komitetu Miar i Wag.
Zegary atomowe umożliwiły w ostatnich dziesięciu latach nie tylko dokonywanie dokładnych pomiarów zakłóceń, którym ziemska rotacja podlega, lecz także rozłożenie ich na szereg od siebie niezależnych składników, mogących sprowadzać się do bardzo różnorakich przyczyn. Jakkolwiek odkrycie, że Ziemia nie obraca się równomiernie, wywołało zdumienie, dokładniejsze badania przy użyciu nowych mierników czasu wykazały nawet, że istnieje prawdopodobnie wiele różnych czynników przeszkadzających naszej Ziemi w niezakłóconym wykręcaniu swych piruetów w wolnym Wszechświecie. Naturalnie nie wszystkie przyczyny są nam dzisiaj już znane, na to czas badań jest jeszcze o wiele za krótki. Przecież każdy zrozumie, że nie sposób już przeanalizować na podstawie badań prowadzonych dopiero niewiele ponad dziesięć lat opisanych na przykład w poprzednim rozdziale długookresowych wahań obrotów Ziemi występujących prawdopodobnie w rytmie wieków. Nie mamy więc obecnie jeszcze najmniejszego wyobrażenia o tym, co stanowi przyczynę tego długookresowego rytmu, nie możemy nawet jeszcze wysunąć jakiegoś prawdopodobnego teoretycznego przypuszczenia w tym zakresie.
Inaczej ma się sprawa z wymienianymi już przez nas wahaniami związanymi z porami roku, które się w opisany sposób stale w ciągu jednego roku wyrównują. Gdy pomyślimy nad tym, jaki to czynnik związany ze zmianą pór roku i występujący "sezonowo" mógłby kryć się za tym zjawiskiem, zrozumiemy, że Ziemia tutaj najwyraźniej rzeczywiście wykonuje kosmiczny piruet. Owo zmienne przybywanie i ubywanie prędkości bowiem najwidoczniej powstaje w taki sam sposób, w jaki efekt ten osiąga łyżwiarka popisująca się piruetem i zmieniająca przy tym kilkakrotnie szybkość swoich obrotów przez to, że ramiona bądź przyciska ciasno do ciała, bądź też potem wyciąga daleko w obie strony od siebie. Jej ruch obrotowy staje się natychmiast szybszy, gdy ściąga ona ramiona, a od razu znacznie maleje, gdy je następnie rozkłada. Ważne jest przy tym, że może ona manewr ten powtarzać kilkakrotnie raz za razem z tym samym rezultatem. Nie jest więc na przykład tak, że szybkość jej obrotów, gdy raz już została zwolniona wyciągnięciem ramion, nie mogłaby już wzrastać. Używając pojęć z dziedziny fizyki, można powiedzieć, że moment pędu, którego nabrała przez początkowe wejście w piruet, utrzymuje się. Nie zostaje on więc zużyty przez wyciąganie ramion (natomiast bardzo wolno tylko przez tarcie łyżew na lodzie i opór powietrza). Łyżwiarka może zatem nabyty raz impuls obrotowy kilkakrotnie dowolnie "wymieniać" bądź na szybki ruch żyroskopowy, w trakcie którego wszystkie części jej ciała przebywać muszą w czasie każdego obrotu stosunkowo krótką drogę, bądź na ruch powolny, jaki obserwujemy, gdy części jej ciała, a więc ramiona i ręce, przebywają stosunkowo długą drogę.
Zjawisko opisane w związku z łyżwiarka dotyczy również Ziemi, gdyż prawa mechaniki obowiązują niezależnie od natury poruszającego się obiektu. Stała, wraz z następowaniem pór roku występująca zmiana pomiędzy szybszym a wolniejszym obrotem, bez zanikania impulsu obrotowego, jest także w przypadku Ziemi efektem piruetu. Teraz musimy tylko zapytać o to, jakie to części Ziemia nasza wyciąga na wszystkie strony w przestrzeń, gdy szybkość jej na wiosnę maleje, i co do siebie przyciąga, gdy w jesieni jest przeciwnie.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa w przypadku Ziemi są to potężne ilości wody, które w rytmie pór roku wędrują tam i z powrotem pomiędzy glebą ziemską a atmosferą. Zawsze gdy na wiosnę wzrasta intensywność promieniowania słonecznego i powierzchnia Ziemi dziesiątki temu wyraźnie się rozgrzewa, najwyższe warstwy skorupy ziemskiej wskutek tego ocieplenia odpowiednio wysychają, co oznacza, że zawarta w nich wilgoć w dużej części uchodzi w górę do atmosfery w postaci pary wodnej.
Owe miliardy ton wody, które każdej wiosny i każdego lata unoszą się z powierzchni Ziemi do góry na wysokość wieluset albo też kilku tysięcy metrów, są "ramionami", które Ziemia nasza w tych porach roku wyciąga w przestrzeń w trakcie swego kosmicznego piruetu i które za każdym razem wyraźnie opóźniają jej ruch żyroskopowy, zupełnie tak samo jak w przypadku łyżwiarki. Wprawdzie owe paręset czy też tysiąc metrów tego "rozciągania" wobec 12000 kilometrów średnicy ziemskiej stanowią stosunkowo niewielką zmianę warunków, ale też efekt wynosi maksymalnie tylko 0,06 sekundy na dobę. A każdej jesieni ten sam proces przebiega w kierunku przeciwnym. W tej porze bowiem balast wodny uniesiony do atmosfery w poprzednich miesiącach w stosunkowo krótkim czasie znów spada na Ziemię w postaci deszczów.
Czy jednak w całym tym wyjaśnieniu, jakkolwiek brzmi ono bardzo prawdopodobnie, nie tkwi jakiś błąd myślowy? Wszak pory roku występują na północnej i południowej półkuli Ziemi wymiennie. Gdy na północy budzi się wiosna, w Australii i Południowej Afryce rozpoczyna się jesień, a listopad cieszy się w tych południowych szerokościach geograficznych z tych samych powodów taką samą popularnością i – co brzmi dla nas dziwnie – takimi samymi romantycznymi atrybutami jak u nas maj. A zatem procesy, których użyliśmy właśnie dla wyjaśnienia planetarnego zjawiska piruetu, powinny się właściwie na północnej i południowej półkuli wzajemnie równoważyć. Bo przecież zawsze wtedy, gdy u nas na wiosnę wahające się tu i tam w rytmie pór roku ilości wody unoszą się w górę, spadają one w następującej w tym samym czasie porze jesiennej na półkuli południowej. Wydaje się więc w pierwszej chwili, jakoby oba efekty musiały się wzajemnie znosić. Wówczas musielibyśmy naturalnie zrezygnować z nich jako wyjaśnienia całego zjawiska. Ale wystarczy spojrzeć na mapę świata albo jeszcze lepiej na globus, aby natychmiast zobaczyć, dlaczego to wyrównanie jednak następować nie może. Masy lądu, na których zaznaczają się najsilniejsze wahania temperatury związane z porami roku, są bowiem na globie naszym rozmieszczone w najwyższym stopniu nierównomiernie. Kontynenty półkuli północnej swymi rozmiarami przewyższają w takim stopniu kontynenty południowej połowy, że zmiany wywołane w tym rejonie przez pory roku biorą górę i powodują opisane przez nas zjawisko. Jest to też powód, dla którego właśnie nasze pory roku, a nie półkuli południowej, jak gdyby przewodzą w całym tym procesie i wywierają wpływy decydujące.
Czy zjawisko wywołane jest wyłącznie tymi ruchami wody pomiędzy skorupą ziemską a atmosferą – tego nie możemy stwierdzić z całą pewnością. Istnieje jeszcze wiele innych czynników występujących okresowo wraz z nadejściem i przemijaniem pór roku; one również mogą wchodzić w grę jako przyczyny. Możliwe więc, że nie tylko – jak mówiliśmy na początku rozdziału – element czasu decyduje o tym, że Ziemia obraca się zawsze nieco szybciej, gdy liście spadają z drzew. Liście są wprawdzie bardzo lekkie, a drzewa niezbyt wysokie. Ale na Ziemi rośnie wiele drzew i razem wziąwszy niezliczona ilość liści. A gdy w jesieni spadają one mniej lub więcej jednocześnie na ziemię, to według opinii niektórych poważnych naukowców i taki proces może przyczyniać się do tego, że tempo piruetu kosmicznego wykonywanego we Wszechświecie przez naszą planetę przejściowo nieco zwiększa swoją szybkość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz