niedziela, 25 września 2011

CZAS JASZCZURA


CZAS JASZCZURA

SZANSA DLA GATUNKÓW NIEDOJRZAŁYCH • ROZBIŁO SIĘ O SUKCES • CIEPŁOKRWISTE KARZEŁKI JAKO ZWYCIĘZCY • PODWODNY PROTOKÓŁ MAGNETYCZNY • GEOGNOSTYK GOTUJE ŚNIEG • MINI-KOMPAS W MORSKICH GŁĘBINACH • TEORIA KATASTROF • CZYŻBY BEZSENSOWNE WIERCENIA W OCEANIE? • OŻYWCZE TĘTNO WE WSZECHŚWIECIE • KULTURA NEANDERTALCZYKA
Teraz wreszcie potrafimy zrozumieć, jaki musiał być skutek przebiegunowań ziemskiego pola magnetycznego, związanych za każdym razem z trwającym co najmniej tysiąc lat okresem, w którym Ziemia pozbawiona była osłony magneto-sfery chroniącej ją przed wiatrem słonecznym.
Pewne jest, że wiatr słoneczny także w czasie owych przerw nie mógł docierać aż do powierzchni samej Ziemi bez jakichkolwiek większych przeszkód. Uderzał natomiast z nigdy nie spotykaną w okresach "normalnych" gwałtownością na powierzchnię atmosfery ziemskiej, w tej sytuacji nie ukrytą już poza osłoną magnetyczną. Atmosfera wprawdzie hamowała wiatr słoneczny i mniej lub bardziej go w całości przechwytywała, jednakże przy tym zjawisku powstawały – jak już wyjaśnialiśmy – nienormalnie liczne "produkty trafienia" w postaci radioaktywnego UC i innych promieniujących izotopów.
Opinia znanego amerykańskiego genetyka Waddingtona stanowi w tej sprawie dowód bezstronny, ponieważ w czasie gdy jeszcze trwał spór pomiędzy zwolennikami "teorii katastrof" a pozostałymi naukowcami, odmawiającymi wszelkiego znaczenia biologicznego przejściowej nieobecności magnetosfery, stał on zdecydowanie po stronie grupy drugiej. Zresztą Waddington miał zupełną rację twierdząc, że wiatr słoneczny także w owych przerwach nie mógł oddziaływać bezpośrednio na powierzchnię Ziemi ze względu na ziemską atmosferę. Ale nawet i on przyznawał, że produkty trafienia wytwarzane w atmosferze przez wiatr słoneczny musiały w czasie procesów przebiegunowania przejściowo wzrosnąć do co najmniej podwójnej ilości w porównaniu do okresów "normalnych", a w czasie występujących w kilkumiesięcznych odstępach rozbłysków słonecznych, czyli erupcyjnych wybuchów na powierzchni Słońca – nawet wzrastały znacznie więcej. Według obliczeń Waddingtona dotyczy to nie tylko 14C, ale na przykład również berylu, którego okres połowicznego zaniku wynosi dwa i pół miliona lat oraz bardzo wielu innych izotopów zawartych jeszcze ponadto w atmosferze.
Tymczasem w tych warunkach motor ewolucji natychmiast zaczyna poruszać się na wyższych obrotach. Spontanicznie występujące mutacje przypadkowe, które normalnie utrzymują go w biegu, określane są przez naukowców jako "spontaniczne" dla podkreślenia, że owe skoki dziedziczne pojawiają się dowolnie i bezkierunkowo, a nie dlatego jakoby pojawiały się bez przyczyny. Wprawdzie po dzień dzisiejszy nie zostało jeszcze całkowicie wyjaśnione, ile czynników i z jakim podziałem ról w ich powstaniu uczestniczy. Jednakże liczne doświadczenia i wyniki badań, między innymi przede wszystkim wzmiankowane już uprzednio eksperymenty przeprowadzone dla stwierdzenia wpływu twardych promieni na podłoże dziedziczne, dowodzą w każdym razie znaczenia co najmniej jednego czynnika, a mianowicie znaczenia promieniowania radioaktywnego: liczba mutacji występująca w obrębie jednego gatunku jest zależna od intensywności radioaktywnego promieniowania w jego otoczeniu.
Promieniowanie to od początku istniało i służyło wytwarzaniu na powierzchni ziemskiej niezbędnych dla ewolucji mutacji, występowało zaś w postaci tak zwanego promieniowania tła. O ile nam dziś już wiadomo, jest ono złożone z kilku elementów wywodzących się z bardzo różnych źródeł. Po pierwsze, jest zasilane promieniowaniem pierwiastków radioaktywnych zawartych w skorupie ziemskiej. Ponadto obejmuje część promieniowania kosmicznego docierającego do nas z Drogi Mlecznej, któremu udało się przeniknąć zaporę rozpiętą przez wiatr słoneczny wokół całego naszego Układu. A wreszcie owo normalne tło promieniowania utworzone jest także przez radioaktywne izotopy, powstające w sposób już opisywany przez uderzanie, wiatru słonecznego w naszą atmosferę.
Obecnie rozumiemy, że to nieznaczne ale wymierne, stałe radioaktywne – promieniowanie należy do biologicznie najważniejszych cech naturalnego środowiska panującego na powierzchni ziemskiej. Jest ono – aczkolwiek prawdopodobnie tylko pośród innych nie znanych dotychczas czynników – jedną z istotnych, a może i najważniejszą przyczyną powstania mutacji, które wyłącznie umożliwiły, ewolucję, historię stale przemieniającego się i rozwijającego życia na Ziemi. Jeżeli mutacje stanowią niejako motor ewolucji, to owo promieniowanie tła należałoby określić jako "pedał gazu", od którego zależy liczba obrotów tego motoru, a tym samym tempo ewolucji.
Teraz wreszcie otwarły nam się oczy na ogromne znaczenie, jakie dla dotychczasowej historii życia na Ziemi musiały mieć świeżo odkryte powtarzające się przebiegunowania ziemskiego pola magnetycznego. W czasie każdego z takich wydarzeń promieniowanie tła na przeciąg co najmniej jednego tysiąclecia wzrastało bardzo pokaźnie w wyniku wzmożonej produkcji radioaktywnych izotopów w atmosferze. Tym samym nagle znacznie zwiększała się także podaż mutacji, co powodowało, że strumień ewolucji, płynący normalnie równomiernie, zostawał przejściowo gwałtownie przyśpieszony. Za każdym razem rozpoczynał się więc nowy akt dramatu życia na scenie powierzchni ziemskiej. Takie przyśpieszenie procesu ewolucji uruchamia bowiem mechanizm narażający wszystkie dominujące formy życia na poważne ryzyko, a zatem kwestionujący wszystko, co pradawne, podczas gdy jednocześnie nowym, nie dojrzałym jeszcze i znajdującym się na początku swego rozwoju gatunkom w sposób wysoce stronniczy przypadają w udziale najlepsze karty w tej grze. Zjawisko tak znacznego przyspieszenia tempa ewolucji, wywołane jednocześnie na całej Ziemi przez opisany proces kosmiczny, stwarza dla odnośnych gatunków sytuację, którą najłatwiej wyjaśnić przez porównanie z położeniem kogoś, kto pragnie w gronie przyjaciół pokazać kolorowe przeźrocza, a któremu przy tej czynności przeszkadza dziecko. Załóżmy sobie, że dziecko owo w czasie pokazu bawi się nieustannie guzikiem służącym do nastawiania ostrości rzucanych na ekran obrazów, nie mając najmniejszego pojęcia o działaniu tego guzika. Pomimo że w tych warunkach dziecko obsługuje guzik całkowicie dowolnie i poniekąd bezsensownie, kręcąc nim raz w tym, raz w tamtym kierunku, dziwnym trafem rezultat tej całkowicie niedorzecznej zabawy dla widzów podlega ścisłemu i bardzo prostemu prawidłu. A mianowicie dzieje się rzecz następująca: odbiór tych wszystkich obrazów, które wyświetlający z góry nastawił bardzo ostro, w każdym przypadku przez działanie dziecka ulega zniekształceniu. Nie może zresztą być inaczej, skoro bowiem obraz raz już był nastawiony optymalnie, każda zmiana stanu istniejącego może za sobą pociągnąć tylko pogorszenie.
Zupełnie inaczej sprawa wygląda w odniesieniu do tych przeźroczy, których sam demonstrujący nie zdążył jeszcze prawidłowo nastawić. Wówczas może się raz po raz zdarzyć, że czysto przypadkowe zmiany nastawienia nagle poprawiają efekt i czasami udaje się nawet, również zupełnie przypadkowo, osiągnąć stan optymalny, w którym rzucany na ekran obraz nagle nieruchomieje w formie wyrazistej jakby spod rylca, wtedy gdy dziecko na chwilę puści guzik. Przy dokładnej obserwacji przebiegu całego pokazu widzowie nawet stwierdzą, że szansę poprawy nastawienia określonego obrazu przez dowolne kręcenie guzika stają się tym większe, im gorsze było nastawienie na początku, podczas gdy szansa ta naturalnie spada do zera, jeżeli obraz był od razu całkowicie wyostrzony.
Podobne w zasadzie doświadczenie przeprowadziłby obserwator, który potrafiłby jednorazowo objąć z perspektywy Wszechświata całą powierzchnię ziemską wraz z wszystkimi istniejącymi na niej formami życia i byłby świadkiem zdarzeń przebiegających w czasie i w związku z przebiegunowaniem Ziemi. Ujrzałby, jak ogromna kula magnetosfery zaczyna się kurczyć, aby się w końcu całkowicie zapaść. Wkrótce potem dałby się zauważyć u wszystkich ziemskich form życia nagły wzrost częstości mutacji, wywołany wzrostem promieniowania tła na powierzchnię ziemską w wyniku bardzo silnego zwiększenia się ilości promieniujących izotopów w atmosferze. Owo powiększenie się podaży mutacji doprowadziłoby u wszystkich gatunków do przyśpieszenia tempa rozwoju, stwarzając im zwiększone szansę szybszego rozwoju wszerz i wzwyż – pozornie w stopniu równym dla wszystkich.
Nasz hipotetyczny obserwator kosmiczny – gdyby nadal proces ten śledził uważnie, odkryłby wkrótce, że w rzeczywistości nie może być mowy o jakichkolwiek równych szansach. Z drugiej strony nie byłoby także i tak, że ci, co do tej pory cieszyli się powodzeniem, odnosiliby dalsze sukcesy i nadal spychali podporządkowanych sobie konkurentów na ostatnie pozycje. Przebieg wydarzeń, następujący po stosunkowo krótkim okresie przebiegunowania i wywołany zaniknięciem pola magnetycznego, charakteryzuje raczej nagły rozkwit niektórych do tej pory całkowicie niepozornych typów organizmów, które zaczynają rozwijać się w zupełnie nowe gatunki, wydając przy tym różnorodność nowych form życia dostosowanych do najrozmaitszych warunków środowiska. Natomiast właśnie gatunki do tego momentu dominujące szybko się wycofują i w większości przypadków nawet w ogóle definitywnie znikają ze sceny.
W odniesieniu bowiem do tych, co przed nastąpieniem krytycznych wydarzeń byli bezspornymi panami sytuacji, zwiększona podaż mutacji nie wyraża się przyspieszeniem ich dalszego rozwoju. Nic zresztą dziwnego: przecież właśnie dlatego byli nadrzędnym panującym gatunkiem, że w owej chwili, gdy ich oraz ich konkurentów zaskoczyły nagle zjawiska wywołane przebiegunowaniem, byli już optymalnie dostosowani do wszystkich wymagań stawianych im przez własne środowisko. Jaką korzyść mogły im więc jeszcze w tych warunkach przynieść nowe mutacje? Przeciwnie, tak jak przy już całkowicie ostro nastawionym obrazie, każda zmiana na-regulowania może tylko doprowadzić do pogorszenia wyniku, tak samo dla już dostosowanych i w pełni rozwiniętych gatunków każda zmiana ich predyspozycji musi okazać się niekorzystna. Nasz obserwator kosmiczny prawdopodobnie ze zdumieniem oglądałby, jak u tych panujących ras nagle rozwijają się dziwne, karykaturalne wypaczenia dotychczasowego typu, formy wyolbrzymione i inne anomalie wszelkiego rodzaju oraz zdecydowane potwory, burzące w sposób dotkliwy tak dotąd harmonijną równowagę w obrębie danego gatunku. Aby dopełnić tej katastrofy dotychczasowych panów Ziemi – do owego osłabienia ich zdolności życiowej dochodzi jeszcze konkurencja ze strony zupełnie nowych gatunków i form życia nacechowanych nie spotykaną przedtem siłą i różnorodnością. Są to potomkowie kilku niepozornych organizmów, które do chwili wystąpienia opisywanych tu zdarzeń odgrywały poniekąd rolę "ubogich krewnych ewolucji". Im cały łańcuch powstałych, pobudzonych do życia procesów wyszedł wyraźnie na korzyść. W swej niepozorności i niezaradności były one całkiem podobne do nieostrych obrazów naszego modelu myślowego, którym każda zmiana, każde przeobrażenie stwarza szansę poprawy.
Podobnie jak w naszym przykładzie, tak i dla nich szansa ta urzeczywistniła się naturalnie tylko w kilku nielicznych szczęśliwych przypadkach. Dla zdecydowanej większości spośród nich owa godzina ewolucji wybiła również bezskutecznie. Ale dla tych, do których uśmiechnęło się szczęście, ewolucja wybuchła fajerwerkiem nowych możliwości, nowych form adaptacyjnych, całkowicie nowych typów istot żyjących. W dziejach życia rozpoczął się nowy akt.
W zestawieniu z tym każdemu natychmiast na myśl nasuwa się niezrozumiały do tej pory fakt zastąpienia jaszczurów przez pierwsze ssaki. Większość ludzi przydaje jaszczurom przysłowiowe nieomal określenie "wielkie gady". Tymczasem jaszczury były nie tylko wielkie; owa grupa zwierząt wydała nie tylko największe istoty żyjące, jakie kiedykolwiek nosiła Ziemia. Istniały wszak i bardzo małe jaszczury. Znacznie ważniejsza aniżeli imponująca wielkość, jaką odznaczały się niektóre gatunki, jest jedyna w swoim rodzaju różnorakość podgatunków charakteryzująca ów ród. Jaszczury zamieszkiwały nie tylko ląd; istniały także gatunki rybokształtne żyjące w wodach. Jaszczury również latały przy użyciu techniki i skrzydeł błoniastych w rodzaju znacznie później powstałych nietoperzy, były także jaszczury z gatunku mięsożernych drapieżników, aczkolwiek większość zadowalała się pożywieniem roślinnym. Zajęły one – jak wyraziłby się może nowoczesny biolog – najważniejsze i najbardziej interesujące nisze ekologiczne czy też przestrzenie życiowe na powierzchni ziemskiej, pozostawiając wszystkim innym zwierzętom resztę. Panowanie ich było więc bezkonkurencyjne i przez nikogo nie kwestionowane i – jak się wydawać musiało – ostateczne i niewzruszalne w ciągu całego niewyobrażalnie długiego okresu ponad 30 milionów lat.
Prawdopodobnie jaszczury w tym czasie przeżyły kilkakrotne przebiegunowania ziemskiego pola magnetycznego ^e wszystkimi opisanymi konsekwencjami. Prawdopodobnie one także zrazu czerpały z tego korzyści. Wolno jednak domyślać się, że ich niespodziewane zniknięcie przed 200 milionami lat, nie dające się sprowadzić do żadnej uchwytnej zewnętrznej katastrofy, związane było z tym, że zostały one w tym okresie znowu poddane przejściowemu przyspieszeniu tempa ewolucji w takim punkcie dziejowym, kiedy to już bez reszty urzeczywistniły się wszystkie ukryte w ich rodzie możliwości i rozwinęły się już optymalnie w postaci wszelkich występujących wariantów. Taka hipoteza pozwoliłaby może łatwiej zrozumieć, dlaczego owi dotąd bezsporni panowie Ziemi ulegli stosunkowo szybko w konkurencji z nowym typem organizmu, który w owym czasie wstąpił na scenę jako karzełek zaledwie wielkości myszy, ale który właśnie w owym czasie dokonał niebywałego "odkrycia" ciepłokrwistości; konkurencji pierwszych protoplastów dzisiejszych ssaków.
Jakkolwiek mogło się to było podówczas rozegrać – nie potrafimy bowiem jeszcze naukowo sprawdzić możliwości hipotetycznie tu przedstawionych powiązań – wydaje się jednak w zasadzie zupełnie pewne, że występujące w przerwach średnio od kilkuset tysięcy do milionów lat zmiany biegunów wywarły decydujący wpływ w sposób przez nas opisany na przebieg historii życia na naszej planecie. Mamy tu więc – na podstawie zupełnie innego przykładu – znowu przed oczami część tej sieci wiążącej nasze ludzkie środowisko, otaczający nas własny swojski świat codzienny, z siłami panującymi we Wszechświecie, poza naszą atmosferą; bez istnienia tych sił i stałego ich oddziaływania nie byłaby powstała ani przetrwała Ziemia ani żadne z żyjących na niej stworzeń.
Jest to myśl zupełnie fantastyczna, że ów dziwnie niestały stosunek pomiędzy naszą przestrzenią życiową a magnetosferą obejmującą Ziemię we Wszechświecie dotyczy tego samego problemu, z którym już mieliśmy do czynienia przy dyskusji nad procesami przebiegającymi w jądrze komórki. Znowu pojawia się problem rozwiązania sprzeczności pomiędzy tradycją a postępem, tyle że w tym wypadku rozmiary są nie mikroskopijne, lecz astronomiczne. Obecność osłony magnetycznej zdaje się w czasach "normalnych" zabezpieczać właśnie takie tempo ewolucji, jakie najbardziej odpowiada już istniejącym na Ziemi i rozwiniętym formom życia. Jednakże po długich chwilach wytchnienia trwających kilkaset albo i kilka milionów lat, chwiejność tej samej osłony magnetycznej staje się potężnym kosmicznym czynnikiem, którego oddziaływanie zawsze na krótką chwilę w dziejach Ziemi wkracza w przebieg ewolucji, przejściowo ją przyspiesza do nie spotykanego przedtem tempa, przez co szeroko otwiera wrota nowym możliwościom życia kosztem stanu istniejącego i już osiągniętego. Występuje tu doprawdy powiązanie kosmiczne w pełnym tego słowa znaczeniu: objawia się pewien porządek, w którego granicach zachowanie się magnetosfery związane jest z procesami przebiegającymi w jądrze komórki, porządek, który sprawia, że oba przebiegi, zarówno ten w zasięgu mikroskopijnym, jak astronomiczny, służą temu samemu celowi.
W toku dyskusji o znaczeniu, jakie dla życia ziemskiego mogłyby mieć zdarzenia związane z przebiegunowaniem – pewna grupa naukowców od początku twierdziła, że sprawa ma się właśnie tak, jak przedstawiliśmy. Przeciwnicy zaprzeczali temu. Wyniki badań ostatnich czasów spór ten praktycznie rozstrzygnęły, dostarczając na kilku pierwszych przykładach bezpośrednich dowodów tego, że okresy zanikania pola magnetycznego w wielu przypadkach pokrywają się w czasie dokładnie z wymieraniem określonych gatunków.
Jako przykład chcemy tutaj opisać pewne odkrycie, szczególnie interesujące z kilku przyczyn, którego dokonali amerykańscy oceanologowie Billy Glass i Bruce Heezen w 1967 roku. Znaleźli oni bowiem nie tylko bezsporne potwierdzenie wpływu 7miany biegunów na przebieg ewolucji, lecz ponadto także natrafili po raz pierwszy na pewną wskazówkę co do przyczyny, dla której w ogóle dojść może do tego rodzaju wydarzenia.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa przyczyna ta sprowadza się także do czynnika oddziałującego na Ziemię z głębi Wszechświata, a mającego przy tym charakter zgoła solidny i uchwytny. Wygląda bowiem na to, jakby to były kosmiczne "strzały w dziesiątkę", potężne kolizje Ziemi z ogromnymi meteorami o ciężarze setek milionów ton, które za każdym razem tak wstrząsały obiegiem prądnicy we wnętrzu Ziemi – prądnicy wytwarzającej osłonę zaporową magnetosfery – tak ją przez turbulencje wytrącały z rytmu, że pole magnetyczne zanikało na tak długo, dopóki wpływ Księżyca nie doprowadzał ponownie do stanu poprzedniego.
Odkrycie tego zdumiewającego powiązania składa się na długą opowieść, którą będziemy chcieli tu po kolei rozwinąć. Zacząć musimy od pytania, jak do tego doszło, że akurat właśnie dwaj oceanolodzy, a więc badacze mórz, dokonali tego decydującego odkrycia. A jest to związane z tym, że w ostatnich latach wyłoniła się możliwość badania zjawiska paleomagnetyzmu także na dnie oceanicznych głębi.
W 1966 roku udało się amerykańskiemu geologowi Johnowi Fosterowi stworzyć wszelkie niezbędne ku temu warunki techniczne. Zbudował on przyrząd pozwalający badaczom na ustalenie orientacji paleomagnetycznych linii sił również i w próbkach wiertniczych pochodzących z różnych warstw dna morskiego, położonego na głębokości setek czy też tysięcy metrów pod powierzchnią wody. Jasne jest, że w tym celu konieczne było pokonanie szczególnych trudności technicznych. Próbki wiertnicze z takich głębin pobierać można oczywiście tylko przy użyciu odpowiednio długich przewodów żerdziowych. Aby jednak na takich próbkach, gdy już zostały szczęśliwie wyciągnięte na powierzchnię j na pokład statku badawczego, móc jeszcze stwierdzać wiarygodne orientacje magnetyczne i porównywać je z próbkami pochodzącymi z innych warstw dna – należało wymyślić szereg skomplikowanych urządzeń dodatkowych, pozwalających na rekonstrukcję pierwotnej orientacji, którą dana próbka wiertnicza wykazywała, gdy tkwiła jeszcze w dnie morskim. Gdyby się owego ukierunkowania nie dało całkowicie jednoznacznie określić, wszelkie pomiary porównawcze straciłyby naturalnie cały swój sens.
Tymczasem naukowcom od dawna już – z najrozmaitszych przyczyn – zależało na możliwości badania skamieniałego magnetyzmu nie tylko na wolnej powierzchni kontynentów, ale właśnie także na próbkach pobranych z dna morskiego. Jedną z najważniejszych przyczyn była ze wszech miar uzasadniona nadzieja, że pochodzące z przeszłości Ziemi ślady magnetyczne na strefach powierzchni ziemskiej pokrytych oceanami zostały zachowane w znacznie lepszym stanie aniżeli w miejscach, gdzie od milionów lat wiatry i burze niwelowały i rozsypywały warstwy, które miały być badane i porównywane.
Skoro tylko w 1966 roku wreszcie powstały odpowiednie warunki do tego, badania już w pierwszych dniach potwierdziły słuszność tej nadziei. A poza tym dołączyło się tu jeszcze jedno zjawisko, a mianowicie szczególne warunki, w jakich przebiegają, podmorskie wybuchy lawy. Wulkany istnieją i tam, setki czy też wiele tysięcy metrów pod wodą. Ale wyciekająca z nich lawa zostaje naturalnie przez wodę morską ochłodzona aż do stanu zakrzepnięcia praktycznie już w chwili wystąpienia z brzegów krateru. Szczególne okoliczności towarzyszące wybuchom wulkanów na dnie morza prowadzą niekiedy do bardzo dziwacznych formacji. Tak więc dużą sławą wśród naukowców cieszą się przede wszystkim wulkanicznie aktywne bruzdy, odkryte pośrodku
dna wszystkich wielkich oceanów. Wylewają się z nich w niektórych miejscach prawdopodobnie od milionów lat dosłownie jakby kobierce lawy, przesuwające się płasko po obu stronach lawowej bruzdy na morskim dnie. Tu więc partie lawy następujące po sobie w czasie wyjątkowo nie leżą jedne nad drugimi, tak jak wszędzie na wolnej powierzchni ziemskiej, lecz rozpostarte obok siebie. Partie najstarsze leżą najdalej od bruzdy, im do niej bliżej, tym młodsze napotyka się masy wybuchowe. Innymi słowy, kalendarz następujących po sobie epok geologicznych jest wyraźnie rozłożony przed oczami badacza w tych miejscach.
Gdy zaczęto analizować ten kobierzec nowymi metodami pod względem jego budowy paleomagnetycznej, odkryto natychmiast i na nim ślady powtarzających się przebiegunowań. Wykazywały one te same odstępy czasowe, które zostały stwierdzone w toku badań skał bazaltowych na powierzchni ziemskiej. Jednakże szczególna budowa owego kobierca powoduje, że ślady powtarzających się zmian biegunów nie znajdują się jedne nad drugimi, lecz obok siebie. Gdy się więc wrysuje strefy różnorakich kierunków magnetyzowania na szkic geologiczny danego rejonu dna morskiego – powstaje istny pasiak.
Była jeszcze druga przyczyna, dla której paleomagnetyczne badania przeprowadzane właśnie na dnie morskim wydawały się szczególnie ciekawe. Istniały wszelkie podstawy do przypuszczeń, że strumień drobnych metalicznych cząstek pyłu pada stale ze Wszechświata na Ziemię. Cząstki te musiały być dostatecznie małe, aby mogły lądować jak gdyby "miękko", w najwyższych warstwach atmosfery ziemskiej nie spalając się, tak jak się to dzieje nieuchronnie ze zwykłymi spadającymi gwiazdami. Z drugiej strony, część tych cząstek prawdopodobnie stanowiły nie spalone resztki większych meteorów. Pomimo metalicznego charakteru musiały one ze wzglądu na swoje mikroskopijne rozmiary opadać w atmosferze powoli w dół jak pył, a zatem dochodziły wreszcie na powierzchnię ziemską w stanie nienaruszonym w odróżnieniu od większych okruchów kosmicznych.
Magnetyczny biegun północny Ziemi nie zawsze byt biegunem północnym. W ostatnich 76 milionach lat ziemskie pole magnetyczne przebiegunowało się co najmniej 170 razy. W określonych miejscach dna morskiego, w których od milionów lat stale wylewa się lawa, można odczytać ową nieustanną zmianą biegunów jak na kalendarzu.
Naukowcy byli przekonani o istnieniu owego niebiańskiego pyłu, pomimo że nie mogli go ujrzeć. Nie było żadnego powodu, aby zakładać jakąś dolną granicę wielkości meteorytów. A więc istnieć musiał również pył meteorytowy. Poza tym wiadomo było, że liczba obserwowanych meteorów była odwrotnie proporcjonalna do ich wielkości: wielkie meteory były nadzwyczaj rzadkie, im mniejsze, tym Częściej występowały. Wszystko więc przemawiało za tym, że domniemany pył meteorytowy występuje w dużej ilości. Z drugiej strony, nie można było udowodnić jego obecności na powierzchni stałego lądu, ponieważ nieprawdopodobna obfitość najróżnorodniejszych minerałów i metali, pojawiających się tutaj w gęstej plątaninie, zdawała się całkowicie wykluczać widoki na identyfikację cząstek pochodzących ze Wszechświata. Uczeni byli przekonani, że w trakcie swych mikroskopowych badań gleby zawsze przed oczami mają także cząstki pochodzące ze Wszechświata. Ponieważ jednak owo niebieskie pochodzenie niczym widocznym się nie odznaczało, wyłowienie ich spośród ogromnych ilości zwykłych części składowych pochodzenia ziemskiego – było niemożliwością.
Niemniej już przed stu laty pewien szwedzki uczony na podstawie takiego rozumowania przeprowadzał doświadczenie, które przejściowo postawiło go chyba w dziwnym świetle wobec otoczenia: mędrzec ów bowiem pewnego dnia zaczął w pobliżu szwedzkiej stolicy zgarniać ogromne ilości świeżo spadającego śniegu i topić go w wielkim kotle. To nieco dziwne jak na poważnego uczonego działanie powtarzał przez kilka dni. Jednakże to, co potem robił, świadczyło, że pomysł nie był zły. Adolf Erik baron von Nordenskjold, "geo-gnostyk i badacz polarny", zabrał się naprzód do segregowania przy użyciu magnesu, a następnie do badania pod mikroskopem cienkiego pyłowego czarniawego osadu, jaki utworzył się na dnie kolia wskutek kilkudniowego gotowania śniegu. Odkrył przy tym rzeczywiście to, czego oczekiwał: drobne metaliczne ziarenka pyłu o właściwościach magnetycznych. Uczony czym prędzej-wygłosił odczyt, w którym wyjaśnił swoim słuchaczom, że w dziewiczo czystym śniegu znalazł pył metaliczny, który zapewne pochodzi z Kosmosu. Najwidoczniej – tak dowodził – cienki, opadający z wolna w atmosferze pył służył jako jądra krystalizacyjne płatkom śniegowym, które zawierały go po opadnięciu na Ziemię.
Twierdzenie to spotkało się podówczas w Sztokholmie z uprzejmym aplauzem, ogólne nastawienie było jednak sceptyczne. Dzisiaj wiemy, że pan von Nordenskjold miał całkowicie rację, tylko nie mógł tego jeszcze w tym czasie udowodnić.
Istnieje zresztą jeszcze dawniejszy ślad tego samego zjawiska. Wielki niemiecki przyrodnik Aleksander von Humboldt w swojej wydanej w 1845 roku książce pod tytułem Kosmos, w której usiłował wyłożyć całą wiedzę swoich czasów na tematy przyrodnicze, wspomina, że pasma chmur cirrus, owych znanych, unoszących się szczególnie wysoko w atmosferze "piórek", ułożone są często równolegle do linii sił ziemskiego pola magnetycznego. Humboldt wspomina tylko o tym zjawisku, nie potrafił go jednak wyjaśnić. Dzisiaj wiemy, że wyjaśnienie sprowadza się do tego samego stanu faktycznego, który dwadzieścia pięć lat później szwedzki badacz wyprowadził ze swego doświadczenia ze śniegiem. Owe chmury cirrusowe składają się z kropelek wody, które również upatrzyły sobie występujący niekiedy tam na górze pył meteoryczny na jądra krystalizacyjne. A że pył ten posiada właściwości magnetyczne, może się zdarzyć, że pasmowa struktura owych chmur odpowiada liniom ziemskiego pola magnetycznego.
To że dzisiaj czujemy się w sprawie tej tak pewni, jest wynikiem pewnego doświadczenia, które przeprowadzono dopiero w roku 1962. 11 sierpnia owego roku nauka uzyskała ostateczne wyjaśnienie tego problemu. Obrana metoda przez swą świadomą celu bezpośredniość i rzeczowość odpowiadała w pełni stylowi naszego wieku techniki: w sam środek "podejrzanej" chmury wystrzelono po prostu rakietę, której głowica zawierała aparaturę przeznaczoną do zbierania mikroskopijnych cząstek pyłu. Doświadczenie udało się: po spadochronowym lądowaniu głowicy rakiety znaleziono wielkie ilości metalicznego pyłu na płytce chwytającej. Tym razem nie mogło już być żadnej wątpliwości co do kosmicznego pochodzenia owego pyłu. Nie tylko ze względu na to, że został on pobrany w samej chmurze z górnej warstwy atmosfery, a więc z najbardziej właściwego miejsca – i to oczywiście przy zastosowaniu wszelkich środków ostrożności uniemożliwiających jakiekolwiek zanieczyszczenie ziemskim pyłem w czasie startu czy też lądowania. Ponadto bowiem badania dokonane nad drobnymi cząstkami wielkości tysiącznych ułamków milimetra – możliwe dzięki współczesnej chemicznej mikroanalizie – wykazały obecność niklu, żelaza, kobaltu i miedzi, typową dla meteorytów żelaznych.
Tymczasem ów pył, którego kosmiczny charakter został więc wreszcie ostatecznie udowodniony, występował również – jak to wykazały od dawna badania głębokomorskie – w mułowych osadach, pokrywających kilkusetmetrowymi pokładami niektóre miejsca dna oceanicznego. W odróżnieniu od warunków panujących na powierzchni kontynentów – w stosunkowo czystych osadach morskich nie tak trudno go odnaleźć. Bardzo ciekawe mogły się więc okazać badania paleomagnetyczne przeprowadzane tym razem nad takimi cząstkami pyłu. W związku z nimi wyłoniła się bowiem możliwość przebadania dotychczasowych wyników przy użyciu metody posługującej się całkowicie odmienną zasadą. Do tej pory ustalano przecież kierunek namagnetyzowania minerałów zawierających żelazo w skałach wulkanicznych.
Właściwie to w przypadku pyłu kosmicznego sprawa ma się wręcz odwrotnie. Dochodzi on do atmosfery ziemskiej posiadając już właściwości magnetyczne. Nie traci ich, gdyż ze względu na jego mikroskopijną cienkość hamowanie go w atmosferze przebiega tak łagodnie, że nie następuje ogrzanie aż do temperatury krytycznej.
W trakcie opadania w powietrzu wszystkie te małe cząstki pyłu naturalnie dowolnie kłębią się i mieszają. Prądy powietrzne oddziałujące na ich nieregularną postać nie dopuszczają do zorientowania się w jakimś określonym kierunku. Sytuacja ta jednak natychmiast ulega zmianie, z chwilą gdy owe cząstki kosmiczne dalej opadają w wodzie. Już na głębokości kilkudziesięciu metrów pod powierzchnią oceanów panuje spokój, abstrahując oczywiście od stałych wielkich prądów występujących i tutaj, ale które w tym wypadku nie mają charakteru czynnika zakłócającego.
Od tej chwili więc małe metaliczne odpryski opadają bardzo wolno w dół poprzez warstwę wody grubości kilkuset czy też kilku tysięcy metrów, dopóki nie znieruchomieją ostatecznie na morskim dnie. W czasie tej ostatniej fazy ich dalekiej podróży istnieje już tylko jedna jedyna siła zewnętrzna wpływająca na nie podczas ich drogi w dół: jest nią ziemskie pole magnetyczne. Ponieważ jednak same są magnetyczne, zaczynają więc teraz, gdy już żadne zewnętrzne wpływy na nie nie działają, z wolna i precyzyjnie oscylując, ustawiać się zgodnie z kierunkiem północ – południe. Zanim osiągną morskie dno – wszystkie już przybrały ten kierunek. W błotniste podłoże morza wtapiają się więc miriady mikroskopijnych igieł magnetycznych, a wszystkie one dokładnie wskazują w kierunku magnetyczne-, go bieguna pomocnego.
Deszcz ów spływa nieprzerwanie od setek milionów lat. Na podstawie koncentracji metalicznego pyłu w głębokomorskim mule można obliczyć, że dziennie na Ziemię spada wiele tysięcy ton meteorytowego materiału. (Zresztą pan von Nordenskjold już sto lat temu doszedł praktycznie do tej samej liczby na podstawie swego tak pozornie prymitywnego doświadczenia ze śniegiem.) Kosmiczne igły magnetyczne rozdzielają się więc całkowicie równomiernie na wszystkie następujące po sobie w czasie warstwy osadowe, od tych z okresu najdawniejszej historii Ziemi aż po współczesne. Głębokomorskie warstwy osadowe narastają bądź co bądź w tempie dającym kilka milimetrów do centymetrów w okresie jednego tysiąca lat. Brzmi to może bardzo skromnie, ale gdy się to przeliczy na całkowicie geologicznie poręczną jednostkę miliona lat – grubość warstwy osadowej wynosi dla takiego okresu 5 do 50 metrów. Jest to więc dystans, w którym – od dołu do góry – koncentruje się kromka osadowa jednego miliona lat.
Skoro tylko powstały odpowiednie warunki techniczne, naukowcy natychmiast zaczęli swoje paleontologiczne wyniki, uzyskiwane dotychczas wyłącznie że skał wulkanicznych, sprawdzać przez badanie kosmicznych igieł magnetycznych. Ku ich ogromnemu zadowoleniu rezultaty obu metod bezspornie się pokrywały. Uzyskano przede wszystkim całkowite potwierdzenie liczby i odstępów czasowych między zmianami biegunów; im dalej zresztą badania sięgały w przeszłość, tym więcej odkrywano tych zmian. W tym zakresie więc pył kosmiczny głębokomorskiego dna nie ujawnił w zasadzie niczego nowego.
Niespodzianka miała zaskoczyć naukę z zupełnie innej strony. Źródłem jej stała się pewna szczególna właściwość składu głębokomorskich warstw osadowych. Różnią się one bowiem w sposób bardzo istotny od skał bazaltowych pochodzenia wulkanicznego, nad którymi do tej pory wyłącznie przeprowadzali swoje badania geofizycy i paleontolodzy. Każdemu wiadomo, że skały magmowe są materiałem wyżarzonym, a więc martwym. Tymczasem osady denne oceanów składają się w znacznym stopniu, w niektórych miejscach nawet całkowicie z materiału organicznego, a mianowicie niemal wyłącznie ze szczątków owych niezliczonych istot żywych, umierających, a następnie opadających w dół w ciągu tysięcy i milionów lat w wielokilometrowym słupie wody nad badanym rejonem morskich głębin. A oznacza to, że w obrąbie rdzenia wiertniczego pochodzącego z takiego rejonu stwierdzić można nie tylko (na podstawie pyłu meteorytowego) moment zmiany biegunów, w przypadku gdy czas tej zmiany zbiegł się z osadzaniem wierconej warstwy, ale że w tym samym, dającym się dokładnie określić miejscu rdzenia wiertniczego znaleźć można również szczątki istot żywych, które w chwili zmiany biegunów zasiedlały ocean.
Badacze głębin morskich natychmiast rozpoznali jedyną w swoim rodzaju możliwość, jaka się przed nimi otwarła. Więcej mieli szczęścia od swoich kolegów paleontologów, którzy od lat usiłowali teoretycznymi argumentami rozstrzygnąć spór o biologiczne znaczeni okresów zanikania pola magnetycznego. Tu wyłoniła się nagle szansa bezpośredniego sprawdzenia całego problemu. Należało tylko porównać ślady zwierząt w warstwach osadowych nad linią wytyczoną skokiem bieguna ze śladami znajdującymi się poniżej tej granicy. Poniżej owej linii (to znaczy w starszej warstwie tego samego osadu) znajdowała się informacja o obsadzie organizmów z czasu poprzedzającego okres zanikania pola magnetycznego, a ponad tą samą linią tkwiły wiadomości o organizmach żyjących w dokładnie tym samym rejonie morza po wydarzeniu przebiegunowania. Aby móc rozstrzygnąć, czy zmiany biegunów wywarły wpływ na przebieg ewolucji, wystarczało więc właściwie porównać ze sobą populacje należące do fauny dwu epok. Gdyby między obiema warstwami nie występowała żadna poważniejsza różnica w tym zakresie, oznaczałoby to, że zmiana biegunów nie wywarła żadnego wpływu. Gdyby natomiast zauważono wyraźne rozbieżności – byłby to naturalnie ważki argument dla stronników "teorii katastrof". Wydawało się więc, że sprawa jest nadzwyczaj prosta.
W rzeczywistości naturalnie łatwiej to było powiedzieć niż zrobić. Gdy bowiem szczątki organizmów zamieszkujących morza koncentrują się i zbijają w ciągu miliona lat na pięćdziesięciometrową warstwę osadu – doprawdy niełatwo jest jeszcze odnajdywać w nim czytelne ślady. Większość owych zwierząt dawno już uległa rozkładowi i rozpadła się na części. Jednakże istniał jeden rodzaj zwierząt, co do którego można było żywić nadzieję, że szczątki jego dadzą się wyśledzić i zidentyfikować nawet w "spieczonych" osadach dna morskiego na kilku kilometrach głębokości: były nim promienieć, czyli radiolarie (zob. ilustracje 12 i 13). Są to mikroskopijnie małe jednokomórkowce, których odmienność na tym polega, że tworzą pancerze krzemionkowe. A przy tym nie są to zwykłe skorupki czy też klamry, jakimi skorupiaki lub ślimaki chronią swoje miękkie części ciała. Promienice dawno już zwróciły uwagę biologów po prostu z przyczyn estetycznych, gdyż rozmaitość kształtów i wdzięk ich szkielecików ochronnych są uderzające. Jednym z uczonych, który z tej przyczyny stale powracał do badań tej gołym okiem niewidocznej gromady zwierząt o niespotykanej piękności, był wielki przyrodnik Ernest Haeckel. Ilustracje 12 i 13 pozwalają zrozumieć estetyczną fascynację urodą tych mikroskopijnych istot, normalnie ukrytą przed naszym wzrokiem.
Dla interesującego nas zagadnienia właśnie owo bogactwo kształtów ma jeszcze bardzo znamienne znaczenie praktyczne. Pomimo wszelkiej różnorakości można między pancerzami promienie rozróżnić w pojedynczych przypadkach określone grupy: kule, twory o kształcie heJmów, postacie cylindryczne, gwiazdy, włócznie – i tym podobne poszczególne typy, jakiegokolwiek porównania chcielibyśmy użyć do ich określenia. Według takiej charakterystyki podzielić można promienieć na różne gatunki i podgatunki. Ponieważ ich krzemionkowe pancerzyki nie rozkładają się, istnieje możliwość – nawet jeszcze po bardzo długim czasie – określenia przy użyciu mikroskopu względnego udziału liczebnego rozmaitych podgatunków w danej epoce przez porównawcze wyliczenie rozmaitych typów szkieletów. A że ponadto promienice – jak chyba większość jednokomórkowców – są szczególnie dawną grupą zwierzęcą, badania te można prowadzić w odniesieniu do bardzo odległych czasów. Naturalnie że drobne twory krzemionkowe w zbitej substancji podwodnego osadu spieczone są nieraz ze sobą do stanu zakrzepłej na kamień twardej masy. Pomimo to udaje się przy użyciu specjalnych technik preparacyjnych, cienkich mikroskopowych szlifów, procesów wytrawiania i tym podobnych sposobów rozróżnić pomiędzy sobą i wyodrębnić nawet tak skamieniałe formy.
Otóż Glass i Heezen postanowili wykorzystać tę metodę, aby się wreszcie dowiedzieć, czy występujące przy każdej zmianie biegunów przerwy bezmagnetyczne oddziaływały na bieg ewolucji czy też nie. Naukowcy krytycznie odnoszący się do tej metody odradzali im w ogóle dokonywania tego eksperymentu. Przedkładali obu oceanologiom argument rzeczywiście bardzo zniechęcający. Twierdzili bowiem, że nawet gdyby przejściowy zanik pola magnetycznego pociągał za sobą jak najbardziej decydujące skutki pod względem biologicznym, to dałyby się one może w jakiś sposób stwierdzić wszędzie indziej na Ziemi, ale na pewno nie akurat w głębinach oceanów. Przecież wątpliwości co do tego, czy zanikanie pola magnetycznego mogło oddziaływać na ziemskie życie, opierały się na fakcie, że zawsze jeszcze w owych okresach jako poduszka ochronna pozostawała ziemska powłoka powietrzna, która według wszelkiego prawdopodobieństwa prawie całkowicie przechwytywała wiatr słoneczny. A nawet jeśliby dostateczna ilość protonów miała pomimo to dotrzeć od Słońca aż do powierzchni ziemskiej, aby tutaj rozwinąć swe biologiczne działanie, to w żadnym razie już nie mogłoby to dotyczyć dna morskiego. Jeżeli już sama gęstość atmosfery stawiała w ogóle pod znakiem zapytania możliwość przeniknięcia jakiejś poważniejszej liczby cząstek wiatru słonecznego do powierzchni Ziemi, musiało się to w znacznie większym stopniu odnosić do roli osłony, jaką odgrywają masy wodne położone nad dnem morskich głębi. Innymi słowy, było ich zdaniem z góry całkowicie wykluczone, aby nawet jedna jedyna cząstka Słońca mogła przemknąć warstwy wody kilkukilometrowej grubości, pokrywające osady, które Glass i Heezen pragnęli przebadać.
Rzeczywiście trudno do tej argumentacji wnieść jakiekolwiek zastrzeżenie, wydawała się bezsporna. Wielkie to szczęście, że obaj badacze oceanów pomimo to przeprowadzili swoje doświadczenie, a do małych cudów można zaliczyć fakt, że przyznano im na ten cel pieniądze których potrzebowali, mimo że wobec takich argumentów całe przedsięwzięcie wydawało się pozbawione sensu, zanim się jeszcze rozpoczęło, A wreszcie nieprawdopodobnie wprost szczęśliwym przypadkiem było to, że decydujące wiercenia głębokomorskie zostały przeprowadzone właśnie w Oceanie Indyjskim; powód tego zrozumiemy później.
Na podstawie badań dokonywanych na lądach przez geofizyków Glass i Heezen wiedzieli, że od czasu ostatniego przebiegunowania upłynęło mniej więcej 700 000 lat. Od tej pory ziemski biegun północny położony jest w miejscu, które uważamy dlań za właściwe. Przed około 700 000 lat musiała zatem istnieć – jak dotąd po raz ostatni – epoka, w czasie której przez co najmniej jeden tysiąc, a może i więcej tysięcy lat wiatr słoneczny mógł uderzać niepohamowanie w atmosferę ziemską i produkować dodatkowe izotopy jako "produkty trafienia". Poprzednia zmiana biegunów odbyła się mniej więcej milion lat przedtem, terminy następujących kolejno przebiegunowań określić można na 1,8 miliona, 2 miliony, 2,6 miliona, 2,9 miliona, 3,2 miliona i 3,5 miliona lat wstecz. Dla ekspedycji wybrano Ocean Indyjski między innymi dlatego, że grubości warstw osadów głębokomorskich w wielu miejscach są w nim szczególnie małe. Zresztą bez względu na przyczyny, tu właśnie złoża z biegiem czasów osadziły i skomprymowały się szczególnie mocno.
Stan ten dawał tę olbrzymią korzyść, że każdy tutaj wydobyty rdzeń wiertniczy zawierał od razu więcej warstw pochodzących z epok geologicznych, w których nastąpiły zmiany biegunów. Podczas gdy gdzie indziej – jak mówiliśmy – l milion lat odpowiada średniej grubości warstwy około 5 do 50 metrów, w Oceanie Indyjskim można było uzyskać rdzenie o długości 8 metrów w jednym kawałku, zawierające osady pochodzące z okresu 4 milionów lat łącznie. A w tym okresie doszło nie mniej niż osiem razy do zmiany kierunku biegunów. Dwaj Amerykanie mogli więc w każdym z wydobytych rdzeni poszukiwać oczekiwanych biologicznych konsekwencji tych wydarzeń w ośmiu różnych miejscach naraz.
Od razu też odnieśli sukces. Poszukiwania, które zrazu wydawały się teoretycznie beznadziejne – w praktyce wyglądały zupełnie inaczej. Nieco poniżej i nieco powyżej każdej z owych warstw, w których zamknięte w rdzeniach wiertniczych meteorytowe igły magnetyczne sygnalizowały odwrócenie się biegunów – zawarte w osadzie mikroskopijne wykopaliska zostały określone i obliczone (były to przeważnie radiolarie, ponadto jednak również i kilka innych gatunków bezkręgowych mieszkańców morza utrwalonych w osadzie). Rezultat wywołał sensację.
Najwyraźniej okazało się, że los co najmniej dwunastu całych gatunków w mniejszym bądź większym stopniu związany był z zachowaniem się ziemskiej osłony magnetycznej. Szczególnie godny uwagi był fakt, że nie dotyczyło to wyłącznie zanikania tych gatunków. W kilku przypadkach ujawniła się właśnie w sposób przekonywający zbieżność pomiędzy nagłym pojawieniem się nowego gatunku a zmianą biegunów. Wszystkie gatunki miały za sobą przetrwanie co najmniej dwóch, a większość pięciu albo i więcej zmian biegunów, aż potem, często znowu dokładnie w okresie ponownego zaniku osłony magnetycznej, znikały z osadu równie raptownie, jak się były pojawiły.
Dla krytycznego przyrodnika odkrycie to może jeszcze zawsze nie będzie stanowiło ostatecznego i bezspornego dowodu. Ale nawet najbardziej sceptyczny będzie musiał uznać, że jest ono wstrząsające i przyznać, że od razu odsłoniło znacznie więcej, aniżeli ktokolwiek, nie wyłączając samych Glassa i Heezena, mógł oczekiwać.
Jakie można znaleźć wyjaśnienie tego sukcesu, który zdaje się sprzeczny z podanymi poprzednio argumentami o praktycznie absolutnie nieprzenikalnej osłonie tak potężnych warstw wodnych?
Dwaj amerykańscy badacze oceanów nie udzielają nam tego wyjaśnienia. Ograniczają się do stwierdzenia: "Jakkolwiek chciałoby się sprawą tłumaczyć, w tej chwili jest już pewne, że powiązanie pomiędzy kryzysami ewolucji a magnetycznymi przebiegunowaniami zostało po raz pierwszy udowodnione na podstawie skamieniałych organizmów morskich." Rozwiązanie prawdopodobnie polega na tym, że zapewne i w tym przypadku kryzysy ewolucyjne nie zostały wywołane samymi cząstkami wiatru słonecznego, lecz dodatkowo wytwarzanymi przez nie w atmosferze izotopami radioaktywnymi. W jaki sposób 14C i inne izotopy dotarły potem do dalekich rejonów morskich głębin – tego nie potrafimy dzisiaj jeszcze podać. Prawdopodobnie stało się to w drodze łańcucha pokarmowego, który jak opisaliśmy na samym początku, niewątpliwie sięga aż do najgłębszych części oceanów.
Zmiany biegunów, występujące nagłe i w nie dających się przewidzieć odstępach czasu, stają się więc za każdym razem sygnałem rozpoczęcia nowego rozdziału historii życia na Ziemi. Widowisko roztaczające się w ciągu takiego okresu przed oczami kosmicznego obserwatora może się więc rzeczywiście w dużych zarysach równać obrazowi, jaki naszkicowaliśmy w jednym z poprzednich rozdziałów. Kto wie, czy nie wolno się nam nawet posunąć do stwierdzenia, że czas ustanowiony dla rozwoju od jednokomórkowca do człowieka może w rzeczywistości nie byłby wystarczył, gdyby nie to, że ów kosmiczny mechanizm raz po raz wkraczał w rozwój tego przebiegu. Przy tym – jak to już omawialiśmy – nie w tym rzecz, że przyśpieszał on po prostu ewolucję, ale że powodował zdecydowane skoki rozwojowe realizujące nowe zgoła możliwości życia. Powiedzmy sobie wyraźnie, że nie byłoby nas, że nigdy nie bylibyśmy stali się tym, czym jesteśmy i czym w przyszłości będziemy, gdyby tam daleko poza nami, w otaczającym Ziemię Wszechświecie, nie było owej niewidocznej olbrzymiej kuli i jej niesamowitego tętnienia w rytmie setek tysięcy lat.
Nie wolno nam także pominąć tego, że magnetyczne uderzenie pulsu sprzed 700 000 lat na pewno nie było definitywnie ostatnim. Im dalej geofizycy sięgają w przeszłość historii skamieniałego magnetyzmu, tym większa jest liczba udowodnionych zmian biegunów. W ciągu ostatnich 76 milionów lat było ich dosłownie co najmniej sto siedemdziesiąt. Nie ma żadnego powodu przypuszczać, że rytm ten urwie się właśnie w naszej epoce. Przeciwnie, wszystko przemawia za tym, że w przyszłości nadal następować będą przebiegunowania, jedne po drugich. Naturalnie jest bardzo możliwe, że kolejne tego rodzaju globalne zdarzenie nastąpi w tak odległej przyszłości, że nie będzie już dotyczyło ludzkości, która wtedy z całkowicie innych przyczyn i tak już nie będzie istniała. Ale nie jest to wcale pewne, a prawdopodobieństwo nawet przeciwko temu przemawia.
Radzieccy uczeni bowiem statystycznie obliczyli średnie odstępy czasu, jaki upłynął pomiędzy wszystkimi dotąd stwierdzonymi zmianami biegunów i doszli do przekonania, że odstępy te w trakcie dziejów Ziemi – z przyczyn dotąd nie znanych – coraz bardziej maleją. Podczas gdy przed 500 milionami lat wynosiły one jeszcze 10 do 20 milionów lat, przed 200 milionami lat – spadły do średnio l miliona. W czasie ostatnich 20 milionów lat – przeciętna przerwa trwała już tylko jakieś 250 000 lat, a w poszczególnych przypadkach stwierdzono odstępy pomiędzy dwoma przebiegunowaniami trwające już tylko 10 000 lat. Glass i Heezen w świetle owych badań swych radzieckich kolegów oświadczają lakonicznie: "Wydaje się, że następna zmiana biegunów przypadnie niebawem." Nikt nie może wiedzieć, co się wówczas będzie działo. Możemy się tylko zadumać nad oceną konsekwencji takiego wydarzenia dla nas, dla gatunku "człowiek", od tak dawna optymalnie dostosowanego do życia na tej planecie i stąd panującego na niej z nie podważoną przez nic wyższością.
Pragniemy tutaj przynajmniej krótko wymienić jeszcze inny punkt widzenia: jest nim historyczny charakter i wynikająca zeń absolutna jednorazowość wszystkich istniejących na Ziemi form życia z człowiekiem włącznie. Gdyby historia miała się raz jeszcze rozpocząć od swego pierwszego dnia – po upływie 3 czy 4 miliardów lat rezultat byłby na pewno całkowicie odmienny. Nawet gdyby to była ta sama Ziemia i gdyby wszystkie niezliczone warunki wyjściowe były dokładnie takie same – nigdy nie moglibyśmy byli powstać od nowa takimi, jakimi jesteśmy dzisiaj, podobnie jak żadna inna z niezliczonych form życia. Po prostu liczba przypadków jest na to o wiele za duża, liczba jednorazowych historycznych kombinacji czynników, które w każdym momencie owej historii decydowały o tym, że ta czy inna z niewyobrażalnie wielu możliwości dalszego rozwoju została urzeczywistniona. Mówiłem już o tym, że spośród ogółu wszystkich możliwości, jakimi dysponowało życie na Ziemi w okresie swoich początków, zrealizowany został w ogóle zaledwie niewidocznie mały, najdrobniejszy ułamek.
Jako jedyny przykład weźmy tylko neandertalczyka, owego konkurenta naszych własnych przodków, którego oni wytępili przed jakimiś 30000 czy 40000 lat. Wielu naukowców, dzisiaj sądzi, że nasi protoplasci od niego właśnie nauczyli się i przejęli istotne techniczne odkrycia, takie jak niecenie ognia, wytwarzanie narzędzi kamiennych, malowidła ścienne, pochówki zmarłych, a może nawet niektóre podstawowe poglądy religijne. Cóż to było za stworzenie, ów neandertalczyk, posiadający mózg znacznie większy aniżeli mózg konkurującego z nim przodka dzisiejszego człowieka; neandertalczyk, który swym poziomem kulturowym zdecydowanie górował nad swoimi współczesnymi, a przy tym, jak świadczy budowa jego dolnej szczęki, nie mówił? W związku z tym niektórzy badacze na podstawie niezwykłej wielkości mózgu tego naszego wymarłego konkurenta, poważnie rozważali możliwość tego, że neandertalczyk mógł rozwinąć zupełnie inne sposoby porozumiewania się – może nawet przenoszenie myśli. Nie dowiemy się tego nigdy. Neandertalczyk jest jedną z wielu niezliczonych możliwości, które na naszej planecie nie zostały doprowadzone do końca. Nigdy nie będziemy wiedzieć, jak tym swoim zupełnie odmiennym mózgiem przeżywał on nasz świat, a cóż dopiero jak byłby go ukształtował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz